E-palacze nie chcą zmian

aktualizacja: 21.01.2016, 19:04
Użytkownicy e-papierosów twierdzą, że pomagają one zerwać z nałogiem
Użytkownicy e-papierosów twierdzą, że pomagają one zerwać z nałogiem
Foto: 123RF

Za używanie elektronicznych papierosów w miejscach publicznych będą kary – takie plany ma Ministerstwo Zdrowia.

REDAKCJA POLECA

Resort kończy właśnie prace nad nowelizacją ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Uregulowane mają zostać m.in. przepisy dotyczące e-papierosów. Projekt zakłada, że nie wolno będzie ich używać w miejscach publicznych, zabroniony będzie handel przez internet. Elektronicznych papierosów nie wolno będzie także reklamować.

Użytkownicy e-papierosów protestują. Ich zdaniem Ministerstwo Zdrowia, zamiast dbać o zdrowie obywateli, narazi 1,5 mln użytkowników na jego utratę.

– Zesłanie nas do palarni, w których kłębić się będzie dym z papierosów konwencjonalnych, zmusi nas do wdychania rakotwórczych substancji, od których uciekaliśmy – argumentują Robert Głowacz i Patryk Bełzak ze stowarzyszenia użytkowników e-papierosów Waper.

Nowelizacja ustawy, która wkrótce ma trafić pod obrady rządu, a później parlamentu, ma dostosować polskie przepisy do prawa europejskiego – tzw. dyrektywy tytoniowej. Została przygotowana jeszcze przez ekipę Ewy Kopacz.

Prof. Marian Zembala, minister zdrowia w rządzie PO, tłumaczy nam, że dostosowanie naszego prawa do dyrektyw UE było warunkiem zagwarantowania Polsce 12 mld zł unijnej dotacji na lata 2015–2020. Pieniądze te mają zostać wydane na służbę zdrowia.

– W sprawie sprzedaży przez internet, sprzedaży nieletnim oraz wszelkich – także internetowych – reklam nie mam wątpliwości, że e-papierosy powinny być traktowane tak samo jak papierosy konwencjonalne. Są szkodliwe, zagrażają życiu i zdrowiu – mówi prof. Zembala. – Nie rozumiem wielu posłów, którzy zachowywali się nieracjonalnie, popierając e-papierosy.

Użytkownicy elektronicznych papierosów zwracają jednak uwagę na to, że projekt nowelizacji wykracza poza ramy dyrektywy tytoniowej. Zawiera wiele regulacji, które nie są przez nią wymagane.

– Już na samym początku ustawy są kardynalne błędy w definicjach – tłumaczą Robert Głowacz i Patryk Bełzak. – Nie ma czegoś takiego jak „palenie elektronicznych papierosów", ponieważ nie występuje spalanie, tylko podgrzewanie płynu.

Dodają też, że gdy ministrem zdrowia był prof. Zembala, w sprawie ustawy przeprowadzono konsultacje społeczne, ale zamiast obiecanego złagodzenia przepisów, nastąpiło ich zaostrzenie.

– Zakaz sprzedaży w internecie to w dzisiejszych czasach przeżytek i zaprzeczenie obywatelskiej wolności. Są instrumenty, które pozwalają potwierdzić pełnoletniość kupującego – tłumaczą. – W polskich przepisach mamy zakaz sprzedaży papierosów młodocianym, a po ulicach chodzi pełno młodych palących tytoń. Takie prawo to czysta fikcja.

Nowe przepisy zakładają, że e-papierosa nie będzie można np. stosować w miejscach publicznych – za nieprzestrzeganie zakazu przewidziana jest kara w wysokości 500 zł.

Głowacz i Bełzak tłumaczą, że zapis ten de facto zrównuje użytkowników e-papierosów z palaczami tych tradycyjnych, mimo że szkodliwość zdrowotna obu kategorii produktowych jest nieporównywalna.

– Papierosy elektroniczne nie zawierają tytoniu, przez co nie wytwarzają szkodliwego dymu tak jak zwykłe papierosy – argumentują.

– Nie występuje w nich fizyczny proces spalania, a co za tym idzie, brak jest trucizn tworzonych w procesie spalania, np. amoniaku, cyjanków, formaldehydu, tlenku węgla. W strumieniu powietrza wydychanym przez e-palacza są minimalne ilości substancji, które mogę zaszkodzić osobie postronnej – potwierdza prof. Andrzej Sobczak z Instytutu Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, który prowadził badania e-papierosów. – Często jest tak, że powietrze w wielu polskich miastach jest tysiąc razy bardziej szkodliwe niż opary z e-papierosów.

Przygotowany przez poprzednie kierownictwo resortu zdrowia projekt mimo wielu zastrzeżeń wciąż jest procedowany. W przesłanej nam odpowiedzi ministerstwo tłumaczy konieczność wprowadzenia restrykcyjnych przepisów konwencją Światowej Organizacji Zdrowia o ograniczeniu użycia tytoniu. Prawnicy zwracają jednak uwagę, iż podstawą stanowienia prawa są dyrektywy Unii Europejskiej, a nie wytyczne WHO. Okazuje się też, że ministerstwo nie przeprowadziło, a nawet nie zleciło badań, które potwierdziłyby stopień szkodliwości e-papierosów.

O takie badania zabiega od dawna prof. Jan Lubiński z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak wyjaśnia, duże badania kliniczne mogłyby jednoznacznie potwierdzić, że użytkownicy e-papierosów znacznie rzadziej chorują na nowotwory niż palacze konwencjonalni.

– Dotychczasowe wyrywkowe badania, dane brytyjskich agend rządowych oraz zdrowy rozsądek mówią, że tak jest – tłumaczy profesor. – Ale żeby być pewnym, potrzebujemy twardych danych naukowych. Dzisiaj przychylam się do tezy, że e-papierosy wydają się raczej szansą niż zagrożeniem. Na pewno są mniejszym złem.

– Jako lekarz mam wątpliwości, czy e-palacze powinni być zsyłani do palarni, w których kłębią się opary dymu tytoniowego. Może trzeba pomyśleć o osobnych palarniach lub wypracowaniu kompromisu w sprawie miejsc, w których mogliby palić – mówi były minister zdrowia.

Prof. Zembala dodaje też, że rozumie użytkowników e-papierosów, którzy w ten sposób chcą się wyrwać z nałogu. – Trzeba im pomóc, ale ta pomoc nie może być bezkrytyczna. Nie mogą nią kierować zysk, reklama, lecz troska o zdrowie, o zapobieganie nowotworom – stwierdza.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE