Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Plus Minus

Witoszek: Norwegia to anomalia w turbulentnej Europie

adobestock
Jeżeli wierzyć najnowszym wynikom badań „szczęścia narodowego brutto" (Gross National Happiness), Norwegia jest żywym dowodem na to, że za pieniądze szczęście można kupić.

U progu XXI stulecia Norwegia sprawia wrażenie kraju, gdzie udało się zrealizować większość ideałów, o które lewica europejska toczyła boje przez ostatnich dwieście lat: połączyć równouprawnienie z wolnością i sprawiedliwością – i przy okazji dojść do bajecznej fortuny. Norweskie bogactwo to nie tylko główne źródła energii: nafta, gaz i woda oraz jeden z najwyższych PKB per capita na świecie; jak zobaczymy, obejmuje ono również długą tradycję pokojowego rozwoju nastawionego na wspólnotę, a także umiejętność współpracy, politykę emancypacji, jeden z najlepszych na świecie systemów opiekuńczych, zapierające dech w piersi krajobrazy oraz tożsamość zbudowaną na harmonijnym współżyciu z przyrodą.

W 2016 roku, w raporcie Programu Narodów Zjednoczonych do spraw Rozwoju (UNDP), opartym na wskaźniku Human Development Index, Norwegia została – już po raz trzynasty – uznana za „najlepszy na świecie kraj do życia". Nie dość na tym: według UNDP Norwegia jest także najlepszym na świecie „krajem dla matek" (z najdłuższym i najlepiej płatnym urlopem macierzyńskim, zasiłkami na dzieci i dostępem do żłobków i przedszkoli). W 2017 roku znaczna część norweskiej klasy politycznej (w tym premier, minister finansów i szef jednej z partii opozycyjnych) to mądre kobiety, które umieją współpracować z opozycją. Nie wspominając o tym, że Norwegia może się poszczycić jednym z najwyższych poziomów zatrudnienia kobiet – jest to fakt, który przyczynił się dowodnie do zwiększenia efektywności państwa dobrobytu. Mało tego: według World Happiness Report 2017 Norwegia jest również krajem najszczęśliwszych ludzi na świecie. Zbyt dobre, by było prawdziwe?

Zanim odpowiem na to pytanie: pod względem kulturowym i politycznym Norwegia jest anomalią we współczesnej, turbulentnej Europie. Wiele wskazuje na to, że europejskie marzenie o nowym porządku świata, zbudowanym na narodowej gospodarce rynkowej i pokojowej koegzystencji między kulturami, chwieje się w posadach. Jak to przewidział Ryszard Kapuściński, weszliśmy w epokę destabilizacji, populistycznych demagogów i ekstremizmu. A jednak nawet tak trzeźwy myśliciel jak John Gray, który wieszczy koniec demokratycznego kapitalizmu, wskazuje na Norwegię jako na wyjątek. W 2014 roku każdy obywatel państwa norweskiego rodził się z milionem koron (pięćset tysięcy złotych) na koncie – dzięki legendarnemu norweskiemu funduszowi naftowemu, który jest największym funduszem emerytalnym na świecie. Na początku XXI wieku Norwegia wydaje więcej niż jakikolwiek inny kraj na świecie na finansowanie równości, demokracji i dobrobytu – zarówno u siebie, jak i za granicą. Gdziekolwiek toczy się wojna, Norwegowie mają rozwiązanie. Nikt nie ma większej armii negocjatorów pokojowych, nikt nie był tak wszędobylski w trakcie rokowań pokojowych na Bliskim Wschodzie, w Kolumbii, Gwatemali, Sudanie, Erytrei, Tanzanii, Sri Lance. Pal licho, że oprócz eksportu dobroci Norwegia jest też jednym z największych światowych eksporterów broni. Liczy się to, że z początkiem nowego millenium norwescy stratedzy polityczni oraz media zdołali przekonać zarówno zwykłego obywatela, jak i społeczność międzynarodową, że ich kraj jest żywym ucieleśnieniem odwiecznego marzenia ludzkości o pięknie, dobrostanie i pokojowym współistnieniu.

Żadnemu innemu państwu nie udał się taki narodowy branding. (...) Dawni wikingowie awansowali nie tylko z krwiożerczych berserków na cywilizowanych, pokojowych rozjemców. Norwegia funkcjonuje dziś zarówno jako światowe eldorado, jak i jako moralne supermocarstwo. To połączenie, niebywałe we współczesnej geopolityce, brzmi wręcz jak historia z bajki. Czyż nie jest tak, że na „mitycznej" mapie świata bogacze i krezusi to zawsze bad boys? Tak jest wszędzie – z wyjątkiem Norwegii – „najlepszego kraju na świecie".

Ale to nie koniec historii. (...)

Ludzie za mało narzekają!

Do niedawna największe międzynarodowe zainteresowanie budził tak zwany model szwedzki państwa dobrobytu. Po II wojnie światowej Szwecja jawiła się jako wcielenie cnót pozytywnej nowoczesności. Jednak pod koniec XX wieku szwedzki folkhemmet (dom ludu) uległ śmiertelnej dekonstrukcji; idealistyczne państwo dobrobytu zdemaskowano jako kraj, który „normalizuje" swoich obywateli za pomocą różnych podejrzanych środków: od inwigilacji po nadmiar inżynierii społecznej. Szwedzkie elity obnażyły same siebie jako „kurwy intelektu" (Jan Myrdal), a szereg studiów wykazało elementarną bezsilność jednostki w społeczeństwie, które jeszcze niedawno uchodziło za najbardziej demokratyczne na świecie. W orgii narodowego samobiczowania w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, po ujawnieniu stosowania na dużą skalę przymusowych sterylizacji przeprowadzanych w imię zdrowia narodu w złotym okresie socjaldemokracji (Maciej Zaremba, „De rena och de andra: om tvangssteriliseringar, rashygien och arvsynd", 1999, polskie wydanie: „Higieniści: z dziejów eugeniki", 2011 – red.), mówiło się nawet o szwedzkim wariancie faszyzmu (z epitetem folkhem).

Plus Minus, Mirosław Owczarek

Dziś Szwecja nie jest niedościgłym wzorem zachodniej moralności – albo raczej nigdy nim nie była. Norwegia także nie; do wczesnych lat sześćdziesiątych lobotomię w celu „poprawy zdrowia narodu" praktykowano także tutaj, a Cyganów sterylizowano aż do 1977 roku. Jednak mroczne karty z historii narodu, które zazwyczaj dają o sobie znać w kryzysie, są mniej widoczne w czasach prosperity.

Nadeszła pora na „model norweski". Jest on atrakcyjniejszy, wydaje się bowiem mniej autorytarny i mniej nacechowany szwedzkim fetyszem racjonalizmu i przesadnym szacunkiem dla aparatu władzy. Norwegia oferuje światu model cieplejszy, bardziej elastyczny i – co istotne – daje przykład, co można zrobić z zawrotną fortuną. Można nie tylko stworzyć względnie równe społeczeństwo, ale i nowy model mission civilatrice (czyli łagodny sposób na cywilizowanie świata), rzucając tym samym wyzwanie dawnym imperialnym projektom brytyjskim i francuskim. Dowodzi to, że w świecie współczesnym korzystniej jest dawać (pod warunkiem, że się to robi z umiarem), niż brać – a koszty są mniej więcej takie same.

Jednak najbardziej widoczną miarą norweskiego sukcesu nie są ani statystyki, ani skuteczność w uśmierzaniu światowych konfliktów, tylko dobrostan obywateli kraju. Jeżeli wierzyć najnowszym wynikom badań „szczęścia narodowego brutto" (Gross National Happiness), Norwegia jest żywym dowodem na to, że za pieniądze szczęście można kupić. Socjolog Ottar Hellevik i jego współpracownicy przeprowadzili ankietę wśród czterdziestu tysięcy Norwegów i na tej podstawie doszli do wniosku, że szczęście – „poczucie dobrostanu i zadowolenia oraz relatywnie niskie poczucie egzystencjalnych zagrożeń" – krzewi się w norweskim społeczeństwie jak nigdy wcześniej. Wygląda na to, że norweski kryzys tożsamości z początku lat osiemdziesiątych, spowodowany „neurozą dobrobytu", już przeminął. Hellevik sugeruje, że po 2003 roku doszło do zwrotu od postaw materialistycznych w stronę idealizmu. „Wielu [Norwegów] być może już zaspokoiło swój głód rzeczy. I przypuszczalnie także częściej niż przedtem dostrzegają przepaść dzielącą skrajną nędzę w wielu krajach od dobrobytu, jaki mamy tu, w Norwegii. Odczuwają moralny dyskomfort. Do tego dochodzi jeszcze troska o klimat i środowisko naturalne".

Norwegowie są szczęśliwi do tego stopnia, że czasem gazety narzekają, iż – no właśnie – ludzie za mało narzekają! Badania wykazują, że siedemdziesiąt procent obywateli kraju „płaci podatki z entuzjazmem i byliby skłonni płacić więcej" („Aftenposten"13, 2.05.2008). Pytanie, czy mamy tu do czynienia z narodowym masochizmem, czy może z czystą fanfaronadą. A może chodzi o piękną fasadę, kryjącą mroczny świat pełen smutku i udręki? Jeżeli damy wiarę statystykom i miernikom, Norwegowie są w drodze od państwa dobrobytu do państwa błogostanu. Czy rzeczywiście?

Istnieje cała masa niestrudzonych miejscowych krytyków, zawistnych typów z Europy Wschodniej i urażonych dusz z krajów muzułmańskich, demaskujących Norwegię jako chylący się ku upadkowi zamek Soria Moria. (Dawniej rolę tę odgrywali zazdrośni katolicy z Europy Południowej, używający statystyk samobójstw jako dowodu, że państwo dobrobytu jednak nie jest takie zdrowe). (...) Lista norweskich przypadłości jest długa: dyskryminacja rasowa, pęd do kulturowej urawniłowki (Janteloven), podejrzane inwestycje w skorumpowanych dyktaturach tudzież żałośnie krótka lista zasług w zakresie polityki klimatycznej. Ktoś tu się z gruntu samooszukuje.

Tylko kto? Czyżby zafiksowani na obowiązkowym szczęściu Norwegowie? Czy może zbyt krytyczne media, zarabiające na demaskowaniu narodowych przywar? A może wiecznie nadąsana część norweskiej „przywiligencji", przywykła do szukania dziury w całym? (...)

Jak skwarka w smalcu

Wygląda na to, że stan Norwegii jest beznadziejny, ale nie poważny. Nie jest poważny, gdyż większości białych Norwegów żyje się jak u Pana Boga za piecem, kropka. Oraz dlatego, że – w kontekście międzynarodowym – nawet oskarżona o korupcję i odsądzana tu od czci i wiary spółka telekomunikacyjna Telenor okazuje się jednym z najbardziej odpowiedzialnych społecznie przedsiębiorstw na świecie (sic!). (...)

Norweski Sen to niekoniecznie urojenie. Jak inne mity, jest dydaktyczną opowieścią – nie o tym, czym jesteśmy, tylko o tym, czym pragniemy być. Nie ma więc znaczenia, że Norwegia wydała dwakroć więcej pieniędzy na prowadzenie wojny niż na pokój w Afganistanie. Nieważne są zdumiewające wpadki norweskich ekspertów w dziedzinie pomocy rozwojowej czy blamaże norweskich misji pokojowych na Sri Lance albo w Bangladeszu. Narodowe pragnienie, by widzieć w Norwegii ucieleśnienie wszystkiego, co najlepsze – a więc pokoju, praw człowieka, ekorozwoju i demokracji – jest tak powszechne i głębokie, że Norwegowie zostali zmuszeni stać się największym na świecie eksporterem dobroci jako uniwersalnego towaru dla wszystkich.

Chcę jednak stwierdzić, że pewien perwersyjny powab, jaki Norwegia roztacza w postmodernistycznym świecie, zawdzięcza ona szczególnej kulturowej schizofrenii. Otóż po dziś dzień stoją naprzeciw siebie dwie mityczne „Norwegie": jedna, uboga, lecz chędoga – dumny naród rolników i rybaków, wierny tradycjom równości i solidarności, rządzący się „chłopskim rozumem" – zderza się z nową, oddaną kultowi Mamona, zdominowaną przez piranie rynku finansowego, chciwość i sobkostwo na niespotykaną skalę. (Nic dziwnego, że to Thorstein Veblen, norweski socjolog działający w Ameryce na przełomie XIX i XX wieku, wprowadził do nauki pojęcie conspicuous consumption – „konsumpcji na pokaz"!). Dzisiejsza Norwegia to kraj bogato-biedny: miejsce tonące w zbytku, lecz kultywujące dziewiczą podświadomość biednych drwali i rybaków. Jak mawiał Picasso: „Marzy mi się bycie nędzarzem z kupą kasy". W publicznej debacie na temat ekscesów norweskiego kapitalizmu (głównie w gazecie „Klassekampen") przez permanentne moralne oburzenie przebijają społeczne wyrzuty sumienia z powodu prawdziwych i wyimaginowanych nadużyć popełnianych przez ekonomicznych albo militarnych bonzów. Wystarczy tylko wspomnieć powszechne potępienie spółki StatoilHydro, gdy okazało się, że inwestuje w kanadyjskie przedsięwzięcia zabójcze dla środowiska, czy larum, jakie się podniosło, gdy ujawniono zatrudnianie dzieci przez poddostawców Telenoru w Bangladeszu, czy skandal wokół niebotycznych gaży i bonusów sypiących się na dyrektorów wielkich spółek. Wszystkie te reakcje wyrażały jedno: że kapitalizm i operacje militarne muszą mieć jakieś moralne oparcie. Norwescy kapitaliści mają być przyzwoitymi „self-made manami", a jeśli już zechcą pożyć jak lordowie – powinni robić to za granicą, najlepiej w Londynie (gdzie wykupili już pół miasta). Kiedy czasem trafią za kratki na małą pokutę, zaraz fundują pizzę swoim współwięźniom, aby pokazać, że są „z ludu" (kazus miliardera Kjella Inge Rokkego). Nawet piloci norweskich myśliwców mają być „mili i uprzejmi". Nie bombardować ludzi, lecz „przyczyniać się do narodowego bezpieczeństwa". Dlaczego? Ponieważ Norwegia pragnie być tym, czym była, kiedy chciała być taka jak teraz. I dlatego, że „dobroć to cecha typowo norweska" (det er typisk norsk a vare god) – jak wyraziła się Gro Harlem Brundtland, była pani premier z ramienia socjaldemokratycznej Norweskiej Partii Pracy. Ta słynna definicja narodowej kultury i tożsamości – choć doszczętnie wyśmiana przez cyniczne elity – utkwiła w zbiorowej pamięci jak skwarka w smalcu. ©?

Fragment książki Niny Witoszek „Najlepszy kraj na świecie. Pamflet", przeł. Mariusz Kalinowski, która ukazała się przed tygodniem nakładem Wydawnictwa Czarne. Autorka, profesor historii kultury na Uniwersytecie w Oslo i „visiting professor" w Stanford, od lat 80. mieszka w Irlandii i w Norwegii. Łączy pisarstwo, w tym pisanie powieści, scenariuszy filmowych (jako Nina Fitzpatrick), z pracą naukową i działalnością publicystyczną. Udziela się w sympozjach o humanizmie i ekologii. W norweskiej blogosferze ma gorących zwolenników i zaciętych przeciwników.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL