Plus Minus

O. Jacek Salij: Poczucie wyższości polskiej inteligencji

Jacek Salij OP
Rzeczpospolita, Radek Pasterski
Inteligencja przestała być grupą wyrazistą. Nie ma już społeczeństwa analfabetów i półanalfabetów, wobec którego inteligencja mogła się poczuwać do obowiązku pełnienia ważnej roli społecznej. Nie zmieniło się tylko jedno: jej pogarda dla ludzi prostych.

Bardzo pesymistyczne proroctwo, dotyczące tego, jaki będzie nasz świat za sto lat, napisał Czesław Miłosz w roku 1968. Poeta nadał mu postać wiersza pt. „Wyższe argumenty na rzecz dyscypliny zaczerpnięte z przemówienia na radzie powszechnego państwa w roku 2068". Mianowicie będzie to świat uwolniony od niepokojów, poszukiwań i kłótni światopoglądowych: „Uratowaliśmy ich z pustkowia sprzecznych opinii, / Na którym co prawdziwe nie ma pełnej wagi, / Ponieważ równą wagę ma też nieprawdziwe". W świecie, w którym ludzie nie medytują już „nad sensem i bezsensem świata", również wolność straci dawne swoje znaczenie, a nadmiar konsumpcyjny nie będzie już przedmiotem roszczeń. Ponieważ zaś powszechnie uznane będzie „Prawo Zmniejszonych Celów", wszyscy nawet przez sen błogosławić będą cenzurę i niedostatek.

Ten nowy, przerażająco wspaniały świat już nadchodzi i żeby się w ciągu najbliższego stulecia ukształtować, nie potrzebuje ani rewolucji, ani promującej go grupy społecznej. Nie potrzebuje również żadnego aktywnego udziału w tym procesie inteligencji. Niezależnie od tego, czy będzie on pozytywny czy negatywny.

Czy inteligent ma dzisiaj jakąś misję społeczną?

O społecznej roli inteligencji trudno dzisiaj mówić z taką jednoznacznością, z jaką robiono to w XIX wieku czy choćby jeszcze przed ostatnią wojną. Inteligencja przestała być grupą wyrazistą. Współczesne społeczeństwo już od dawna nie jest społeczeństwem analfabetów i półanalfabetów, wobec którego inteligencja mogła się poczuwać do obowiązku pełnienia szczególnej i ważnej roli społecznej. W naszym społeczeństwie praktycznie wszyscy chodziliśmy do szkoły, a łatwy i codzienny dostęp do radia, telewizji oraz internetu istotnie zmniejsza (a w jakimś sensie nawet niweluje) dystans, dzielący inteligencję od reszty społeczeństwa.

Zarazem wydaje się jednak, że inteligencja jako odrębna grupa społeczna nadal istnieje. Owszem, pojawiają się głosy, że dawną granicę między inteligencją i ludźmi bez wyższego wykształcenia zastąpiła raczej granica oddzielająca intelektualistów od reszty społeczeństwa. Mam na myśli intelektualistów w sensie praktycznym, a zatem nie tylko wybitnych twórców kultury (choć ich również), ale wszystkich, którzy realnie uczestniczą w kształtowaniu opinii społecznej (a więc także o publicystów, dziennikarzy, itp.). O krytycznych uwagach na ten temat, jakie formułował śp. Andrzej Kijowski w eseju pt. „Co się zmieniło w świadomości polskiego intelektualisty po 13 grudnia 1981?" wspomnę na końcu tekstu.

Sądzę, że refleksji nad etosem inteligenckim nie powinno się dzisiaj zaczynać od zastanawiania się nad tym, czy i ewentualnie jaką misję moralną ma dzisiaj do wypełnienia inteligencja w naszym społeczeństwie. Zwróćmy raczej uwagę na to, jaką duchową robotę powinna ona wykonać w stosunku do samej siebie. Tylko w tym celu krótko przypomnijmy o jej historycznych zasługach.

Bo przecież jako Polacy chyba dość powszechnie pamiętamy o tym, na jak wiele pracy i poświęcenia zdobyła się nasza inteligencja, ażeby uświadomić ludowi jego przynależność do narodu polskiego oraz przypominać mu o naszym wspólnym obowiązku miłowania ojczyzny. Kolejne pokolenia polskich inteligentów wykonały równie wielką robotę społeczną – że choćby przypomnę o pokoleniach Siłaczek czy Doktorów Judymów.

I jedne i drugie zaangażowania – przy wszystkich swoich jednoznacznie pozytywnych owocach – pozostawiły po sobie rany, które nawet jeżeli nie zawsze są przez nas zauważane, to jednak po prostu w nas tkwią i domagają się leczenia. Otóż wydaje się, że szczególnie trwale jesteśmy zranieni, po pierwsze, pokusą nacjonalizmu, po wtóre, pokusą relatywizmu.

Rana pierwsza: pokusa nacjonalizmu

Przez nacjonalizm rozumiem stawianie własnego narodu ponad samego Pana Boga. Pojawienie się zalążków postawy nacjonalistycznej odnotował w niezwykle ciekawym wspomnieniu św. Zygmunt Szczęsny Feliński, który jako młody chłopak wziął udział w powstaniu wielkopolskim w 1848 r. Znamienne jest to świadectwo z czasów, kiedy świadomość narodowa w mieszkańcach wielkopolskich wsi dopiero zaczęła się budzić, a już jacyś inteligenci próbowali nadawać jej ton nacjonalistyczny. Tak czy inaczej, aż trudno sobie wyobrazić taki pochód powstańczy, który bardziej przypominał pobożną pielgrzymkę niż wojsko:

„Duchem, co ożywiał całą masę ludowego powstania, był duch gorącej wiary i niezłomnego przywiązania do Kościoła. Cały patriotyzm włościan skupiał się w tych dwóch pojęciach: Polak – to katolik, Niemiec – to luter; lutrzy prześladują Kościół – a więc precz z Niemcami! Pojęcia niepodległości politycznej, a tym bardziej potęgi narodowej i sławy były im zupełnie obce, o społecznych zaś przewrotach nawet im się nie marzyło. Będąc już od dawna właścicielami gruntu i sąsiadując tylko z dawnymi panami, nie mieli do nich żadnej niechęci, a jeśli na to zasługiwali, okazywali im nawet wielkie zaufanie. Do powstania szli chętnie, ufając zwłaszcza księżom. Do przewodniczenia nie rwali się nigdzie, przyjmując chętnie szlachtę na oficerów i urzędników, ale swą katolicką chorągiew tak śmiało wywieszali, że nie ścierpieliby nawet, gdyby zechciano ją usunąć, a inną, chociażby narodową, na jej miejsce postawić. Zaledwieśmy ruszyli w pochód, wnet na czoło kolumny wystąpił jakiś poważny włościanin z kantyczkami w ręku i zdjąwszy czapkę, co też i wszyscy uczynili, zaintonował znaną pieśń pobożną, którą cała kolumna pełnym głosem śpiewać wnet poczęła, ani jednej nie opuściwszy strofy. Śpiewy te powtarzały się z pewnymi przystankami w ciągu całego pochodu; gdy zaś spotykaliśmy po drodze krzyż lub kapliczkę, wnet cały oddział, nie czekając komendy ani pytając o pozwolenie, klękał dokoła i odmawiał litanię do Pana Jezusa lub do Matki Boskiej.

Dwaj owi demokraci, o których wspomniałem wyżej, nie smakując w pobożnych pieśniach, a pragnąc raczej obudzić w ludzie patriotyczne uczucia, zaintonowali »Jeszcze Polska nie zginęła«, w czym szlachta im dopomogła, ale ani jeden głos z ludu nie połączył się z nimi, tak że nie ponowili próby. Gdy zaś we wsi jakiejś cały oddział padł na kolana dokoła stojącej na wygonie figury Zbawiciela, nasi zaś demokraci sami jedni nie przyklękli, lud począł patrzeć na nich tak groźnie, że kolana im mimo woli się ugięły. Dla mnie była to wielkiej doniosłości nauka, ujrzałem tu bowiem w praktyce z jednej strony, jak owi trybuni ludowych swobód nie rozumieją naszego ludu i nic z nim wspólnego nie mają; z drugiej zaś, jak ów lud, któremu prawo do wszechwładztwa koniecznie chcą wmówić, na to jedynie przewagi swej używa, by skłonić swych nieproszonych opiekunów do oddania należnego hołdu Temu, któremu oni całym sercem służą i pragną, aby świat cały za Pana go uznał. Póki tego usposobienia ludu naszego patrioci nie uczczą i sami się nim nie przejmą, póty sprawa narodowa nie znajdzie stałego gruntu pod nogami" .

O tym, że już w połowie XIX wieku nacjonalizm zatruwał dusze niektórych polskich inteligentów, świadczy następująca uwaga Cypriana Kamila Norwida: „Oni kochają Polskę jak Pana Boga, i dlatego zbawić jej nie mogą, bo cóż ty Panu Bogu pomożesz?" . Zatem, zdaniem Norwida, nacjonalizm jest nie tylko bluźnierczym błędem postawienia ojczyzny na miejscu Pana Boga. Taka fałszywa miłość ojczyzny jest zarazem miłością jałową. Gruntownie inny jest patriotyzm, prawdziwa miłość Ojczyzny. Jeszcze raz przywołajmy Norwida: „Albowiem – szlachetny człowiek nie mógłby wyżyć dnia jednego w Ojczyźnie, której szczęście nie byłoby tylko procentem od szczęścia Ludzkości".

W katolickiej nauce społecznej – co najmniej od czasów Piusa XI – wyraźnie podkreśla się różnicę między nacjonalizmem a patriotyzmem, odrzucając ten pierwszy i zachęcając do drugiego. Oto fragment orędzia wigilijnego, jakie Pius XI wygłosił 24 grudnia 1930 r.: „Jest mało prawdopodobne, by nie powiedzieć niemożliwe, że przetrwa pokój między narodami i państwami, jeśli w miejsce prawdziwej i szczerej miłości ojczyzny króluje i panoszy się samolubny i nieprzejednany nacjonalizm, tzn. nienawiść i zazdrość w miejsce wzajemnego pragnienia dobra, nieufność i podejrzliwość w miejsce braterskiego zaufania, rywalizacja i walka w miejsce zgodnego współdziałania, żądza hegemonii i dominacji w miejsce poszanowania i ochrony wszystkich praw, także praw ludzi słabych i maluczkich".

Cztery wymienione przez Piusa XI opozycje stanowią świetny opis jednego i drugiego – nacjonalizmu i patriotyzmu, fałszywej i autentycznej miłości Ojczyzny. Otóż wydaje się, że brak jasnego rozróżnienia obu tych postaw rodzi wiele niepotrzebnych nieporozumień w szeregach polskiej inteligencji. Grzechem przeciwko zgodzie narodowej (że pominę religijne i moralne aspekty tego grzechu) jest dopuszczenie do naszych postaw patriotycznych takich czy innych elementów nacjonalizmu.

Z drugiej jednak strony zgodę narodową psuje też odżegnywanie się od patriotyzmu. Również z tej rany inteligencja polska powinna się leczyć. Trudno bowiem odmówić racji kardynałowi Wojtyle, kiedy mówił: „Istnieje analogia pomiędzy zespołem praw człowieka a zespołem praw narodu. Naród ma swoją własną specyfikę, swoją charakterystykę, bardzo ściśle związaną z dziejami człowieka. Naród różni się od państwa. Jest raczej bliski rodzinie. Przede wszystkim – podobnie jak rodzina – jest wychowawcą człowieka. W życiu ludzkości narody są źródłem autentycznego pluralizmu, tego zdrowego, wzajemnie wzbogacającego zróżnicowania poprzez wielość kultur, tradycji, historii. Uważam, że temat »naród« i problem etyczny narodu jest jednym z podstawowych w katolickiej nauce społecznej" .

Rana druga: pokusa relatywizmu

Porządnego opisu domaga się również dobrowolne, a nieraz wynikające ze złej woli, uczestnictwo środowisk inteligenckich w budowaniu tęsknoty za sowieckim rajem. „Jesteśmy zarzuceni w Polsce – pisał już wtedy Marian Zdziechowski – bibułą filosowiecką; chciwie ją w kioskach rozchwytują, poją się nią. Kto? Nie tyle robotnicy, ile inteligencja, czyli ci, którzy w razie zapanowania komunizmu najbardziej od niego by ucierpieli". Zdziechowskiego zdumiewało uporczywe odmawianie przyjęcia do wiadomości przerażających faktów, jakie dochodziły zza sowieckiej granicy. „Czy ta żądza niewiedzy – pytał dramatycznie – czy to uporczywe zatykanie uszu na każdy jęk dochodzący stamtąd, nie jest złośliwą psychozą, czy nie świadczy, że czerwona dżuma już wtargnęła do nas, że gangrena zjada duszę narodu?".

To, jak zachowywały się całe środowiska inteligenckie przed 1989 rokiem, powszechnie wiadomo. Masowo uczestniczyły w budowaniu PRL-owskiego zakłamania. Dość przypomnieć, że do PZPR inteligenci zapisywali się nieporównanie liczniej niż robotnicy i rolnicy; oni też przede wszystkim czerpali korzyści z dawania swojego poparcia temu ustrojowi.

Niestety, lekceważenie faktów i zastępowanie ich życzeniowym obrazem rzeczywistości, unieważnianie najsłuszniejszych nawet spostrzeżeń czy postulatów za pomocą negatywnego etykietowania ich autorów jest zjawiskiem nieporównanie szerszym i po dziś dzień rozpowszechnionym zwłaszcza właśnie wśród inteligencji. Socjolog na pewno znalzłby na to jakieś wyjaśnienie, ale nie zmienia to faktu, że tak właśnie było. Z jakichś tajemniczych powodów ludziom prostym jakoś łatwiej jest trzymać się reguł zwyczajnej logiki, szacunku dla faktów i nie ulegać przymusowi politycznej poprawności.

Tak czy inaczej, wydaje się, że nasza inteligencja utraciła wiele ze swoich dawnych zdolności do bycia przewodnikiem narodu. Dzisiaj niekiedy wolno odnieść do niej słowa Pana Jezusa: „To są ślepi przewodnicy ślepych" (Mt 15,14). Dość zwrócić uwagę na to, że w czarnych marszach w obronie prawa do aborcji uczestniczyli, jak się wydaje, niemal wyłącznie inteligenci.

Pyszałkowate poczucie wyższości

Jeszcze jedna ciężka wada etosu inteligenckiego musi ulec skorygowaniu, co może być tym trudniejsze, że jest to wada zestarzała. Mianowicie jest wśród naszej inteligencji wiele – rodem z oświecenia – pogardy dla ludzi prostych. Od czasu do czasu ktoś przypomina pełne poczucia wyższości wobec „motłochu" wypowiedzi czołowych głosicieli powszechnej równości – Woltera, Diderota czy nawet skądinąd powściągliwego w swoich tekstach Johna Stuarta Milla (jego esej „O wolności"), ale jakoś nie umiemy tych przypomnień usłyszeć.

Ludzie zwyczajni – że posłużę się tą rzadko formułowaną wprost, ale praktycznie bardzo bliską wielu inteligentom ideę – to przede wszystkim zamknięta na elementarne wartości ciemna masa, którą należy oświecać, wychowywać, wyrywać z marazmu i zabobonów, niemal dopiero uczłowieczać.

Warto przypatrzeć się pod tym kątem paru wyrazom, takim jak „kołtuneria", „parafiańszczyzna", „prowincjuszostwo", używanym tylko w środowiskach inteligenckich. Wyrazy te jakby chciały zmieścić w sobie całą pogardę, jaką „oświeceni" żywią dla „motłochu".

„Co za ciemnota kryje się pod tymi kołtunami!" – denerwowali się zakochani w swoich poglądach i pomysłach społecznicy, artyści, działacze partyjni, kiedy spotykało ich niezrozumienie ze strony tych, których pragnęli uszczęśliwiać. A nieraz ta „ciemnota" polegała tylko na tym, że „kołtuneria" była stosunkowo odporna na doktrynerstwo różnych postępowców, że nie entuzjazmowała się rewolucją październikową ani nie chciała rozluźniać swoich więzi z Kościołem, że z nieufnością obserwowała majsterkowanie przy wartościach moralnych.

Otóż wydaje się, że należy przyznać rację śp. Andrzejowi Kijowskiemu, który twierdził, że polska inteligencja wciąż jeszcze nie porzuciła tego pyszałkowatego poczucia wyższości. Ale oddajmy głos samemu pisarzowi: „Klasa intelektualistów ma za sobą dwieście lat historii, w trakcie której ciągłym przeobrażeniom ulegał jej obraz idealny, jedno tylko się nie zmieniało: poczucie wyższości. To poczucie wyższości wyrażało się rozmaicie: a to krucjatą uczonych przeciw zabobonowi i ciemnocie, a to poetyckim i sentymentalnym uwielbieniem ludowej mądrości i prostoty, a to artystowską wzgardą dla pospolitości, a to pomysłem rozpoczęcia dziejów człowieka od nowa – pomysłem, w którym połączyłyby się wszelkie umysłowe, polityczne i artystyczne skrajności wszystkich awangard. We wszystkich tych kolejnych wcieleniach poeta, artysta, uczony, działacz, rzucał wyzwania większości, nazywając je rozmaicie: burżua, ludem, filistrem czy wreszcie masą".

Ojciec Jacek Salij jest dominikaninem, profesorem nauk teologicznych i autorem ponad pięćdziesięciu książek.

Tekst wygłoszony został na Konferencji Wykładowców Katolickiej Nauki Społecznej, w czerwcu br. na UKSW w Warszawie. Materiały z tej konferencji ukażą się w publikacji pt. „Bunt mas czy kryzys elit?". Fragment powyższego wykładu publikowany był w tygodniku „Idziemy".

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL