Świat

Eksplozja na platformie wiertniczej Deepwater Horizon

Zabiliście naszą zatokę, zabiliście nasz sposób życia. Mural namalowany przez Erica Guidary'ego z salonu tatuażu w Larose
Reuters
Siedem lat temu, 20 kwietnia 2010, doszło do eksplozji na platformie wiertniczej Deepwater Horizon w Zatoce Meksykańskiej, co zapoczątkowało katastrofę ekologiczną. Przypominamy tekst z lipca 2010 roku

Mieszkańcy Luizjany nie mają wątpliwości: gdy tylko BP ostatecznie upora się z wyciekiem, dziennikarze wyjadą, a o tragedii, która dotknęła Nowy Orlean i okolice, media będą przypominać tylko przy okazji kolejnych rocznic

Zanim 20 kwietnia doszło do eksplozji na platformie wiertniczej Deepwater Horizon, mieszkańcy Nowego Orleanu i okolicznych miejscowości cieszyli się, że w dużej mierze udało im się podnieść po przejściu katastrofalnego huraganu Katrina. W 2005 roku zabił on ponad 1,5 tys. osób, doprowadził do zalania większej części miasta i ogromnych strat materialnych. Zdaniem wszystkich rozmówców „Rz” wyciek ropy jest jednak dużo gorszy. Doprowadzając do największej w historii Stanów Zjednoczonych katastrofy ekologicznej, zmusi bowiem wiele osób do pożegnania się z biznesem, dotychczasowym stylem życia lub do opuszczenia ukochanej Luizjany. Mieszkańcy Nowego Orleanu i okolic zwracają uwagę nie tylko na martwe ptaki, krewetki czy żółwie, ale też na rodziny, które zostały bez pracy, i rybaków, którzy z rozpaczy i braku perspektyw odbierają sobie życie.

[srodtytul]Świat o nas zapomni?[/srodtytul]

Wydarzenia w Zatoce Meksykańskiej wciąż na bieżąco śledzą kamery najważniejszych amerykańskich stacji telewizyjnych. Reporterzy CNN, CBS, ABC, NBC niemal codziennie informują o postępach w walce z wyciekiem. Swoich ludzi wysłały tutaj również najważniejsze media z całego świata: Japonii, Turcji czy Rosji. Zdjęcia tysięcy osób oczyszczających zatokę, kontrolowane spalanie plam ropy, filmy z mycia przez ekologów oblepionych ropą ptaków oraz najświeższe doniesienia ze sztabu kryzysowego, to – zwłaszcza w letnim sezonie – gratka dla niejednego producenta wiadomości. Mieszkańcy Luizjany nie mają jednak wątpliwości: gdy tylko BP ostatecznie upora się z wyciekiem, dziennikarze wyjadą, a o tragedii, która dotknęła Nowy Orlean i okolice, media będą przypominać tylko przy okazji kolejnych rocznic.

– Jeszcze do niedawna życie w Luizjanie dzieliło się na dwa okresy: przed Katriną i po Katrinie. W 2005 roku, gdy wszystko wokół wyglądało jak po wojnie, myślałam, że nic gorszego już nas nie spotka. Tymczasem już wkrótce losy Nowego Orleanu i okolic będzie się dzielić na okres przed wyciekiem i po nim – opowiada „Rz” MaryLee Orr, energiczna brunetka, która od 24 lat prowadzi Louisiana Environmental Action Network, jedną z najbardziej aktywnych organizacji pozarządowych w Luizjanie. – Po Katrinie ludzie mogli po prostu wziąć się do odbudowy. Obecna katastrofa przytłacza nie tylko z powodu swoich rozmiarów, ale również dlatego, że nie wiadomo, co dalej robić – dodaje MaryLee Orr.

Właśnie ten problem mają mieszkańcy otoczonego wodą miasteczka Grand Isle. Leżąca nieco ponad dwie godziny jazdy od Nowego Orleanu miejscowość żyła dotąd głównie z rybołówstwa, przetwórstwa owoców morza oraz turystów. Stojące na wysokich palach domy, restauracje i motele oraz malownicza droga z obu stron otoczona wodą co roku urzekały gości z całych USA i spoza Ameryki. W tym roku, w maju, miasteczko odwiedził sam prezydent Barack Obama. Nie przyjechał jednak z rodziną na wakacje. Zjawił się, by pokazać, że Biały Dom przejmuje się losem dotkniętych przez wyciek ropy. Po spotkaniu z burmistrzem i biznesmenami na oczach kamer zjadł krewetkę i podkreślił: nigdy nie zapomnimy o zatoce. Te słowa pamiętają mu wciąż okoliczni mieszkańcy.

