Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

W pogotowiu dzielili się ze mnš pieniędzmi i winš

Fotorzepa/ Danuta Matłoch
Teraz każdy ratownik ma trzyletnie studia. Każdy ma działalnoœć gospodarczš, każdy zasuwa z dyżuru na dyżur. Nie ma czasu na wódkę i wygłupy. Dużo złego się wykruszyło.

Gadam z Marcinem. Wiem, że ta robota jest dla niego wszystkim. JeŸdził jako wolontariusz, nie majšc jeszcze dwudziestu lat. „Wpraszał się" do ambulansu. Wœród ratowników robi trochę za guru – bo jest bardzo dobry. Trochę za maniaka pracy. Dla mnie jest łšcznikiem między starymi i nowymi czasami. Marcin pamięta wszystko. Chlanie wódki, złodziejstwo, bicie, wykorzystywanie. Jak była sprawa z pavulonem i łowcami skór, też jeŸdził.

– A „Botoks" widziałeœ? – pytam go.

– Masz!

– I co?

– Fajny.

– A mówiš, że przerysowany.

– Gówno tam, przerysowany.

– No a seks z psem? Jak to, żeby dziewczyna się sczepiła z psem?!

Marcin się œmieje. Bo wszystko może być w tym filmie przerysowane, ale akurat seks z psem to fakt. To zdarzyło się na warszawskim pogotowiu w latach dziewięćdziesištych. Pies był rasy owczarek niemiecki. Na całš akcję dziewczyny z psem wpadł do domu ojciec. Napad pochwicowy, inaczej zakleszczenie, zdarza się, gdy podczas stosunku wystšpi silny stres. Dziewczyna sama zadzwoniła na pogotowie. Zespół nie mógł sobie poradzić. Zapakowali całe towarzystwo i przywieŸli do pogotowia na Hożš. Dyżur miał „Biały Ojciec", lekarz legenda pogotowia. Siwe włosy, broda, długi fartuch, cięty język. Usiłował podać pacjentce leki rozkurczowe, ale owczarek na niego warczał.

Marcin opowiada: – I „Biały Ojciec" wtedy zwrócił się do ojca pacjentki.

– Proszę pana, czy mógłby pan wpłynšć jakoœ na zięcia? On mnie chce ugryŸć!

Facet się wkurwił i chlast „Białego Ojca" w twarz. „Biały Ojciec" się broni. Sytuacja nietuzinkowa – jest seks, kobieta, zwierzę i walka dwóch mężczyzn. (...)

Maciej, doœwiadczony lekarz:

Ci sanitariusze w dawnych czasach mieli gigantyczne doœwiadczenie. Byłem młody, nic nie rozumiałem. Oni mnie uczyli. W nocy z pištku na sobotę albo z soboty na niedzielę doœć często przychodzili na pogotowie mężczyŸni. Czaili się, wstydzili. I na jednym z pierwszych dyżurów sanitariusz podpowiada mi szeptem:

– Panie doktorze, pan patrzy na tego tu. Ten to sobie coœ w dupę wsadził.

– Niemożliwe!

– Bankowo! Żona wyjechała, oglšdał jakiegoœ zboczonego pornola i sobie wsadził, a teraz nie może wycišgnšć.

– No, niemożliwe!

– Zaraz pan zobaczy: Proszę pana, proszę pana!

Pan tu pozwoli, do gabinetu.

Goœć wchodzi, a sanitariusz do niego prosto z mostu:

– Co pan sobie w dupę wsadził?

Goœć czerwony, duka, ale w końcu mówi: – No, żona wyjechała i oglšdałem taki film...

– Dobra, dobra. Co se pan wsadził?

– No, marchewkę.

I wtedy sanitariusz mówi do mnie tak: – To nie ma co teraz wycišgać, panie doktorze, bo się pan umęczy. Poczekamy do wiosny, natka się pojawi i pójdzie łatwiej.

Notatka z ambulansu:

Mówiš na niš „koronkowa Zofia". Wyjazdy do niej majš w sobie coœ perwersyjnego. Uskarża się na nadciœnienie i wzywa zespół œrednio raz w tygodniu. Czeka na szezlšgu. Ubrana w przezroczysty peniuar i koronkowš bieliznę. Leży na boku. Nie chce się ruszać, żeby nie niszczyć wypracowanej pozy.

– Otwarte, phoszę! – krzyczy, gdy zespół dzwoni do drzwi.

Zofia grasejuje. Do tego (to opinia członka naszego zespołu) „jest czymœ w rodzaju demona seksu opętanego maniš ekshibicjonizmu". Demon jest przepity, podstarzały (Zofia ma 58 lat), ale cišgle pełen werwy. Gdy zespół wchodzi, przeważnie z zakamarków mieszkania wyłania się aktualny narzeczony, zawsze w białych gaciach. W opinii członków zespołu białe gacie „to jakiœ rodzaj zdewiowanego umundurowania".

Zofia: – Tak tu sobie siedzieliœmy i skoczyło mi ciœnienie.

– Bo chlejesz!

Zofia: – Ani kieliszeczka, wyphaszam sobie!

Amant: – Proszę się nie zwracać do Zofii w taki sposób!

Zofia dostaje coœ na zbicie ciœnienia. Zespół się pakuje:

– Wszystko tu u pani tonie w spermie.

Zofia milczy, uœmiecha się zalotnie.

* * *

Czekamy na wezwanie. Od kilku godzin nic się nie dzieje. Znów gadamy z Marcinem. Tym razem o piciu i złodziejstwie:

– Picia prawie nie ma, sam widzisz. Złodziejstwo? Zawsze się zdarza. Wchodzisz do domu. Jakaœ stara babcia, sama, bez œwiadomoœci. Jak ktoœ jest mendš, to się skusi. Zwłaszcza że płacš mało. Wiesz, jak to się mówi...

– Okazja czyni złodzieja.

– Tak, ale nie tylko. Widziałem złe rzeczy. Facetów, którzy wykorzystywali młode narkomanki. Bili. Podbierali narkotyki. Ale to było wczeœniej. Kiedy w pogotowiu jeŸdziły spady wœród lekarzy, sanitariuszy, kierowców. Teraz każdy ratownik ma trzyletnie studia. Każdy ma działalnoœć gospodarczš, każdy zasuwa z dyżuru na dyżur. Nie ma czasu na wódkę i wygłupy. Dużo złego się wykruszyło. (...)

J., ordynator dużego SOR-u:

Zaczynałem pracę w pogotowiu ratunkowym chyba w 2001 roku. Stara kadra albo wymierała, albo była już na emeryturach, albo na odwykach. Bo dawniej do pogotowia szli często lekarze, którzy wczeœniej gdzieœ nawalili. Sanitariuszami byli ludzie, którzy odrabiali wojsko, albo tacy, którzy nigdzie indziej się nie nadawali. To była specyficzna robota. To, co się działo na wizytach, raz było lepsze, raz było gorsze, a gdzieniegdzie mogły się zdarzyć dantejskie sceny. Pamiętam, jak mój kolega pojechał na wizytę z przygodnym zespołem. Resuscytacja absolutnie nieudana. Nie było szans na uratowanie pacjenta. Po zakończonej akcji lekarz od sanitariusza i od kierowcy dostał działkę. Skšd? A wyjęli z pienišżków pacjenta, „bo jemu już nie będš potrzebne". Zgłosił sprawę i oparło się o prokuraturę. Gnój zrobił się nieziemski w tej stacji pogotowia, gdzie kolega pracował.

Wojtek, lekarz, weteran pogotowia i SOR-u:

Pamiętam okres przejœciowy. Wtedy bardzo dużo w pogotowiu przejeŸdziłem, jednoczeœnie pracujšc w izbach przyjęć i poradniach, po 400–600 godzin w miesišcu.

Ile?

No mówię panu! Żona to mnie widziała tylko w niektóre weekendy. Tak było, tak wszyscy pracowali przy tamtych stawkach. 2001 rok i pięć złotych za godzinę! Inaczej się nie dało.

I jak pan wspomina tamte czasy?

Było wielu wspaniałych ludzi, ale przecież trzeba jasno powiedzieć, że œrodowisko przycišgało także rozbitków życiowych, medycznych, zawodowych. Najgorsze było œrodowisko sanitariuszy i kierowców. To tam rzeczywiœcie zdarzały się różne złe rzeczy.

I co się z nimi dziœ dzieje?

Z sanitariuszy i kierowców wyszli pierwsi ratownicy. Ale przecież nie z tych najgorszych. Bo ci, co zrobili specjalizację ratownika, to nie sš tacy Ÿli, prawdziwym gamoniom się nie chciało zrobić.

I gdzie sš?

Wielu z nich nie żyje, bo poalkoholowa marskoœć wštroby wykasowała ich wczeœniej.

* * *

Największym skandalem w historii pogotowia była sprawa „łowców skór". Zaczęło się od sprzedawania informacji o zmarłych pacjentach firmom pogrzebowym, ale potem poszło dalej – by zyski były większe, pacjentów celowo uœmiercano (udowodniono to dwóm sanitariuszom). Z rozmów z pracownikami pogotowia wynika, że o procederze wiedziało bardzo wielu lekarzy i sanitariuszy. I że nie ograniczał się do przypadku Łodzi – który opisali reporterzy „Gazety Wyborczej".

Zygmunt, ratownik medyczny:

Skóry" i wszystkie ciemne sprawki otaczała zmowa milczenia. Ten, kto jš usiłował przerwać, stawał się wyklęty. Fama donosiciela cišgnęła się za nim. Mogłeœ się przenosić ze stacji do stacji, ale głuchy telefon działał.

Skšd wiesz?

Bo kiedyœ mnie spotkała taka infamia. Zaprotestowałem, bo pewien „kolega" obmacywał młode narkomanki. Zapinał w pasy i... mówię tyle, co widziałem. Czy było coœ więcej, mogę się jedynie domyœlać. Zgłosiłem to.

I zostałeœ donosicielem?

Tak, cišgnęło się to latami. Ale jakoœ przycichło. Po takich akcjach łatwiej zrozumieć, w jaki sposób możliwe były takie nadużycia jak historia „łowców skór". Do tej pory odbija się to czkawkš.

Jak?

Wchodzisz do domu, a babcia od progu: „Tylko mi pawulona nie dawajcie". Przyjeżdżasz ratować życie, a patrzš na ciebie jak na mordercę. Ale sami sobie jesteœmy winni. O „łowcach" wiedziało wiele osób, ale obowišzywała zmowa milczenia. Nikt nie chciał się narażać na infamię.

* * *

O tym, że proceder był znany, mówili mi lekarze i sanitariusze jeszcze podczas zbierania materiałów do ksišżki „Mali bogowie". To opowieœć byłego pracownika pogotowia:

W pogotowiu wiedzieli o tym wszyscy. Trwało to długo, aż w 2002 roku ukazał się tekst „Łowcy skór" w „Gazecie Wyborczej". Do tego czasu biznes kręcił się doskonale. W szczycie dostawało się dwa tysišce od skóry. Generalnie pienišdze szły do podziału między trzy osoby: kierowcę, sanitariusza i lekarza. Odpalało się też dyspozytorowi. Dyspozytor – kiedy był zgon albo coœ mogło skończyć się zgonem, zawiadamiał zaprzyjaŸniony zespół. Zespół stwierdzał œmierć i dzwonił do zakładu pogrzebowego. Zakład pogrzebowy płacił za to, czyli płacił za skórę.

Z czasem zaczynało dochodzić do bardzo ponurych historii. Dyspozytor wysyłał zespół, który znajdował się najdalej od osoby umierajšcej, opóŸniano reanimację osób starszych. Wszystko z chęci zysku. Bywało, że w cišgu dwunastu godzin dyżuru było siedem zgonów. To były już potężne pienišdze. Sanitariusz miesięcznie zarabiał 1400–1600 złotych, a od skóry dostawał 500 złotych. Czasem panie z kasy na pogotowiu dzwoniły z wezwaniem po wypłatę, bo ludzie zapominali się zgłosić. Chciwoœć robiła się niebezpieczna, ludzie œcigali się do skór. W jednej dzielnicy zawišzała się nawet spółdzielnia. Trzy zespoły plus dyspozytor dzielili się między sobš pieniędzmi niezależnie od tego, kto pojechał po „skórę". Dzieliło się po równo, więc mogłeœ przespać cały dyżur, a rano czekała na ciebie kasa. Ale to już się skończyło.

Rozmowa z lekarzem z Warszawy, po pół roku zrezygnował z pracy w pogotowiu:

Co pana wykańczało najbardziej? Stres?

(œmiech) Stres? Pamięta pan sprawę „skór"?

Ale to było w Łodzi.

W Łodzi? Niech pan przestanie. Wierzy pan, że ŁódŸ była jakaœ szczególna? Bez przesady. Przyszedłem do pogotowia i zaraz zrozumiałem, że tak to działa.

Jak się pan domyœlił? Nie ukrywali tego przed panem?

Nie. Wręcz przeciwnie. Oni się chcieli dzielić pieniędzmi ze wszystkimi. Nawet ze studentami medycyny, którzy przychodzili do pogotowia, żeby praktykować. W tamtych czasach wielu z nas studiowało medycynę po to, by zmieniać œwiat. No więc przychodzili do pogotowia i zderzali się z brutalnš rzeczywistoœciš. Dla nich albo dla młodych lekarzy to było szokujšce.

Mówi pan, że dzielili się pieniędzmi ze wszystkimi, czyli...

Tak, ze wszystkimi. To zresztš było dużo więcej niż dzielenie się pieniędzmi. To było dzielenie się winš. Wzišłeœ, więc też za to odpowiadasz. Nie możesz donieœć, nie możesz zaprotestować, bo bierzesz w tym udział. Też jesteœ winny.

Coœ konkretnego zapamiętał pan z tamtego okresu?

Tak. Dostajemy informację: „Adres taki a taki, pacjent taki a taki, ustanie kršżenia". I nagle głos pani doktor dyżurnej: „Nie œpieszymy się, już kupiłam drzwi do domu za trzydzieœci milionów".

Trzydzieœci milionów?

Tak, jeszcze przed denominacjš w 1995 roku. Te „trzydzieœci milionów" mam do dziœ w uszach. Wtedy pomyœlałem, że muszę się zwolnić.

Artur, ratownik medyczny:

Dopiero zaczynałem robotę w pogotowiu. Na tę paniš mówili: „Doktor Œmierć". Ona pracowała na SOR-ze. Kiedyœ przywozimy starszego pana – ja i lekarz anestezjolog. Wzięliœmy go z domu. Żona zapłakana. Siwa pani. Pomyœlałem, że oni się bardzo kochajš. Tacy mili dziadkowie. W karetce z pacjentem było Ÿle. Jak już byliœmy w szpitalu, goœć się zatrzymał. Reanimujemy. Nagle wchodzi pani doktor. Mój anestezjolog odsuwa się, ustępuje miejsca. Staje oparty o framugę drzwi. Ja dalej uciskam klatkę. Pani doktor daje mi sygnał, żebym przestał. Pacjent podłšczony do aparatury, do monitora. Cisza, cisza, cisza, pzdryk! Cisza, cisza, cisza, pzdryk! Czyli jednak serce pracuje. Pracuje! Linia za nic nie chce się wyprostować.

No, ale jeœli nic się nie będzie robiło, to dziadek naprawdę umrze. Pani doktor milczy. Daje znać, żebym przerwał. Za każdym „pzdryk" pani doktor tylko cmoka i kręci głowš. Jakby była niezadowolona, że dziadzio trzyma się życia. Cisza, cisza, cisza, pzdryk! Cmok! Cisza, cisza, cisza, pzdryk! Cmok! No, kurwa, umrze! Patrzę na „swojego" lekarza. On nic. Oparty o framugę. Uciskam klatkę. Trzydzieœci sekund. Pani doktor znów daje sygnał, żeby przerwać. Chryste! Za pierwszym razem może i było to uzasadnione. Chciała zobaczyć, jaki to umierajšce serce ma rytm, wyrobić sobie opinię, nie wiem co jeszcze. Ale teraz? Wiadomo, że jak organizm ma załapać, to trzeba pompować ze dwie minuty. Trzydzieœci sekund to zupełnie bez sensu. Ale przerywam. I znów: cisza, cisza, cisza, pzdryk! Cmok! Cisza, cisza, cisza, pzdryk! Cmok!

– Pani doktor?

– No, proszę!

Znów historia się powtarza. I następna kolejka taka sama. Tak się nie uratuje człowieka, każdy to wie. W końcu pani doktor mówi, że kończymy, że to nie ma sensu. Musimy zebrać wszystkie swoje klamoty i odnieœć do karetki.

Biorę swojego lekarza na stronę i pytam szeptem:

– Proszę mi wytłumaczyć, co tu zaszło? Nie rozumiem, dlaczego to tak było?

On tak na mnie popatrzył i mówi:

– Właœnie poznałeœ „Doktor Œmierć". To była ona.

Aha. No dobra. Zbieram te rzeczy i idę do karetki. A na korytarzu siedzi małżonka starszego pana, który za œcianš dogorywa i którego nikt nie ratuje. Naturalnie mnie poznała. Szuka kontaktu wzrokowego, ale ja odwracam głowę. Udaję, że jej nie widzę. Ona nie oœmiela się do mnie zagadnšć. Bo przecież ratowałem jej męża. Jestem bohaterem, Bogiem. Chciałaby pewnie zapytać: „Jak mój kochany mšż? Czy wszystko będzie dobrze? Przywiozłam mu piżamę. Kiedy wróci do domu? Bo my tak razem od zawsze".

I co miałbym jej powiedzieć? Niosę te klamoty. Wrzucam do karetki. I znajduję w niej sztucznš szczękę należšcš do tego starszego pana.

– Doktorze, co z tym robić?

No co? Durne pytanie. Trzeba iœć i zwrócić małżonce. I to byłby dobry moment, żeby się zbuntować. Powiedzieć starszej pani, co zaszło. Jak wyglšdała reanimacja. Że jedna taka lekarka przed chwilš zabiła pani męża.

Ale nie zrobiłem nic. Bo to bez sensu. Pani „Doktor Œmierć" wykręciłaby się ze wszystkiego. Skoro wszyscy jš tak nazywajš, to przecież wszyscy wiedzš, kim ona jest. A mimo to pracuje. Co to znaczy? Doktor nigdy nie doniesie na doktora. Wytłumaczył mi to „mój lekarz" i dołożył pięknš opowieœć: „Na chirurgii jest ordynator. Ręce mu tak latajš, że masłem chleba nie posmaruje. Ale lubi operować i wywija nożem na sali. Chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę, że bardzo szkodzi pacjentom. Natomiast inni lekarze widzš to doskonale. Logiczne byłoby, gdyby poszli z tym do dyrekcji albo do Izby Lekarskiej, albo dokšdkolwiek, żeby przerwać ten horror. No ale lekarz na lekarza nie doniesie. Z drugiej strony to przecież normalni ludzie. Głupio im patrzeć, jak ich szef zabija ludzi. Wymyœlili więc taki system: oni zaczynajš operację ciut szybciej i wysyłajš jakiegoœ młodego, żeby przejšł ordynatora na korytarzu i zagadał:

– Panie doktorze, czytałem taki artykuł w „Lancecie"...

– Ale ja się œpieszę...

– Pan jest dla mnie autorytetem. Proszę, tylko jedno pytanie.

Młody ma zadanie, żeby gadać jak najdłużej. A ci, co sš na sali, usiłujš doprowadzić operację do takiego etapu, żeby stary nie mógł już nic spierdolić".

– Tak że wiesz – mówi do mnie „mój" lekarz – za dużo nie wywalczysz. Nikt cię nie poprze, pójdzie za tobš fama donosiciela. W końcu wylecisz z roboty albo przez budzenie niezdrowej atmosfery, albo wsadzš cię na jakšœ minę. Gdzie indziej roboty też nie znajdziesz. Zawsze zapytajš cię o wczeœniejsze miejsce pracy. Potem wykonajš telefon i już wszystko będzie jasne. Moja rada: odpuœć, skup się na sobie, rób dobrze swojš robotę.

No i skorzystałem z tej rady. I nie mam sobie nic do zarzucenia. Uratowałem wielu ludziom życie. Pewnie jakaœ babcia tańczy dzięki mnie na weselu wnuczki, ktoœ ma normalne życie mimo zawału, mama się cieszy, że synek walnięty przez samochód żyje i dobrze się uczy. Ale, nie przeczę, czasem, mimo upływu lat, przypomina mi się ta historia ze sztucznš szczękš.

Ksišżka Pawła Reszki „Mali bogowie 2. Jak umierajš Polacy" ukazała się przed kilkoma dniami nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Tytuł pochodzi od redakcji, œródtytuły od autora

Autor wydał wczeœniej m.in.: „Chciwoœć. Jak nas oszukujš wielkie firmy" (2016) i „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" (2017). Zaczynał w „Rzeczpospolitej" jako dziennikarz polityczny i œledczy korespondent w Moskwie, reporter wojenny. W l. 2006–2009 w „Dzienniku. Polska Europa Œwiat" kierował działem œledczym. Potem redaktor w „Tygodniku Powszechnym", ostatnio w „Newsweeku". Laureat Nagrody im. Dariusza Fikusa (2005 r.), wyróżniany przez SDP i miesięcznik „Press"

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL