Talaga: Polska Zosią Samosią narodów

aktualizacja: 12.04.2017, 11:19

Jesteśmy uzależnieni od sojuszy, tymczasem wciąż pokutuje w nas romantyczne podejście do polityki międzynarodowej.

REDAKCJA POLECA
18.04.2017
Przyjmujmy Ukraińców – to przybysze niemal doskonali
11.04.2017
Soloch: Obecność wojsk NATO w Polsce musi być stała
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

W polityce największym błędem jest pomylenie życzeń z możliwościami. W wypadku polityki bezpieczeństwa taka pomyłka może się skończyć unicestwieniem państwa. Morał stąd prosty – nigdy nie wolno jej popełnić, nawet w imię najwyższych ideałów.

Romantycy nawoływali, by „mierzyć siły na zamiary, nie zamiar podług sił". Wzniosły cel miał być wartością samą w sobie, wystarczającą, by poświęcić dlań życie swoje i innych. Romantycy mieli niemały wpływ na ówczesną opinię publiczną i dlatego zamiast niepodległości dorobiliśmy się krwawo tłumionych powstań. Polska odrodziła się, gdy zrobiliśmy odwrotnie, niż radzili – dostosowaliśmy zamiary do posiadanych sił, wykorzystując sprzyjające okoliczności.

Nie inaczej dzieje się obecnie. Polska dostała bonus od losu w postaci geopolitycznej układanki, w której chwilowa słabość Moskwy pozwoliła nam dołączyć do struktur zachodnich i uniknąć przekleństwa poprzedniej niepodległości, czyli samodzielnego trwania pomiędzy Rosją (Związkiem Sowieckim) a Niemcami. Do tej pory, pomimo wszystkich błędów, a nawet niegodziwości towarzyszących transformacji, dobrze wykorzystaliśmy dany nam czas. Wszyscy. W tym odsądzające się dziś od czci i wiary PiS i PO, ich akolici wszelkiej maści, a nawet postkomuniści z SLD.

Polska jest członkiem NATO oraz UE, mamy stabilną gospodarkę i ponad dwie dekady wzrostu gospodarczego, co jest fenomenem w skali globalnej. Pięciu na siedmiu naszych sąsiadów to państwa przyjazne, zakotwiczone w tych samych strukturach międzynarodowych (poza Ukrainą). Stało się tak dzięki sprzyjającym okolicznościom oraz skutecznej, bo realistycznej polityce międzynarodowej i bezpieczeństwa, która osłoniła przemiany.

Świat zabulgotał

Wszystko to może jednak prysnąć, świat bowiem zaczął się ponownie przepoczwarzać. Okoliczności przestają nam sprzyjać. Dwa wielkie państwa nuklearne Chiny i Rosja rzuciły wyzwanie Zachodowi, domagając się rewizji światowego porządku. Ta druga nie zawahała się nawet przed użyciem siły zbrojnej i aneksją terytorium innego, uznawanego przez siebie państwa. Zaczyna się wyłaniać nowy system międzynarodowy, którego kształtu jeszcze nie znamy. Nie wiadomo też, czy narodzi się w miarę pokojowo, jak ład po upadku komunizmu, czy też wskutek wielkiej wojny, jak w 1918 i 1945 r. Obecnie taki konflikt jest nie tylko wyobrażalny, ale prawdopodobny na styku Chiny – Stany Zjednoczone z osią na Morzu Południowochińskim, Wschodniochińskim, Cieśninie Tajwańskiej i Półwyspie Koreańskim oraz Rosja – NATO z osią na Bałtyku i w Polsce. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, co takie starcie oznaczałoby dla państwa frontowego, jakim jesteśmy.

Wielka wojna może, ale wcale nie musi wybuchnąć, niemniej polityka międzynarodowa i bezpieczeństwa nie jest już tym samym co w ciągu ubiegłego 20-lecia. Potrzeba w niej więcej realizmu oraz przewidywania. Polska musi tak manewrować po burzliwych wodach międzynarodowych, by przetrwać, zapewnić bezpieczeństwo swoim obywatelom i wywalczyć warunki do dalszego rozwoju.

Na nieszczęście w Rzeczypospolitej wciąż pokutuje romantyczne podejście do polityki, jakby mało nam było historycznych nieszczęść spowodowanych fantazjowaniem. Jego owocem są nierealistyczne, choć piękne cele. Jaki Polak nie czułby dumy z kwitnącej Rzeczypospolitej – lidera Międzymorza zjednoczonego wspólnymi ideami i projektami energetycznymi oraz zbrojeniowymi? Przede wszystkim jednak samodzielnej, niezależnej politycznie pod względem bezpieczeństwa od innych państw? Do spełnienia tej miłej wizji potrzeba jednak środków i sił, których Polska nie ma.

Mądry liczy na siebie

Wielką mądrością tak w życiu osobistym, jak i politycznym jest liczenie na siebie, a nie na innych. W razie kryzysu sojusznicy mający nawet dobrą wolę nie zawsze będą w stanie pomóc. Mogą też wystawić nas na zniszczenie, nie z nienawiści, ale by bronić siebie. Tak postąpiła Wielka Brytania w 1939 r., popychając Niemcy do wojny z Polską zamiast z Francją, co dało Albionowi dodatkowy rok na zbudowanie sił powietrznych zdolnych, jak się okazało podczas bitwy o Anglię, do odparcia ataku niemieckiego.

Polityka Chamberlaina ocaliła Brytanię, ale Polakom pokazała, że sojusze są niewiele warte, co słusznie punktuje prawicowy polityk i publicysta Marian Piłka w artykule „Geopolityczna pułapka" opublikowanym w „Rzeczpospolitej". Wysuwa stąd wniosek, że powinniśmy zachować ostrożność w stosunku do Stanów Zjednoczonych i nie dać się wykorzystać do realizacji ich interesów. Lepsza od niepewnego sojuszu jest pełna podmiotowość w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa, choć bez wychodzenia z NATO. Ten ważny i nieodosobniony głos pokazuje modny na prawicy trend myślenia – geopolityczny „zosiosamosizm", od Zosi Samosi z wierszyka Tuwima.

Pełna samodzielność byłaby postulatem godnym poparcia, gdyby była możliwa. Niestety, nie jest. Nie tylko zresztą w przypadku Polski. Na dobrą sprawę samodzielną politykę bezpieczeństwa prowadzą tylko USA, Chiny i Rosja. Nawet Izrael jest uzależniony od amerykańskiej pomocy finansowej i transferu technologii wojskowych. Inny pretendent do samodzielności – Turcja – może sobie na nią pozwolić tylko w mocno lokalnym wymiarze. W wypadku konfliktu na dużą skalę nie przetrwa bez pomocy NATO, dlatego lojalnie wypełnia zobowiązania sojusznicze i pomimo groźnych pomruków prezydenta Erdogana ani na jotę nie osłabia współpracy militarnej z USA. Nawet taka potęga przemysłowa jak Niemcy nie posiada potencjału samodzielnej obrony i jest uzależniona od amerykańskiego parasola militarnego: nuklearnego i konwencjonalnego.

Mit pełnej samodzielności jest groźny, bo osadzony w optyce romantyzmu. O mocy państwa decydują nie podniosłe wizje, ale liczba ludności, wielkość PKB oraz zaawansowanie technologiczne gospodarki. Polska we wszystkich tych kategoriach wypada blado. Przytoczmy tylko najbardziej oczywiste liczby. Według danych Banku Światowego w 2016 r. PKB Polski wynosił 473 mld dol., Niemiec – 3494 mld dol., a Rosji 1267 mld dol. Był więc siedem razy mniejszy od niemieckiego i ponad dwa i pół razy od rosyjskiego. Ludność Polski to 38 mln, Niemiec – 80 mln, Rosji – 140 mln. Wydatki obronne Polski to ok. 9–10 mld dol. rocznie, Rosji – ok. 50–65 mld dol. (w pełni wiarygodne dane nie są dostępne), Niemiec – ok. 40 mld dol. Gdyby Niemcy, zgodnie z naciskami USA, zwiększyły wydatki obronne z obecnego 1,2 proc. do 2 proc. PKB, sięgnęłyby one 70 mld dol. Gdyby z jakichś niepojętych względów rosły dalej do obecnego poziomu rosyjskiego, czyli 5,4 proc. PKB, byłoby to 188 mld dol.!

USA nas nie potrzebują

Ta wyliczanka może się wydawać zbędną „gdybologią", ale ma na celu jedynie unaocznienie różnicy potencjałów. Jakakolwiek forma samodzielnego trwania pomiędzy Niemcami i Rosją jest skazana na katastrofę, którą już raz przerabialiśmy. Nie mydlmy sobie oczu Unią Europejską, prawem międzynarodowym czy powiązaniami gospodarczymi. To pożyteczne narzędzia na czas pokoju, w ostatecznym rozrachunku, w razie zapaści, pozostanie wybór – sojusz z Berlinem albo Moskwą, ewentualnie zagłada państwowości. Wobec natury państwa rosyjskiego, które nie potrafi przyjąć cywilizowanych norm, drugi wariant byłby narodową zdradą. Zatem – Berlin.

Kłopot w tym, że Niemcy są gospodarczym i politycznym gigantem, ale militarnym karłem. Nie mogą i nie będą mogły w przyszłości udzielić nam wystarczającej pomocy wojskowej. Stąd starania Polski o względy USA, najpotężniejszego państwa globu z PKB i budżetem obronnym przerastającym wielokrotnie łączne PKB i wydatki militarne Rosji oraz Niemiec.

Marian Piłka i inni zwolennicy pełnej niezależności obawiają się, by Polska nie realizowała interesów amerykańskich zamiast swoich. Taka optyka jest zresztą spójna z propagandą rosyjską dowodzącą, że Polska wysługuje się USA. Piłka postuluje nawet współpracę z Rosją oraz przyłączenie się do chińskiego projektu Nowego Jedwabnego Szlaku. Stany Zjednoczone nie mają jednak szczególnych interesów w Polsce. To Polska usiłuje im wmówić, iż jest inaczej. Nie jesteśmy ani atrakcyjnym partnerem handlowym, ani prawdziwym sojusznikiem militarnym. Jak zresztą możemy nim być przy różnicy budżetów wojskowych 1 do 60 na korzyść USA? Jesteśmy klientem.

W długoterminowej strategii amerykańskiej Europa stanowi dla USA bufor bezpieczeństwa w zachodniej Eurazji, jego zwornikiem i kluczowym elementem zaś są i długo jeszcze będą Niemcy. To prawdziwy sojusznik USA (obok Wielkiej Brytanii), kraj absolutnie kluczowy dla amerykańskich interesów na Starym Kontynencie. Z punktu widzenia Waszyngtonu Polska mogłaby nawet znaleźć się w rosyjskiej strefie wpływów, gdyby nie była w NATO. Skoro jednak jest, należy ją osłaniać w imię zachowania spójności i wiarygodności sojuszu, na czym akurat Amerykanom bardzo zależy. Upraszczając – to my chcemy Amerykanów, a nie oni nas.

Sojusz z USA nie wyklucza zresztą jak najbliższych relacji z Niemcami, przeciwnie – wzmocniłyby one polską wiarogodność wobec Stanów Zjednoczonych. W naszym położeniu elementarna strategia każe mieć za plecami najpotężniejszy kraj Europy i najpotężniejszy kraj świata równocześnie. I tak właśnie jest. Wszelkie majstrowanie przy tym układzie w imię jakiegoś pojednania z Rosją i mętnych interesów z Chinami godzi w bezpieczeństwo Polski.

Inna sprawa, do czego wykorzystamy te sojusze. Jeśli do bezczynności pod obcym parasolem militarnym, możemy skończyć jak w 1939 r. Jeśli jednak do budowy potężnej, powszechnej, narodowej siły zbrojnej, która nie pokona wprawdzie głównego wroga Polski, gdyby doszło do wojny, ale będzie zdolna zadać mu bolesne stary – nasze państwo przetrwa kolejne dziesięciolecia. Mając takie zdolności, będziemy odstraszali agresora, a kiedy uderzy – stawimy długotrwały opór, który da nam czas na przymuszenie sojuszników do interwencji. Bez naszego oporu mogą nie zdążyć nam pomóc, nawet gdyby chcieli. Oto samodzielność na miarę naszych możliwości, inna jest groźną utopią.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

POLECAMY

KOMENTARZE