Kilka tygodni po prezydenckiej wizycie osaczone przez ropę Grand Isle wygląda niczym wymarłe miasto. Plaże są zamknięte, a w wodach, na których unoszą się zapory mające zatrzymywać ropę, wciąż nie wolno łowić ryb. Okoliczni mieszkańcy skarżą się, że w powietrzu muszą unosić się jakieś toksyny, ponieważ cierpią na bóle głowy i trudności w oddychaniu. Trudno się więc dziwić, że w tym sezonie większość turystów omija to miejsce. Zresztą nie tylko oni. W największej w USA przetwórni krewetek – z której niegdyś wyjeżdżało kilkanaście ciężarówek dziennie – teraz panuje przerażająca cisza.

– Wygląda na to, że właśnie straciłem interes całego życia. Dostaję 7 – 8 procent tego, co zarabiałem przed rokiem – opowiada „Rz” Dean Blanchard. Nazywany królem krewetek biznesmen z Luizjany przez siedem dni w tygodniu pracował nad rozwojem firmy Dean Blanchard Seafood. Zatrudniał 80 – 90 osób, które rozładowywały towar z niemal 1,5 tysiąca podpływających tutaj łodzi, po czym pakowały krewetki i ładowały je do ciężarówek, które rozwoziły je do sklepów i restauracji w całej Ameryce.

Obecnie pracuje dla niego osiem osób, a metalowa waga do krewetek wisi praktycznie nieużywana. – Na razie straciłem około 2 milionów dolarów dochodu. BP wypisało mi czek na 165 tys. dolarów. Brzmi jak żart, prawda? – tłumaczy Dean Blanchard, który niczym obalony siłą monarcha bezsilnie czeka na rozwój wypadków. Przez ostatnie tygodnie tak bardzo przytył, że nie mieści się już w swoje ubrania. W biurze siedzi więc tylko w krótkich spodenkach i zwykłym, białym podkoszulku. – Nie wiem, czy po tym, jak już kompletnie zatkają wyciek, będę mógł wrócić do tego biznesu w ciągu roku, pięciu czy może 20 lat – mówi, nie kryjąc rozgoryczenia. – Nie wiemy, czy ropa potruła wszystkie krewetki i owoce morza. Nikt nic nam nie chce powiedzieć. Ani BP, ani rząd – opowiada.

Ma pretensje do ludzi z BP, władz w Waszyngtonie i do skorumpowanych urzędników odpowiedzialnych za kontrolowanie szybów naftowych. Miejsce tych ostatnich widzi w więziennej celi. – Czuję się tak, jakbym zmarnował 28 lat życia. Tyle czasu praktycznie od zera budowałem ten biznes, rozwijałem sieć odbiorców. I teraz, gdy byłem już najpotężniejszy, przez błąd kogoś innego straciłem wszystko – żali się Blanchard. – Gdy dorastałem, Ameryka była wspaniałym krajem. Teraz już taka nie jest. Obama mówi, że skopie tyłek odpowiedzialnym za to, co się stało. Tylko jakoś ja tego nie widzę – podkreśla. I zdradza, że zastanawia się nad sprzedaniem wartego milion dolarów domu i przeprowadzką na Kostarykę.

Czy to znaczy, że teraz jest jeszcze gorzej niż po przejściu słynnego huraganu? – Katrina w porównaniu z wyciekiem ropy to kaszka z mleczkiem. Straciłem przez nią jakieś 2 miliony dolarów, ale już 80 dni po jej przejściu znów tutaj pracowaliśmy. Po niemal czterech latach odzyskałem też w końcu pieniądze z ubezpieczenia – tłumaczy. – Jesteśmy przygotowani na huragany. Zawsze oszczędzałem część pieniędzy, żeby wytrzymać dwa, trzy miesiące bez pracy. Gdy nadchodziły, przystępowaliśmy do kontrataku, by jak najszybciej znów uruchomić interes. Teraz wykorzystuję pieniądze odłożone na czarną godzinę. Pytanie, co się stanie, gdy teraz uderzy w nas jeszcze huragan – dodaje biznesmen.

Również Eric Guidary, młody artysta z salonu tatuażu w Larose w Luizjanie – sam oczywiście również cały w tatuażach – uważa, że wyciek ropy jest gorszy od Katriny. – Doskonale tutaj wiemy, jak sobie radzić z huraganami, jak naprawić wyrządzone przez nie szkody. W przypadku wycieku ropy nie wiemy, co dalej. Zagrożona jest cała nasza kultura, nasz styl życia. Dlatego Barack Obama powinien pomóc Luizjanie – dodaje Eric, podkreślając, że prezydent musi wysłać większe siły do walki ze skutkami wycieku oraz powiedzieć ludziom, co dalej. – Tymczasem on niewiele w tej sprawie robi – stwierdza.

Czy salon tatuażu też stracił na wycieku? – Oczywiście. W tym roku straciliśmy mniej więcej połowę przychodów. BP rekompensuje nam straty. Jestem jednak przekonany, że mogli zrobić dużo więcej, by zapobiec tak wielkiej katastrofie – dodaje jego kolega Bobby Pitre. – Mam znajomego kapitana, którego rodzina straciła ogromne pieniądze. Dostają czeki od BP, ale przecież tu nie chodzi tylko o pieniądze. Wyciek zniszczył ich sposób na życie, który często przekazywany był z pokolenia na pokolenie. Gdy pradziadek, dziadek i ojciec pracowali na łodzi, a ty nagle nie możesz już tego robić, jest to naprawdę straszne – przekonuje „Rz” Chester Ellingson, pracownik sektora naftowego i jeden z klientów zakładu tatuażu Erica i Bobby’ego.

[srodtytul]Praca albo zdrowie[/srodtytul]

Skutki wycieku odczuwają również ci, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w walkę z rozprzestrzeniającą się plamą ropy. Osoby zatrudnione do usuwania gęstej, brunatnej cieczy skarżą się na bóle głowy, nudności, podrażnienie krtani, trudności w oddychaniu i podrażnienie oczu. Z powodu ropy i używanych przez BP substancji chemicznych do lekarzy w Luizjanie zgłosiło się już ok. 130 osób.

Część w obawie o zdrowie rezygnuje z pracy. Ich miejsce szybko zajmują jednak kolejni ochotnicy. – Podczas szkolenia wciąż mówili nam, że nasze bezpieczeństwo to dla nich priorytet, że będziemy nosić maski tlenowe i że będą dla nas przygotowane specjalne strefy odkażające. Gdy jednak zaczęliśmy pracę, nie było żadnych masek ani kombinezonów – mówi „Rz” Kelly Fellows, która przy usuwaniu ropy pracowała w sumie przez mniej więcej dwa miesiące.

[wyimek]Obecna katastrofa przytłacza nie tylko z powodu swoich rozmiarów, ale również dlatego, że nie wiadomo, co dalej robić[/wyimek]

Młoda blondynka odpowiedziała na ogłoszenie BP, ponieważ samotnie wychowuje nastoletnią córkę i rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy. – Pracowaliśmy w trudnych warunkach: upał, wiatr, deszcz. Zaczęłam się niepokoić, gdy zobaczyłam, że przez tę pracę zarówno ja, jak i moi znajomi cierpimy na bóle głowy i powoli tracimy głos. Ostatecznie zrezygnowałam, gdy ropa dostała się do moich rękawic ochronnych i poczułam, jak piecze mnie całe ramię. Pomyślałam wówczas, że jeśli coś mi się stanie, to nikt nie zaopiekuje się moją córką – opowiada Kelly, która w zeszły piątek odebrała ostatni czek. – Moja siostra też już rzuciła tę pracę. Jej autobus zawsze pierwszy przyjeżdżał na plażę i ich brygadzista zabronił im opowiadać, co tam widzieli, żeby nie straszyć innych. Przy sprzątaniu ropy wciąż pracują jednak moi znajomi. Osoby, które zgłaszają się do tej pracy, są w dramatycznej sytuacji, a przedstawiciele BP doskonale wiedzą, że 12 – 18 dolarów za godzinę to więcej pieniędzy, niż ktokolwiek z nas byłby w stanie kiedykolwiek zarobić – przekonuje Kelly. – Jeden z chłopaków, z którymi pracowałam, pokazał mi swoje ramiona. Były niemal czarne, pokryte jakąś straszną wysypką. Powiedziałam mu, żeby zrezygnował z pracy. A on mi na to, że musi wyżywić rodzinę. I że będzie przychodził do tej pracy tak długo, jak długo będzie miał siły podnieść się z łóżka. Gdy próbowałam go przekonać, że żywy będzie mógł lepiej pomóc swojej rodzinie niż martwy, odpowiedział mi tylko, że ma nadzieję, że jeśli umrze, to jego dzieci dostaną porządne odszkodowanie – dodaje była już mieszkanka Luizjany. Wyjechała bowiem do Teksasu, by tam znaleźć pracę i dach nad głową.

Kelly Fellows podkreśla, że jej zdaniem BP przedkłada pieniądze nad ludzkie zdrowie i życie. – Po prostu oszczędzają na środkach bezpieczeństwa. Dlatego zrezygnowałam z tej pracy. Bo wolę być bezdomna, niż dalej narażać swoje zdrowie, pracując przy ropie. Mam tylko nadzieję, że pewnego dnia odpowiedzą przed Bogiem za to, co zrobili.

[srodtytul]Amerykański Czarnobyl?[/srodtytul]

Czy rzeczywiście z powodu wycieku ropy powietrze może zawierać związki szkodliwe dla zdrowia okolicznych mieszkańców wybrzeża Luizjany? – Jeszcze zanim ropa dotarła do wybrzeży, odbieraliśmy telefony od ludzi, którzy skarżyli się na kłopoty z oddychaniem. Podejrzewamy, że ich przyczyną mogły być chmury, które powstawały podczas kontrolowanego spalania plam ropy. Szkodliwe mogą być też związki chemiczne zawarte w używanych przez BP dyspergatorach, a także mieszanka ropy z tymi chemikaliami – tłumaczy „Rz” Marylee Orr, szefowa LEAN. Podkreśla, że trudno ocenić skutki działania używanych chemikaliów na zdrowie ludzi, ponieważ jeszcze nigdy nie użyto ich pod wodą w takich ilościach.

– Gdy oglądam przerażające zdjęcia ptaków czy zwierząt, które zginęły z powodu ropy, to myślę, że to również znak, jak bardzo wyciekająca ropa i dyspergatory mogą być niebezpieczne także dla naszego zdrowia. Już teraz w obawie przed wadami wrodzonymi ciężarna dziewczyna mojego znajomego na jakiś czas zdecydowała się wyprowadzić z okolic zatoki – opowiada Marylee Orr. Zwraca uwagę, że wielu mieszkańców okolic Nowego Orleanu uważa, że wyciek będzie miał długoterminowy wpływ na ich zdrowie. – To może być amerykański Czarnobyl i jest to naprawdę przerażające.

Wraz z innymi organizacjami szefowa LEAN walczy m.in. o lepszą ochronę dla osób pracujących przy zwalczaniu skutków wycieku. Pod umieszczoną na stronie BPMakesMeSick.com petycją wzywającą administrację prezydenta Obamy do zajęcia w tej sprawie stanowczego stanowiska podpisało się już ponad 82 tys. osób. – Nie możemy pozwolić na to, by rybacy musieli wybierać między ochroną swojego zdrowia a pieniędzmi na jedzenie dla rodziny. Tymczasem BP nie pozwala im teraz używać masek tlenowych, grożąc, że jeśli będą je nosić, stracą pracę – przekonuje MaryLee. Jak podkreśliła, dla wielu rybaków z zatoki praca dla BP to jedyne płatne zajęcie, które mogą teraz znaleźć.

Dlaczego BP zabrania teraz rybakom noszenia masek tlenowych. – Być może nie chcą straszyć okolicznych mieszkańców lub boją się, że gdyby przyznali, iż powietrze jest toksyczne, część osób mogłaby wystąpić z wnioskami o odszkodowania – przekonuje „Rz” Kelly Fellows. Szefowa LEAN i inni autorzy petycji zwracają uwagę na ogromne kłopoty ze zdrowiem, które mają policjanci i ratownicy pracujący w ruinach World Trade Center, oraz na choroby osób, które oczyszczały wybrzeża Alaski z ropy po wycieku z tankowca „Exxon Valdez” w 1989 roku.

Wśród „skutków ubocznych” wycieku są też kłopoty psychiczne rybaków czy właścicieli przedsiębiorstw, którzy w krótkim czasie stracili dorobek swojego życia. W czerwcu Alan Levine, sekretarz Departamentu Zdrowia w Luizjanie, zwrócił się do BP o 10 milionów dolarów na finansowanie opieki psychologicznej. Jak informują amerykańskie media, od 21 kwietnia – gdy doszło do eksplozji na platformie wiertniczej Deepwater Horizon – do lekarzy w Luizjanie zgłosiło się prawie dwa tysiące osób poszukujących porady w sprawie depresji, stresu, nadużywania alkoholu, a także myśli lub prób samobójczych. Przygnębiająco brzmią też prognozy ekspertów, których zdaniem oczyszczanie zatoki może zająć lata lub dekady, a i tak zapewne nie uda się zebrać całej ropy. – Dwóch naszych znajomych rybaków już się zabiło, a dwóch jest pod obserwacją psychologiczną – opowiada nam MaryLee, zauważając, że bardzo wielu rybaków jest przygnębionych, ponieważ dostaje czeki, które brytyjski koncern wypisuje im na kwoty o wiele niższe niż zyski, które kiedyś osiągali. – Tymczasem ludzie w wielu amerykańskich stanach są przekonani, że Luizjana nie potrzebuje pomocy rządu czy osób prywatnych, bo BP płaci za wszystko – stwierdza szefowa LEAN.

Zauważa ona także, że zawsze po tego typu katastrofach wzrasta liczba przypadków przemocy domowej. – Tak było po przejściu Katriny, tak jest i teraz. W niektórych parafiach w Luizjanie liczba tego typu incydentów wzrosła już o 100 proc. – zauważa. Od czasu wypadku na Deepwater Horizon dramatycznie zwiększyła się też liczba bezpańskich psów wyrzucanych z domu przez ludzi, których nie stać już na ich utrzymanie.

[srodtytul]Rabat od BP[/srodtytul]

Na straty spowodowane przez wyciek skarżą się przedsiębiorcy nie tylko w Nowym Orleanie czy miejscowościach położonych tuż nad Zatoką Meksykańską. 250 km od Nowego Orleanu ludzie też odczuwają skutki katastrofy. Próbowałem znaleźć stację benzynową BP, nawigacja poprowadziła mnie z autostrady do Pachuta Village. Bez zastanowienia minąłem zielonkawą stację pozbawioną jakichkolwiek firmowych emblematów. Dopiero gdy komputerowy głos upierał się, że minąłem już cel i kazał mi zawrócić, dostrzegłem wyblakłe ślady po słoneczku British Petroleum. Przy dystrybutorze zobaczyłem, że charakterystyczne dla brytyjskiego koncernu nazwy paliw są skrupulatnie pozaklejane.

– To jakiś nowy dodge? – zagaiła z serdecznym uśmiechem Brenda, mniej więcej 40-letnia wysoka Murzynka. Z lekkim zażenowaniem przyznałem, że to niestety Japończyk. Widząc lekko rozczarowane spojrzenie (wielu Amerykanów, zwłaszcza na prowincji, uważa bowiem, że prawdziwy patriota kupuje amerykańskie auto), wyjaśniłem, że jestem dziennikarzem z Europy. – To była kiedyś stacja BP? – upewniłem się. – Tak, ale od kilku miesięcy już z nimi nie współpracujemy – odpowiada mi wciąż uśmiechnięta.

Nie chce mówić o szczegółach. Mimo że nie ma żadnych znaczków BP, przez wyciek ropy z należącego do brytyjskiego koncernu szybu traci spore pieniądze. O tej porze roku na jej stacji zatrzymywało się mnóstwo rodzin w drodze na wakacje i kościelnych wycieczek jadących nad Zatokę Meksykańską. – W tym sezonie zatrzymały się tu pewnie ze trzy kościelne wycieczki. A jakby tego było mało, wyciek bardzo uderzył też w okolicznych mieszkańców, z których wielu pracowało na platformach wiertniczych, a teraz zostało bez pracy – dodaje Brenda. Nie sądzi jednak, by fakt, iż jej stacja wciąż przypomina nieco firmową stację brytyjskiego koncernu, miał jakiś wpływ na te straty, bo „BP robi wszystko, co może, by walczyć z katastrofą”.

Rację przyznaje jej dwóch siedzących niedaleko mężczyzn w kowbojskich kapeluszach. – Ten wyciek dotknął wielu moich kumpli, którzy nie mogą już pracować na platformach. Ale przecież BP nie chciało doprowadzić do tej katastrofy. Nie wiadomo też do końca, czyja to była wina – mówi Hal Singley, który od prawie 40 lat pracuje w przemyśle naftowym. Czy przyłączyliby się do bojkotu BP? – Oczywiście, że nie. Przecież oni dają 5 procent rabatu. – Na dowód obaj wyciągają z portfela zielone karty kredytowe brytyjskiego koncernu. – Dopóki nie dowiem się, że zarząd firmy kazał pracownikom zaoszczędzić na bezpieczeństwie, co doprowadziło do katastrofy, to nie zmienię zdania o BP i nie będę miał żadnych oporów przed tankowaniem na ich stacjach – dodaje Hal Singley. ?

Jacek Przybylski z Nowego Orleanu, Grand Isle i Larose

Do piątku biuro prasowe BP nie odpowiedziało na prośbę o rozmowę

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL