Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Życie Rzeszowa i Podkarpacia

Z miłości do koszykówki

W ostatnich latach Sokół był blisko awansu do Polskiej Ligi Koszykówki, ale przegrał półfinałowš walkę.
materiały prasowe
Na poczštku był brat Józef, a potem przyłšczyła się grupa zapaleńców. Dziœ Sokół Łańcut jest w czołówce I ligi koszykówki, a każdy, kto zetknie się z tym zespołem, podkreœla rodzinnš atmosferę.

W latach 80. Łańcut był na czele niechlubnej listy miast w Polsce, skażonych przez narkomanię. Nie wiadomo, dlaczego tak było, ale właœnie tam przelewały się litry makowego kompotu, który niszczył życie młodych ludzi – w tym podkarpackim mieœcie było najwięcej narkomanów w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Sportowy sposób na nałóg

Właœnie wtedy nieżyjšcy już Józef Witek (nazywany bratem Józefem), opiekun młodzieży, działajšcy przy jednej z łańcuckich parafii, wpadł na pomysł, że sposobem na odcišgnięcie młodych ludzi od strzykawek może być sport. Postawił na koszykówkę, chociaż Łańcut wielkich tradycji w tym sporcie nie miał.

Zgłosił zespół do amatorskich rozgrywek, organizowanych przez Tadeusza Naroga, a widzšc rosnšce zainteresowanie, stworzył Misyjny Parafialny Klub Sportowy Łańcut. W końcu drużynę zgłoszono do rozgrywek trzeciej ligi – pod nazwš Parafie Łańcut. W międzyczasie w mieœcie reaktywowano historyczne Polskie Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, a trener Krzysztof Skrobacz zadbał o to, by przy klubie MKS Łańcut powstała sekcja koszykówki. W ten sposób, w cišgu kilku lat, powstało w Łańcucie œrodowisko koszykarskie, które funkcjonuje do dziœ i dba o rozwój dyscypliny.

Na ławce trenera

Na poczštku lat 90. do drużyny zgłosił się też młody chłopak Dariusz Kaszowski, który wczeœniej trenował biegi œrednie i miał nawet na koncie sukcesy. – Bez jakiegokolwiek treningu zdobyłem mistrzostwo ówczesnego województwa rzeszowskiego. Przywoziłem również medale z mistrzostw Polski. Koszykówka była jednak zawsze bliska mojemu sercu, a kiedy po nieporozumieniach z trenerem lekkiej atletyki zrezygnowałem z biegów, przeszedłem do sekcji koszykarskiej w Resovii. Stamtšd, po namowach trenera Krzysztofa Skrobacza, przyszedłem do Łańcuta, który wówczas występował w trzeciej lidze – opowiada „Rzeczpospolitej" dzisiejszy trener i wiceprezes klubu.

Zanim jednak zasiadł na ławce trenerskiej, przez wiele sezonów występował w drużynie z Łańcuta jako rozgrywajšcy i zaczšł prowadzić grupy młodzieżowe, a jeszcze póŸniej zrobił licencję trenerskš.

Boom na grę

W tym czasie chętnych do trenowania koszykówki w Łańcucie było już tak wielu, że w rozgrywkach trzeciej ligi można było wystawiać dwie drużyny. To były lata wielkiego boomu na koszykówkę w Polsce, w wielu miastach działały ligi amatorskie – w Rzeszowie była to LABA (Liga Amatorska Basketu). Mogli tam grać zawodnicy z klubów (najwyżej z trzeciej ligi) i z tej możliwoœci korzystało wielu zawodników z Łańcuta. Swojš drużynę miał też biznesmen Grzegorz Kijowski (w młodoœci œwietnie zapowiadajšcy się jeŸdziec), w której grali koszykarze drużyn młodzieżowych z Łańcuta.

– JeŸdziłem na mecze tej drużyny, żeby zobaczyć swoich podopiecznych. Przed spotkaniem finałowym w rozgrywkach LABY Grzegorz poprosił mnie o pomoc w poprowadzeniu zespołu. Od tego zaczęła się nasza znajomoœć. W tym czasie Sokół Łańcut po raz pierwszy miał walczyć o drugš ligę, a działaliœmy bardzo amatorsko i nie mieliœmy nawet jednolitych strojów rozgrzewkowych. Poprosiłem Grzegorza, żeby ufundował nam jeden komplet i umieœcił tam reklamę swojej firmy Kominki Groz. W ten sposób „kupiłem" go dla koszykówki – mówi „Rz" Kaszowski.

Kijowski na przestrzeni lat był jednym z największych dobroczyńców Sokoła Łańcut. Można œmiało powiedzieć, że bez jego pomocy nie byłoby awansów i gry w I lidze. Koszykówki profesjonalnej trzeba było się jednak uczyć, a były to lata, gdy dostęp do informacji nie był tak powszechny, jak dziœ. Kaszowski nie terminował też w żadnym wielkim klubie. Wielu rzeczy nauczył się sam. Pomogli mu bardziej doœwiadczeni koledzy, którzy chcieli podzielić się wiedzš.

– Kiedy zaczynałem pracę trenera, wielu rzeczy trzeba było się samemu nauczyć. Kiedy już prowadziłem seniorów, to przez wiele lat miałem asystenta tylko na jednym treningu w tygodniu i podczas meczów. Dużo uczyłem się z telewizji, szczególnie podczas oglšdania NBA. Nagrywałem mecze na kasety VHS, potem krok po kroku analizowałem zagrania i wreszcie starałem się przekazać wiedzę zawodnikom. Wiele nauczyłem się od trenera Skrobacza. Pomógł mi też trener Marek Marecki, który wpuœcił mnie na zajęcia i pozwolił notować. Ale nie wszyscy szkoleniowcy chcieli się dzielić wiedzš – mówi „Rz" Kaszowski.

Dzisiaj ma on już asystenta, a chociaż jak sam przyznaje, budżet nie jest najwyższy w lidze, to klub działa w pełni profesjonalnie. W ostatnich latach Sokół był nawet blisko awansu do Polskiej Ligi Koszykówki, ale przegrał półfinałowš walkę w fazie play-off z GTK Gliwice.

Kolej na zawodników

Skuteczna rywalizacja na zapleczu ekstraklasy wymaga œcišgania coraz lepszych zawodników, ale jak to zrobić, jeœli nie ma się wielkich pieniędzy do zaoferowania, a samo miasto leży trochę na uboczu?

W Łańcucie majš na to sposób – szukajš po całej Polsce zawodników, którzy majš coœ do udowodnienia, bo w PLK im nie wyszło. Tutaj mogš się wypromować albo odbudować formę. Wszyscy podkreœlajš też œwietnš atmosferę. Takim sposobem do Łańcuta w ostatnich latach trafili bracia Marek i Kamil Zywertowie.

Pierwszy trafił Marek, który był w kadrze walczšcego o medale zespołu Czarni Słupsk (wtedy jeszcze sponsorowanego przez koncern Energa). W poprzednim sezonie grał bardzo dobrze, głównie jako rzucajšcy obrońca, ale czasami też jako rozgrywajšcy. Niestety, w końcówce sezonu doznał kontuzji i wtedy Sokół przegrał pięć meczów z rzędu.

Przed tym sezonem do brata dołšczył Kamil, który ze Stelmetem Zielona Góra zdobywał medale mistrzostw Polski, ale przeważnie siedzšc na ławce rezerwowych. Obaj sš głównymi postaciami w drużynie Sokoła. Do czasu odniesienia poważnej kontuzji dużo zespołowi dawał też podkoszowy zawodnik Michał Sadło, który odszedł z Rosy Radom, bo nie mógł się doczekać na swojš szansę. Oni wszyscy, razem z sukcesem Sokoła, mogš zbudować własny i wrócić do PLK, nawet jeœli klub z Łańcuta nie awansuje.

– Nie chcę hamować rozwoju zawodników. Cieszę się, jeœli po grze u nas trafiajš gdzieœ wyżej – mówi „Rz" trener Kaszowski. O co gra zespół z Łańcuta w tym sezonie? Sam szkoleniowiec mówi ostrożnie, że miejsce w pierwszej czwórce będzie sukcesem, bo skład został bardzo odmłodzony, ale jeœli drużyna awansuje do finału, to przecież nie zabroni zawodnikom wygrywać. Jak wysoko poleci Sokół?

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL