Rzecz o polityce

Talaga: Marsz ku Europie narodów

Pixabay
Piątkowy szczyt UE w Brukseli rozpocznie międzypaństwową debatę nad przyszłym kształtem Komisji Europejskiej i całej UE. Jest nad czym dyskutować, bo Wspólnota wprawdzie poradziła sobie z kryzysem fiskalnym i kwitnie gospodarczo, ale politycznie nadal panuje w niej marazm.

Polska nie może dać się wypchnąć z tej dyskusji, przeciwnie – powinniśmy aktywnie narzucać jej agendę. Nieprawdą jest bowiem, że jesteśmy w UE osamotnieni z naszą wizją wspólnotowości, wiele innych państw myśli podobnie i mamy szansę wypromować Europę narodów kosztem Europy federalnej.

Kiedy we Francji prezydent Emmanuel Macron zaproponował powołanie wspólnego budżetu strefy euro i jej ministra finansów, powiało grozą podziału UE na strefę szybkiej integracji i peryferia. Kiedy w Niemczech lider SPD Martin Schulz ogłosił plan budowy Stanów Zjednoczonych Europy do 2025 r., wróciło widmo federacji. Dziś oba projekty pleśnieją na śmietniku historii. Europy dwóch prędkości nie będzie, bo nie chcą jej Niemcy, co zapisano w umowie koalicyjnej chadecji i SPD, federacji też nie, gdyż jej promotor pożegnał się z fotelem przewodniczącego SPD i tym samym stanowiskiem wicekanclerza w przyszłym rządzie.

Oddala się również perspektywa karania Polski za reformę sądownictwa. Nie dlatego, że nasz rząd stał się bardziej spolegliwy, wielu krajom UE nie podoba się perspektywa, by Komisja Europejska miała być sędzią jakiegokolwiek państwa Wspólnoty. Niezależnie od wizji federalistów oraz ambicji unijnych urzędników najwyższych szarży w UE rządzą państwa i ani myślą oddawać swoich prerogatyw instytucjom ponadnarodowym. Komisja Europejska, wbrew własnemu mniemaniu, nie ma dziś wysokich notować, stąd też debata nad jej reformą.

Dla Polski najkorzystniejszym rozwiązaniem byłaby w ogóle likwidacja KE, a także Parlamentu Europejskiego, który nie ma prawdziwego mandatu wyborczego, z tego powodu, że nie istnieje europejski wyborca. Elekcje do PE są wszędzie elementem wewnętrznej gry politycznej. To instytucja bodaj najbardziej zafałszowana i najmniej pasująca do politycznej rzeczywistości w Europie.

Rządzić Unią powinna Rada Europejska, organ składający się z liderów suwerennych państw wyłonionych w faktycznych wyborach, a nie ich unijnej imitacji. Tylko oni mogą skutecznie reprezentować sprawy swoich narodów, a w efekcie interes wspólnotowy, który może być jedynie wypadkową interesów narodowych. Nie ma i nie będzie żadnego interesu unijnego, gdyż nie istnieje unijne państwo.

Taka Wspólnota to stan idealny, jego realizacja wymagałaby zmian traktatowych, a przy obecnych rozbieżnościach w UE byłoby to otwarcie puszki Pandory. Niech jednak Europa narodów pozostanie drogowskazem pokazującym, dokąd chcemy iść. Wtedy łatwiej będzie meandrować w bieżącej polityce, wszak nawet w ramach traktatu lizbońskiego można osłabiać pozycję UE i parlamentu, wzmacniając jednocześnie siłę państw narodowych scalonych wspólnym rynkiem. ©?

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute. Artykuł oddaje jego prywatne poglądy

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL