Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

O. Jacek Salij: Poczucie wyższości polskiej inteligencji

Jacek Salij OP
Rzeczpospolita, Radek Pasterski
Inteligencja przestała być grupš wyrazistš. Nie ma już społeczeństwa analfabetów i półanalfabetów, wobec którego inteligencja mogła się poczuwać do obowišzku pełnienia ważnej roli społecznej. Nie zmieniło się tylko jedno: jej pogarda dla ludzi prostych.

Bardzo pesymistyczne proroctwo, dotyczšce tego, jaki będzie nasz œwiat za sto lat, napisał Czesław Miłosz w roku 1968. Poeta nadał mu postać wiersza pt. „Wyższe argumenty na rzecz dyscypliny zaczerpnięte z przemówienia na radzie powszechnego państwa w roku 2068". Mianowicie będzie to œwiat uwolniony od niepokojów, poszukiwań i kłótni œwiatopoglšdowych: „Uratowaliœmy ich z pustkowia sprzecznych opinii, / Na którym co prawdziwe nie ma pełnej wagi, / Ponieważ równš wagę ma też nieprawdziwe". W œwiecie, w którym ludzie nie medytujš już „nad sensem i bezsensem œwiata", również wolnoœć straci dawne swoje znaczenie, a nadmiar konsumpcyjny nie będzie już przedmiotem roszczeń. Ponieważ zaœ powszechnie uznane będzie „Prawo Zmniejszonych Celów", wszyscy nawet przez sen błogosławić będš cenzurę i niedostatek.

Ten nowy, przerażajšco wspaniały œwiat już nadchodzi i żeby się w cišgu najbliższego stulecia ukształtować, nie potrzebuje ani rewolucji, ani promujšcej go grupy społecznej. Nie potrzebuje również żadnego aktywnego udziału w tym procesie inteligencji. Niezależnie od tego, czy będzie on pozytywny czy negatywny.

Czy inteligent ma dzisiaj jakšœ misję społecznš?

O społecznej roli inteligencji trudno dzisiaj mówić z takš jednoznacznoœciš, z jakš robiono to w XIX wieku czy choćby jeszcze przed ostatniš wojnš. Inteligencja przestała być grupš wyrazistš. Współczesne społeczeństwo już od dawna nie jest społeczeństwem analfabetów i półanalfabetów, wobec którego inteligencja mogła się poczuwać do obowišzku pełnienia szczególnej i ważnej roli społecznej. W naszym społeczeństwie praktycznie wszyscy chodziliœmy do szkoły, a łatwy i codzienny dostęp do radia, telewizji oraz internetu istotnie zmniejsza (a w jakimœ sensie nawet niweluje) dystans, dzielšcy inteligencję od reszty społeczeństwa.

Zarazem wydaje się jednak, że inteligencja jako odrębna grupa społeczna nadal istnieje. Owszem, pojawiajš się głosy, że dawnš granicę między inteligencjš i ludŸmi bez wyższego wykształcenia zastšpiła raczej granica oddzielajšca intelektualistów od reszty społeczeństwa. Mam na myœli intelektualistów w sensie praktycznym, a zatem nie tylko wybitnych twórców kultury (choć ich również), ale wszystkich, którzy realnie uczestniczš w kształtowaniu opinii społecznej (a więc także o publicystów, dziennikarzy, itp.). O krytycznych uwagach na ten temat, jakie formułował œp. Andrzej Kijowski w eseju pt. „Co się zmieniło w œwiadomoœci polskiego intelektualisty po 13 grudnia 1981?" wspomnę na końcu tekstu.

Sšdzę, że refleksji nad etosem inteligenckim nie powinno się dzisiaj zaczynać od zastanawiania się nad tym, czy i ewentualnie jakš misję moralnš ma dzisiaj do wypełnienia inteligencja w naszym społeczeństwie. Zwróćmy raczej uwagę na to, jakš duchowš robotę powinna ona wykonać w stosunku do samej siebie. Tylko w tym celu krótko przypomnijmy o jej historycznych zasługach.

Bo przecież jako Polacy chyba doœć powszechnie pamiętamy o tym, na jak wiele pracy i poœwięcenia zdobyła się nasza inteligencja, ażeby uœwiadomić ludowi jego przynależnoœć do narodu polskiego oraz przypominać mu o naszym wspólnym obowišzku miłowania ojczyzny. Kolejne pokolenia polskich inteligentów wykonały równie wielkš robotę społecznš – że choćby przypomnę o pokoleniach Siłaczek czy Doktorów Judymów.

I jedne i drugie zaangażowania – przy wszystkich swoich jednoznacznie pozytywnych owocach – pozostawiły po sobie rany, które nawet jeżeli nie zawsze sš przez nas zauważane, to jednak po prostu w nas tkwiš i domagajš się leczenia. Otóż wydaje się, że szczególnie trwale jesteœmy zranieni, po pierwsze, pokusš nacjonalizmu, po wtóre, pokusš relatywizmu.

Rana pierwsza: pokusa nacjonalizmu

Przez nacjonalizm rozumiem stawianie własnego narodu ponad samego Pana Boga. Pojawienie się zalšżków postawy nacjonalistycznej odnotował w niezwykle ciekawym wspomnieniu œw. Zygmunt Szczęsny Feliński, który jako młody chłopak wzišł udział w powstaniu wielkopolskim w 1848 r. Znamienne jest to œwiadectwo z czasów, kiedy œwiadomoœć narodowa w mieszkańcach wielkopolskich wsi dopiero zaczęła się budzić, a już jacyœ inteligenci próbowali nadawać jej ton nacjonalistyczny. Tak czy inaczej, aż trudno sobie wyobrazić taki pochód powstańczy, który bardziej przypominał pobożnš pielgrzymkę niż wojsko:

„Duchem, co ożywiał całš masę ludowego powstania, był duch goršcej wiary i niezłomnego przywišzania do Koœcioła. Cały patriotyzm włoœcian skupiał się w tych dwóch pojęciach: Polak – to katolik, Niemiec – to luter; lutrzy przeœladujš Koœciół – a więc precz z Niemcami! Pojęcia niepodległoœci politycznej, a tym bardziej potęgi narodowej i sławy były im zupełnie obce, o społecznych zaœ przewrotach nawet im się nie marzyło. Będšc już od dawna właœcicielami gruntu i sšsiadujšc tylko z dawnymi panami, nie mieli do nich żadnej niechęci, a jeœli na to zasługiwali, okazywali im nawet wielkie zaufanie. Do powstania szli chętnie, ufajšc zwłaszcza księżom. Do przewodniczenia nie rwali się nigdzie, przyjmujšc chętnie szlachtę na oficerów i urzędników, ale swš katolickš choršgiew tak œmiało wywieszali, że nie œcierpieliby nawet, gdyby zechciano jš usunšć, a innš, chociażby narodowš, na jej miejsce postawić. Zaledwieœmy ruszyli w pochód, wnet na czoło kolumny wystšpił jakiœ poważny włoœcianin z kantyczkami w ręku i zdjšwszy czapkę, co też i wszyscy uczynili, zaintonował znanš pieœń pobożnš, którš cała kolumna pełnym głosem œpiewać wnet poczęła, ani jednej nie opuœciwszy strofy. Œpiewy te powtarzały się z pewnymi przystankami w cišgu całego pochodu; gdy zaœ spotykaliœmy po drodze krzyż lub kapliczkę, wnet cały oddział, nie czekajšc komendy ani pytajšc o pozwolenie, klękał dokoła i odmawiał litanię do Pana Jezusa lub do Matki Boskiej.

Dwaj owi demokraci, o których wspomniałem wyżej, nie smakujšc w pobożnych pieœniach, a pragnšc raczej obudzić w ludzie patriotyczne uczucia, zaintonowali ťJeszcze Polska nie zginęłaŤ, w czym szlachta im dopomogła, ale ani jeden głos z ludu nie połšczył się z nimi, tak że nie ponowili próby. Gdy zaœ we wsi jakiejœ cały oddział padł na kolana dokoła stojšcej na wygonie figury Zbawiciela, nasi zaœ demokraci sami jedni nie przyklękli, lud poczšł patrzeć na nich tak groŸnie, że kolana im mimo woli się ugięły. Dla mnie była to wielkiej doniosłoœci nauka, ujrzałem tu bowiem w praktyce z jednej strony, jak owi trybuni ludowych swobód nie rozumiejš naszego ludu i nic z nim wspólnego nie majš; z drugiej zaœ, jak ów lud, któremu prawo do wszechwładztwa koniecznie chcš wmówić, na to jedynie przewagi swej używa, by skłonić swych nieproszonych opiekunów do oddania należnego hołdu Temu, któremu oni całym sercem służš i pragnš, aby œwiat cały za Pana go uznał. Póki tego usposobienia ludu naszego patrioci nie uczczš i sami się nim nie przejmš, póty sprawa narodowa nie znajdzie stałego gruntu pod nogami" .

O tym, że już w połowie XIX wieku nacjonalizm zatruwał dusze niektórych polskich inteligentów, œwiadczy następujšca uwaga Cypriana Kamila Norwida: „Oni kochajš Polskę jak Pana Boga, i dlatego zbawić jej nie mogš, bo cóż ty Panu Bogu pomożesz?" . Zatem, zdaniem Norwida, nacjonalizm jest nie tylko bluŸnierczym błędem postawienia ojczyzny na miejscu Pana Boga. Taka fałszywa miłoœć ojczyzny jest zarazem miłoœciš jałowš. Gruntownie inny jest patriotyzm, prawdziwa miłoœć Ojczyzny. Jeszcze raz przywołajmy Norwida: „Albowiem – szlachetny człowiek nie mógłby wyżyć dnia jednego w OjczyŸnie, której szczęœcie nie byłoby tylko procentem od szczęœcia Ludzkoœci".

W katolickiej nauce społecznej – co najmniej od czasów Piusa XI – wyraŸnie podkreœla się różnicę między nacjonalizmem a patriotyzmem, odrzucajšc ten pierwszy i zachęcajšc do drugiego. Oto fragment orędzia wigilijnego, jakie Pius XI wygłosił 24 grudnia 1930 r.: „Jest mało prawdopodobne, by nie powiedzieć niemożliwe, że przetrwa pokój między narodami i państwami, jeœli w miejsce prawdziwej i szczerej miłoœci ojczyzny króluje i panoszy się samolubny i nieprzejednany nacjonalizm, tzn. nienawiœć i zazdroœć w miejsce wzajemnego pragnienia dobra, nieufnoœć i podejrzliwoœć w miejsce braterskiego zaufania, rywalizacja i walka w miejsce zgodnego współdziałania, żšdza hegemonii i dominacji w miejsce poszanowania i ochrony wszystkich praw, także praw ludzi słabych i maluczkich".

Cztery wymienione przez Piusa XI opozycje stanowiš œwietny opis jednego i drugiego – nacjonalizmu i patriotyzmu, fałszywej i autentycznej miłoœci Ojczyzny. Otóż wydaje się, że brak jasnego rozróżnienia obu tych postaw rodzi wiele niepotrzebnych nieporozumień w szeregach polskiej inteligencji. Grzechem przeciwko zgodzie narodowej (że pominę religijne i moralne aspekty tego grzechu) jest dopuszczenie do naszych postaw patriotycznych takich czy innych elementów nacjonalizmu.

Z drugiej jednak strony zgodę narodowš psuje też odżegnywanie się od patriotyzmu. Również z tej rany inteligencja polska powinna się leczyć. Trudno bowiem odmówić racji kardynałowi Wojtyle, kiedy mówił: „Istnieje analogia pomiędzy zespołem praw człowieka a zespołem praw narodu. Naród ma swojš własnš specyfikę, swojš charakterystykę, bardzo œciœle zwišzanš z dziejami człowieka. Naród różni się od państwa. Jest raczej bliski rodzinie. Przede wszystkim – podobnie jak rodzina – jest wychowawcš człowieka. W życiu ludzkoœci narody sš Ÿródłem autentycznego pluralizmu, tego zdrowego, wzajemnie wzbogacajšcego zróżnicowania poprzez wieloœć kultur, tradycji, historii. Uważam, że temat ťnaródŤ i problem etyczny narodu jest jednym z podstawowych w katolickiej nauce społecznej" .

Rana druga: pokusa relatywizmu

Porzšdnego opisu domaga się również dobrowolne, a nieraz wynikajšce ze złej woli, uczestnictwo œrodowisk inteligenckich w budowaniu tęsknoty za sowieckim rajem. „Jesteœmy zarzuceni w Polsce – pisał już wtedy Marian Zdziechowski – bibułš filosowieckš; chciwie jš w kioskach rozchwytujš, pojš się niš. Kto? Nie tyle robotnicy, ile inteligencja, czyli ci, którzy w razie zapanowania komunizmu najbardziej od niego by ucierpieli". Zdziechowskiego zdumiewało uporczywe odmawianie przyjęcia do wiadomoœci przerażajšcych faktów, jakie dochodziły zza sowieckiej granicy. „Czy ta żšdza niewiedzy – pytał dramatycznie – czy to uporczywe zatykanie uszu na każdy jęk dochodzšcy stamtšd, nie jest złoœliwš psychozš, czy nie œwiadczy, że czerwona dżuma już wtargnęła do nas, że gangrena zjada duszę narodu?".

To, jak zachowywały się całe œrodowiska inteligenckie przed 1989 rokiem, powszechnie wiadomo. Masowo uczestniczyły w budowaniu PRL-owskiego zakłamania. Doœć przypomnieć, że do PZPR inteligenci zapisywali się nieporównanie liczniej niż robotnicy i rolnicy; oni też przede wszystkim czerpali korzyœci z dawania swojego poparcia temu ustrojowi.

Niestety, lekceważenie faktów i zastępowanie ich życzeniowym obrazem rzeczywistoœci, unieważnianie najsłuszniejszych nawet spostrzeżeń czy postulatów za pomocš negatywnego etykietowania ich autorów jest zjawiskiem nieporównanie szerszym i po dziœ dzień rozpowszechnionym zwłaszcza właœnie wœród inteligencji. Socjolog na pewno znalzłby na to jakieœ wyjaœnienie, ale nie zmienia to faktu, że tak właœnie było. Z jakichœ tajemniczych powodów ludziom prostym jakoœ łatwiej jest trzymać się reguł zwyczajnej logiki, szacunku dla faktów i nie ulegać przymusowi politycznej poprawnoœci.

Tak czy inaczej, wydaje się, że nasza inteligencja utraciła wiele ze swoich dawnych zdolnoœci do bycia przewodnikiem narodu. Dzisiaj niekiedy wolno odnieœć do niej słowa Pana Jezusa: „To sš œlepi przewodnicy œlepych" (Mt 15,14). Doœć zwrócić uwagę na to, że w czarnych marszach w obronie prawa do aborcji uczestniczyli, jak się wydaje, niemal wyłšcznie inteligenci.

Pyszałkowate poczucie wyższoœci

Jeszcze jedna ciężka wada etosu inteligenckiego musi ulec skorygowaniu, co może być tym trudniejsze, że jest to wada zestarzała. Mianowicie jest wœród naszej inteligencji wiele – rodem z oœwiecenia – pogardy dla ludzi prostych. Od czasu do czasu ktoœ przypomina pełne poczucia wyższoœci wobec „motłochu" wypowiedzi czołowych głosicieli powszechnej równoœci – Woltera, Diderota czy nawet skšdinšd powœcišgliwego w swoich tekstach Johna Stuarta Milla (jego esej „O wolnoœci"), ale jakoœ nie umiemy tych przypomnień usłyszeć.

Ludzie zwyczajni – że posłużę się tš rzadko formułowanš wprost, ale praktycznie bardzo bliskš wielu inteligentom ideę – to przede wszystkim zamknięta na elementarne wartoœci ciemna masa, którš należy oœwiecać, wychowywać, wyrywać z marazmu i zabobonów, niemal dopiero uczłowieczać.

Warto przypatrzeć się pod tym kštem paru wyrazom, takim jak „kołtuneria", „parafiańszczyzna", „prowincjuszostwo", używanym tylko w œrodowiskach inteligenckich. Wyrazy te jakby chciały zmieœcić w sobie całš pogardę, jakš „oœwieceni" żywiš dla „motłochu".

„Co za ciemnota kryje się pod tymi kołtunami!" – denerwowali się zakochani w swoich poglšdach i pomysłach społecznicy, artyœci, działacze partyjni, kiedy spotykało ich niezrozumienie ze strony tych, których pragnęli uszczęœliwiać. A nieraz ta „ciemnota" polegała tylko na tym, że „kołtuneria" była stosunkowo odporna na doktrynerstwo różnych postępowców, że nie entuzjazmowała się rewolucjš paŸdziernikowš ani nie chciała rozluŸniać swoich więzi z Koœciołem, że z nieufnoœciš obserwowała majsterkowanie przy wartoœciach moralnych.

Otóż wydaje się, że należy przyznać rację œp. Andrzejowi Kijowskiemu, który twierdził, że polska inteligencja wcišż jeszcze nie porzuciła tego pyszałkowatego poczucia wyższoœci. Ale oddajmy głos samemu pisarzowi: „Klasa intelektualistów ma za sobš dwieœcie lat historii, w trakcie której cišgłym przeobrażeniom ulegał jej obraz idealny, jedno tylko się nie zmieniało: poczucie wyższoœci. To poczucie wyższoœci wyrażało się rozmaicie: a to krucjatš uczonych przeciw zabobonowi i ciemnocie, a to poetyckim i sentymentalnym uwielbieniem ludowej mšdroœci i prostoty, a to artystowskš wzgardš dla pospolitoœci, a to pomysłem rozpoczęcia dziejów człowieka od nowa – pomysłem, w którym połšczyłyby się wszelkie umysłowe, polityczne i artystyczne skrajnoœci wszystkich awangard. We wszystkich tych kolejnych wcieleniach poeta, artysta, uczony, działacz, rzucał wyzwania większoœci, nazywajšc je rozmaicie: burżua, ludem, filistrem czy wreszcie masš".

Ojciec Jacek Salij jest dominikaninem, profesorem nauk teologicznych i autorem ponad pięćdziesięciu ksišżek.

Tekst wygłoszony został na Konferencji Wykładowców Katolickiej Nauki Społecznej, w czerwcu br. na UKSW w Warszawie. Materiały z tej konferencji ukażš się w publikacji pt. „Bunt mas czy kryzys elit?". Fragment powyższego wykładu publikowany był w tygodniku „Idziemy".

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL