Polityka

Borys Budka: Ludzie nie chcą już "podłej zmiany"

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Polska może być lepsza. Nie musi być ciągle podzielona, jak chce tego PiS – mówi poseł Platformy.

Rzeczpospolita: Jak pan diagnozuje obecną sytuację polityczną? To przełom czy znowu się wydaje, że taki jest.

Borys Budka, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej: Przełomem będą wybory samorządowe. To będzie realna weryfikacja. Z naszych informacji wynika, że w tej chwili około 70 proc. respondentów sondażowni nie chce mówić o swoich preferencjach wyborczych. Po prostu boją się odpowiadać. A to skutkuje małą wiarygodnością badań i – oczywiście – niedoszacowaniem partii opozycyjnych. Prawdziwym i w pełni wiarygodnym sondażem będzie wynik jesiennych wyborów samorządowych.

Co będzie oznaczało dla PO wygranie tych wyborów?

Rządzenie w większości sejmików. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że w niektórych regionach może to być trudne, ale wierzę, że wspólnie z koalicjantami jesteśmy w stanie utrzymać zdecydowaną większość sejmików.

Po dwóch latach rządów PiS – mimo wszystkiego, co się wokół rządu dzieje – ma 40 proc. poparcia, PO dwa razy mniej. Dlaczego przegrywacie?

W międzyczasie było kilkadziesiąt wyborów uzupełniających w gminach i kilku miejscowościach. Wszędzie tam, gdzie byli wspólni kandydaci opozycji, udało się wygrać z kandydatami PiS. Nie możemy być zakładnikami sondaży. Przypomnę, że w pierwszej kadencji niektóre sondaże dawały rządowi Donalda Tuska ponad 60-procentowe poparcie. Media donoszą, że w sondaże nie wierzy nawet Jarosław Kaczyński. A my, w Platformie, mamy w pamięci sondaże sprzed kampanii prezydenckiej.

To nie zmienia faktu, że PO walczy z percepcją, że non-stop przegrywa i nie jest efektywna jako opozycja.

Nie widzę innej metody na odwrócenie tego, niż wygranie wyborów. Polacy potrzebują impulsu. Wiary, że da się PiS odesłać w miejsce, gdzie sprawdza się najlepiej, czyli do opozycji. A to można zrobić właśnie wygrywając wybory samorządowe. To będzie przełom. Dowód, że wspólna lista PO i Nowoczesnej, poszerzona o inne opozycyjne środowiska i niezależnych samorządowców wygra z PiS. Wtedy ludzie uwierzą.

Na ile sukces utrudnią takie sytuacja jak w Gdańsku z Pawłem Adamowiczem?

By wygrać, trzeba mieć drużynę. Nikt wyborów nie wygra indywidualnościami, nawet najlepszymi. Mam nadzieję, że Paweł Adamowicz zmieni swoją decyzję i będzie chciał być częścią drużyny PO. Ale stawianie zerojedynkowe - albo start z poparciem, albo bez - pokazuje, że poczucie tej wspólnoty u niektórych zanika. Listy do sejmików, listy do rad miast - to wszystko muszą być drużyny.

Czy jeśli sukcesu nie będzie, to rozliczycie za to Schetynę?

Kadencja przewodniczącego PO jest określona w statucie, trwa cztery lata. Grzegorz Schetyna wielokrotnie podkreślał, że nie przegrał jako lider żadnych wyborów. A lidera rozlicza się właśnie z efektów. Zbudowaliśmy silny zespół, jesteśmy zdeterminowani i wygramy rywalizację wyborczą. Nie zakładam innego scenariusza.

Czy PO przez te dwa lata stała się lepsza w opozycji i czegoś się nauczyła?

Porażka nauczyła nas wiele. Posypaliśmy głowę popiołem. Ruszyliśmy w teren. Odbywamy wiele spotkań w całym kraju. Staramy się nadrobić to, co zaniedbaliśmy w czasie drugiej kadencji rządów PO-PSL. Wróciliśmy do polityki kontaktów z wyborcami.

Nie ma pan wrażenia, że badanie właśnie o wyborcach, które zrobił dr Gdula powinna zrobić PO analizując swoją porażkę w 2015, a nie on?

To są bardzo cenne badania. Ale my również cały czas udoskonalamy ofertę dla wyborców. Korzystamy z wielu badań, by budować swój program. To jest niezbędne. Polityka musi być profesjonalna.

PO przebudowała wizerunek, o którym mówili ankietowani w badaniu dr Gduli? Partii elit, skorumpowanej.

To trudne pytanie. Wybory pokażą, czy nam się udało. Ale muszę podkreślić, że ta łatka przyczepiona Platformie była absolutnie nieprawdziwa. Teraz potrzeba pracy i pokory, by ten wizerunek zmienić. To można zrobić tylko autentycznością, wiarygodnością, spotkaniami z ludźmi. Dlatego jeździmy po Polsce. Inaczej nie da się tego zrobić.

Na te spotkania nie przychodzą w większości działacze i ludzie przekonani?

Uczestnicy klubów obywatelskich to w większości sympatycy obecnej opozycji, ale nie partyjni działacze. Do tej pory zdarza nam się oberwać za to, że dopuściliśmy PiS do władzy. Ja to rozumiem, ale zawsze podkreślam, że już od dwóch i pół roku rządzi PiS. I ta narracja musi się zmieć. I powoli się zmienia. Teraz coraz więcej osób domaga się od nas skończenia z tą „podłą zmianą". Ale można to zrobić wyłącznie przez wybory.

Jak chcecie dotrzeć do tych niezmobilizowanych, niegłosujących, wreszcie tych, którzy nie sympatyzują z opozycją.

Prostym przekazem. Że Polska może być lepsza. Nie musi być ciągle podzielona, jak chce tego PiS. Że można rozwijać kraj, nie depcząc praw obywatelskich, stawiając na przedsiębiorczość i własność prywatną. Szanując prawa mniejszości i osób słabszych. Że należy budować pozycję w Europie i świecie nie na kompleksach i zakłamywaniu historii, ale na poczuciu wspólnoty interesów i wartości.

Czy ich przekonaniu ma też służyć przesłanie, że PO nie popiera łączenia wydatkowania funduszy spójności z praworządnością?

Nie chcemy, by Polacy zostali powtórnie ukarani. My mówimy to jasno. Polskie samorządy, rolnicy, przedsiębiorcy nie są winni tego, że PiS gwałci konstytucję, upolitycznił Trybunał Konstytucyjny, upartyjnia wymiar sprawiedliwości, prokuraturę. Wykorzystuje służby przeciwko obywatelom i opozycji. Ale czym innym jest walka o praworządność, a czym innym zmniejszenie funduszy, z których korzystają Polacy. Na to nie będzie naszej zgody.

A czy PO wyciągnęła wnioski z sytuacji, w której rok temu nie była w stanie odpowiedzieć na cztery pytania PiS m.in. o uchodźców i 500 Plus?

Uczymy się na błędach. Cały czas pracujemy nad tym, by być lepsi komunikacyjnie. By ten przekaz był bardziej spójny.

O co teraz w ogóle PO chodzi, poza tym, że chce odsunąć PiS od władzy? To wszyscy wiedzą.

W sferze polityki wewnętrznej – by obronić samorząd przed zawłaszczeniem go przez PiS. By nie było przypadków takich, że będą rządzić partyjni nominaci, a nie fachowcy wybrani przez społeczności lokalne. Druga rzecz: skuteczna polityka europejska. PO jest gwarancją tego, że pomimo destrukcyjnych rządów PiS nasi eurodeputowani skutecznie walczą o europejskie fundusze. PiS na arenie międzynarodowej i w PE nie istnieje. Tam nikt z nimi nie rozmawia. Oni nie biorą udziału w pracach poważnych zespołów. Tam gdzie rząd zawodzi, tam gdzie odpuszcza, to my robimy wszystko, by walczyć o lepszą pozycję Polski. Skutecznie naprawiamy to, co psuje PiS.

A wybory do parlamentu? Jaka tam będzie idea?

Polska bez podziałów. Bez nienawiści. Bez chorych ideologii. Państwo silne dzięki sile swoich obywateli, jednostek, indywidualności. Państwo, które nie chce regulować wszystkiego i wchodzić z butami w każdą dziedzinę życia. Państwo ufające swoim obywatelom, a nie ich inwigilujące. Wspierające rodzinę, ale dbające też o gospodarkę prywatną. Z jak najmniejszym udziałem państwa w gospodarce. Całkowite przeciwieństwo PiS.

Program 500+ został zapowiedziany i jest.

Nam chodzi o silną gospodarkę, bez której nie jesteśmy w stanie utrzymać wydatków socjalnych przyjętych przez PiS. Program 500+ nie tylko zostanie utrzymany, ale też rozszerzony na pierwsze dziecko bez progu dochodowego. Ten program teraz demotywuje do uczestnictwa w rynku pracy. Musimy ten program wzmocnić o elementy zachęcające do pracy.

To mocno zwiększy koszty.

To będzie możliwe, jeśli wzmocnimy gospodarkę. A ta idzie teraz siłą rozpędu. Aby gospodarka mogła dalej się rozwijać, potrzebne są zmiany. Odbiurokratyzowanie, urynkowienie. Jak najmniej państwa w gospodarce. System, o którym mówi Morawiecki, zbankrutował w 1989 roku. To wówczas była gospodarka centralnie planowana. To wtedy – wbrew wskaźnikom ekonomicznym – wymyślano inwestycje centralne. Ja wierzę we własność prywatną.

Czy przed wyborami do Sejmu Schetyna zaprezentuje wizję i powie: "takiej Polski chcemy"?

Tak. Chcemy Polski, która nie tylko jest w UE, ale też w niej jednostka ma prymat nad państwem. Wolność, ale we wszystkich jej przejawach. Musimy zmierzyć się z budowanym przez PiS wśród ludzi fałszywym przekonaniem, że wolność i bezpieczeństwo wzajemnie się wykluczają. W kampanii stworzono wrażenie, że Polska jest zagrożona. Stworzono fałszywą narrację o nielegalnych imigrantach, o bliżej nieokreślonym wrogu - jak teorie o zamachu smoleńskim. To miało uzasadniać te zmiany wewnętrzne, które wolność jednostki ograniczają. Np. poprzez inwigilację, ale też poprzez zawłaszczanie niezależnych instytucji.

Czy PO przestała zwracać uwagę na sondaże, jak w sprawie euro? Ludzie deklarują, że nie chcą wspólnej waluty, a PO zapowiada dyskusję na ten temat.

My przede wszystkim jesteśmy antypopulistami. Takie decyzje powinny być odważne. Takiej dyskusji w Polsce nie ma. W mediach publicznych nie będzie rzetelnej dyskusji na żaden z ważnych tematów, bo PiS nie ma pomysłów. PiS na antyeuropejskiej retoryce buduje swój wyborczy fundament. My mówimy jasno: euro to element naszego bezpieczeństwa.

PO i Nowoczesna się połączą?

Mam nadzieję, że wybory samorządowe będą pierwszym krokiem do takiego zjednoczenia. W znaczeniu albo listy, albo koalicji.

Politycy Nowoczesnej mówią, że nie chcą być gowinowcami PO.

Nie dziwię się, że politycy Nowoczesnej nie chcą porównania do Jarosława Gowina czy Zbigniewa Ziobry. Co do takiej współpracy – cenię to, że chcą własnej tożsamości. Nie będę im tego zabierał. Natomiast jedna lista, jeśli się sprawdzi w wyborach samorządowych, powinna być też w wyborach do parlamentu.

W tym kontekście, czy nie ma pan wrażenia, że PO nie ma lewego skrzydła?

PO bardzo mocno pokazuje to skrzydło. Mamy bardzo rozbudowaną ofertę społeczną. Być może nie tak jak powinniśmy, eksponowaliśmy kwestie socjalne, gdy rządziliśmy. Ale tu PO przeszła ewolucję.

Ale to nie to samo, co kwestia np. związków partnerskich.

Oczywiście, jest wiele kwestii, które można było zrobić i nie udało nam się. Związki partnerskie to jest coś, co musi zostać załatwione – tu chodzi o godność człowieka.

PO poprze projekt o związkach partnerskich, który ma złożyć Nowoczesna?

Słyszymy o tym projekcie od wielu miesięcy. Rozmawiałem z posłanką Moniką Rosą z Nowoczesnej, znam jego założenia. Gdy będzie złożony, to na pewno będziemy o tym rozmawiać. Ale przed jednym przestrzegam. Składanie projektu dla samego złożenia to tylko gest polityczny. W tym Sejmie nie ma szans na jego uchwalenie.

W kontekście sytuacji opozycji myśli pan, że Donald Tusk wróci do polskiej polityki?

Nigdy bym się nie pokusił o to, by być jego rzecznikiem. Nie znam jego planów. Na mojego nosa będzie starał się walczyć o pozycję Polski tak jak teraz – czyli w Europie. Nie podejrzewam, by wracał i próbował budować inne ugrupowanie czy startował w wyborach prezydenckich.

Dużo pan biega. Czy bieganie czegoś uczy, jeśli chodzi o politykę?

Systematyczności. Pokory. I pracy. Biegam długie dystanse. Polityka też jest długodystansowa. Jeśli ktoś biegnie maraton, a finiszuje już na dwudziestym kilometrze, to nie dobiegnie do mety. Gdy biegam, nigdy nie biorę telefonu ze sobą. To czas na rozmowę z kolegami, gdy biegamy w grupie. Albo czas wyciszenia i przemyśleń, gdy biegam sam.

A jaki jest pana cel na długi dystans w polityce?

Moim marzeniem jest być w drużynie, która Polskę będzie naprawdę reformować, zmieniać i naprawiać po obecnych rządach.

Chce być pan liderem PO?

Dojrzałe ugrupowanie polityczne można porównać do sztafety, w której przekazuje się pałeczkę. W Platformie Tusk przekazał pałeczkę Ewie Kopacz, ona zaś Schetynie. Każdy biegacz wie, że najlepsze są te zmiany, w których jest współpraca. Gdy ktoś pałeczkę chce wyrwać, cała sztafeta może przegrać. Wiem, że gdy przyjdzie na to czas, będziemy umieli zrobić najlepszą zmianę.

rozmawiał Michał Kolanko

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL