Wirtualne dziewczyny z Dalekiego Wschodu

aktualizacja: 23.10.2015, 12:37

Czy dziewczyna istniejąca jedynie w świecie wirtualnym jest w stanie zastąpić kobietę z krwi i kości? Zaskakująco wielu ludziom tego rodzaju miłość zapewnia szczęście. Granica między żartem, dziwactwem, zboczeniem a wizjonerstwem i postępem bywa bardzo cienka.

Z ekranu służbowego komputera uśmiecha się do mnie dziewczyna bliska fizycznego ideału. Na ramiona spływają jej pasma ognistorudych włosów, a biała, mocno wydekoltowana bluzka oraz rozpięty czarny sweterek pięknie podkreślają jej obfity biust. To Orihime Inoue, jedna z bohaterek popularnego anime (japońskiego serialu animowanego) „Bleach". – Nie dziwię się, że ją lubisz. W Japonii uwielbiają ją zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Jak pojawia się na ekranie telewizora w krótkiej spódniczce, to wiele osób instynktownie próbuje jej pod tę spódniczkę zajrzeć – powiedziała mi Yuki, moja znajoma z Kyoto.

Na tapecie na moim redakcyjnym komputerze Orihime jest ukazana co prawda od pasa w górę, ale już to wystarczy, by cieszyć moje oczy. Jest dla mnie miłym obrazkiem, którego widok pomaga się odprężyć. Aż tyle i tylko tyle.

Dla zaskakująco wielu ludzi z Japonii i świata Zachodu takie „dwuwymiarowe dziewczyny" są jednak czymś więcej: traktowanym ironicznie lub śmiertelnie poważnie substytutem drugiej połówki, obiektem westchnień i fantazji. Być może są one wyrazem tęsknoty za zaawansowanymi seksrobotami, które w przyszłości sprawią, że kobiety mocno stracą na znaczeniu.

Te „dziewczyny 2D" zyskały nazwę „waifu", co jest zniekształconym z japońska angielskim słowem „wife", czyli „żona". Ich męskie wersje nazywane są „hasubando" (od „husband", czyli „mąż"). Być może są tylko dziwacznym fenomenem, który szybko minie, jak moda na muzykę disco, być może jednak w przyszłości będą uznawane za etap w ewolucji gatunku ludzkiego – przejściu do tzw. transhumanizmu, czyli świata, w którym zatrze się granica między człowiekiem a maszyną.

Randka z gadżetem

Waifu/husubando to fenomen, który wypłynął z odmętów internetu w drugiej połowie zeszłej dekady. Prawdopodobnie na początku był on tylko internetowym wygłupem, przejawem autoironii młodych, samotnych ludzi głęboko zanurzonych w popkulturze. Wklejali oni na popularnych forach zdjęcia swoich „dziewczyn 2D" – ulubionych postaci z anime i z gier, uśmiechających się do nich ekranów komputerów, tabletów czy telefonów komórkowych – tytułując je swoimi „waifu" i pokazując, że traktują je jak swoje prawdziwe dziewczyny i że są z nimi szczęśliwi.

Wkrótce zaczęły krążyć po necie obrazki i filmiki pokazujące, jak ci młodzi ludzie jedzą romantyczne kolacje ze swoimi waifu w Wigilię Bożego Narodzenia, która jest w Japonii traktowana trochę jak połączenie sylwestra z walentynkami – czyli okazja do imprezowania oraz intymnych zbliżeń. Czerwone wino w kieliszkach, wytworne potrawy na talerzach i świece tworzące romantyczną atmosferę – sytuacja imitująca prawdziwą randkę, z tym wyjątkiem, że dziewczyna (bądź chłopak) z ekranu nie skosztuje nic z tych pyszności.

Waifu i husubando są na takich „randkach" adorowani, choć stopień interakcji z nimi może pozostawiać wiele do życzenia. Dziewczyna/chłopak 2D może być obrazkiem wyświetlanym na ekranie, animacją, bardziej zaawansowanym programem (pozwalającym na rozmowę, przebieranki, a nawet reagującym na dotyk) czy też poduszką z nadrukowanym wizerunkiem waifu/hasubando.

Takie poduszki zwane dakikamura („holenderska żona") czasem są postrzegane jako zabawka seksualna, czasem kupowane lub otrzymywane w prezencie jako zabawny gadżet (często w anime pojawia się komediowy motyw obsesyjnie zakochanej dziewczyny, która ma dakikamurę z wizerunkiem przedmiotu swoich westchnień), ale niektórzy traktują je jak najbardziej poważnie – jako obiekt miłości.

W 2010 r. jeden z koreańskich otaku (fanów japońskiej popkultury) poślubił poduszkę z wizerunkiem swojej ulubionej dziewczyny z anime. Ceremonia ślubu odbyła się z udziałem kapłana i didżeja, towarzyszyło jej przyjęcie weselne. Rok wcześniej japoński otaku poślubił bohaterkę gry Love Plus. Czy to jeszcze żart, autoironia czy już przypadek dziwacznego zboczenia? Wyznaczenie granicy jest tutaj niezwykle trudne.

– Zdecydowanie nie można nigdy generalizować. W niektórych przypadkach waifu będzie tylko żartobliwym zagraniem nastawionym na autopromocję i zdobycie internetowej popularności, ale są także przypadki bycia w związku z waifu na poważnie. Jeśli ktoś jest gotów wystawić się na pośmiewisko i nieprzychylne komentarze, to jednak taki fantazmatyczny związek musi być dla niego czymś ważnym i realnym – mówi „Plusowi Minusowi" Łukasz Czajka, filozof z Centrum Znanieckiego IK UAM, badacz popkultury.

– Niektóre przypadki, jakie obserwuje się w internecie, zdają się być rzeczywistą miłością czy też obsesją. A reszta to memy. Typowy fan jest niewinny w swoich potrzebach, z czasem z nich wyrasta. Waifu to krok dalej. Moim zdaniem motywuje tych ludzi samotność i niska samoocena, ponadto chęć bycia z kimś idealnym – wskazuje w rozmowie z „Plusem Minusem" Przemysław Pintal, poeta i znawca popkultury.

Zgwałcony posąg

Zjawisko waifu, mimo że jest obecne na Zachodzie, często uchodzi za fenomen związany ściśle z dalekowschodnią mentalnością, która z jednej strony bywa bardzo konformistyczna i kolektywistyczna, z drugiej zaś wykazuje ogromną tolerancję wobec różnych prywatnych dziwactw i ekscentrycznych zachowań.

– Generalnie wiadomo, że kultura Dalekiego Wschodu jest bardziej otwarta na takie radykalne zachowania. Gdybyśmy my zaczęli chodzić z taką poduszką, to presja społeczna byłaby u nas dużo większa, w Japonii ludzie zmagają się jednak z dużo dziwniejszymi zjawiskami, wystarczy wspomnieć tylko zjawisko hikikomori (współczesnych eremitów), którzy na wiele lat zamykają się w pokojach – wskazuje Czajka.

Jednakże zjawisko waifu nie jest aż tak odległe od europejskiego kodu kulturowego, jak mógłby uznać jakiś niedouczony psycholog czy samozwańczy demonolog zaniepokojony „demonicznymi, azjatyckimi zboczeniami". W Europie przecież też znajdziemy wiele przykładów fanatycznego oddania postaciom z popkultury. Kilka miesięcy temu jakiś chłopak pociął sobie twarz, by wyglądać jak Popek Monster Król Albanii, a dziewczyna z Ukrainy za pomocą operacji plastycznych upodabnia się do lalki Barbie.

– Tu trzeba postawić pytanie: czy zjawisko waifu nie jest zradykalizowaną wersją kultu idolek i gwiazd popkultury, z którym możemy się spotkać także w naszej kulturze? Zdarza się przecież, że ktoś twierdzi, że jest zakochany w Dodzie, i oblepia sobie pokój plakatami. Pamiętajmy, że już antyczni Grecy zakochiwali się w posągach, a nawet je gwałcili – przypomina Czajka.

Lukian w „Obrazach i Bogach miłości" opowiada, jak pewien młodzieniec z wyspy Knidos zakochał się w wyrzeźbionym przez Parksytelesa pięknym posągu nagiej Afrodyty „z kącikami ust lekko uniesionymi, lekko wyzywającymi". Człowiek ten włamał się do świątyni i spędził z posągiem „niebywałą noc".

Pliniusz w „Historii naturalnej" pisze, że Aleksandrowi Wielkiemu zawsze towarzyszył w namiocie niezwykle piękny posąg Nike, o którym powstał później epigram: „Z żywej istoty bogowie przemienili mnie w kamień, lecz Praksyteles z kamiennej znów mnie uczynił żywą...". Neron zabierał zaś z sobą w podróże posąg Amazonki nazywany „Pięknonoga".

Owidiusz opisał z kolei przypadek Pigmaliona, mitycznego króla Cypru, który rozczarowany kobietami, wyrzeźbił posąg swojego żeńskiego ideału, który adorował i stroił w wytworne suknie. Posąg został ożywiony przez Afrodytę, gdy był pieszczony przez Pigmaliona. Wzięli ślub i mieli razem dzieci. Greckiemu królowi opłaciło się więc mieć swoją waifu. Jego związek został doceniony i pobłogosławiony przez dawnych bogów.

Monoteistyczne bóstwa i ich kapłani takiej „zakazanej miłości" nie pochwaliliby, gdyż jest sprzeczna z planem Boga/Jahwe/Allaha. A kapłani współczesnej religii społecznego konformizmu, czyli psychologowie, od razu zaszufladkowaliby i Pigmaliona, i Aleksandra Wielkiego jako „nieudaczników życiowych" , których trzeba faszerować psychotropami i dać szlaban na wizyty w muzeach rzeźby.

Czy w ogóle możliwa jest jednak miłość do postaci fikcyjnej? Miłość do osoby, o której wiemy, że nie będziemy z nią uprawiać seksu? Popularny wśród osób posiadających waifu/hasubando serwis internetowy 4Chan udziela na to takiej odpowiedzi: „Trzeba podkreślić, że można zakochiwać się w idei. Idea to właśnie źródło miłości. Właściwie to nie zakochujemy się w ludziach, tylko w wyobrażeniach o nich. Bez zlania się świadomości jest fizycznie niemożliwym prawdziwe poznanie i pokochanie drugiej osoby. Waifu jest niczym innym jak wyobrażeniem, które się nie zmienia. To prawda, nie możesz mieć z nią seksu. Ale czy brak seksv u oznacza brak miłości? Z pewnością nie. Wystarczy, że czujesz miłość, nie musisz fizycznie czuć drugiej osoby. Myślę, że jest to podobne do wiary religijnej. Każdy potrzebuje zewnętrznej stymulacji, by czerpać z niej siłę. Ludzie nie są stworzeni, by żyć samotnie".

Związek z waifu

Czy takie wyjaśnienie wystarczy jednak, by społeczeństwo zaczęło uznawać związki z waifu za coś normalnego? Bynajmniej nie. – To, że zakochujemy się w naszej własnej fantazji o danej osobie lub opowiadamy sobie naszą własną narrację o niej, to zjawisko dosyć częste, a nawet można spekulować, czy w jakimś stopniu nie jest tak zawsze. To jednak nie jest podstawa do legitymizowania związku z waifu, bo tu jest duża różnica w tych dwóch przypadkach. Rozpatrując to w kategoriach metafizycznych, to jest to różnica ontologiczna. W jednym przypadku mamy do czynienia z fantazją, ale odnoszącą się do realnej osoby, która za nią stoi. W przypadku waifu mamy praktycznie tylko samą fantazję, za którą nic nie stoi, ewentualnie może efemeryczny, fikcyjny byt wirtualny – uważa Czajka.

Niektórzy dostrzegają w fenomenie waifu/hasubando niebezpieczeństwo tego, że ludzie oddający się mu za bardzo zamkną się w świecie fantazji i zaszkodzą sami sobie, odgradzając się od potencjalnych związków z realnie istniejącymi kobietami/mężczyznami. Waifu są traktowane w społecznym odbiorze jako ucieczka w świat wirtualny przed problemami świata realnego. Przed prawdziwymi związkami damsko-męskimi, które potrafią wszak kosztować wiele nerwów, łez, wysiłków i pieniędzy.

Młody mężczyzna, widząc plagę rozwodów i powszechną roszczeniowość przedstawicielek tzw. płci pięknej, może nie mieć ochoty na stały związek z kobietą, gdyż ryzykuje w nim swój majątek i zdrowie psychiczne. Jeśli nie ma ochoty wpaść w wir dziwkarstwa, może za ciekawą alternatywę uznać miłość do dziewczyny 2D – przynajmniej do momentu, gdy na rynku nie pojawią się realistyczne seksroboty.

– Obserwuję, że wielu ciekawych znajomych z internetu pozostaje samotnymi i nasze rozmowy często kręcą się wokół tego. W niektórych mediach ze Stanów Zjednoczonych czytałem o zjawisku zwanym sexodus. Wielu młodych mężczyzn urodzonych w ostatniej dekadzie XX wieku i na początku lat dwutysięcznych rezygnuje z relacji z płcią przeciwną. Przyczyn tego jest wiele. Skupiają się oni na pasjach, wirtualnej rozgrywce, pornografii i fetyszach. Jeżeli robot będzie wyglądał i zachowywał się jak prawdziwa kobieta, a po przełomie w materiałoznawstwie wystarczy, że dociągniemy plugin z sieci, by zmienić wygląd, to wielu przeciętnych mężczyzn z miłą chęcią zakupi taki przedmiot – przyznaje Pintal.

Myliłby się jednak ten, który sądziłby, że miłości do substytutu dziewczyny/chłopaka oddają się jedynie „życiowi nieudacznicy" lub osoby, które przeżyły różnego rodzaju zawody miłosne. „Zrobiłem trochę reaserchu na 4Chan /a/ na temat opinii ludzi o ich relacjach z waifu/hasubando i okazało się, że są to doświadczenia o wiele bardziej pozytywne, niż się spodziewałem. Jeden koleś, z którym rozmawiałem, powiedział mi, że dzięki swojej waifu – Ritsuko Akizuki z japońskiej gry The Idol M@ster – został trzykrotnie awansowany w pracy i powiększył swoją pensję dwukrotnie. Wszystko dzięki wsparciu psychicznemu od niej" – czytamy w adresowanym dla fanów anime i gier serwisie Rok The Reaper.

Czego nie zastąpi elektronika

Ktoś może zapytać: czy adorowanie waifu jest rzeczywiście większym dziwactwem niż wchodzenie w nieudany związek z głupią i pazerną kobietą, który może skończyć się rozwodem? Czy czerpanie inspiracji psychicznej z przyglądania się dziewczynie lub chłopakowi 2D to rzeczywiście większe zboczenie niż codzienne wysłuchiwanie narzekań roszczeniowo nastawionej leniwej żony lub popisów chamstwa prostackiego męża?

Jeśli waifu/hasubando jest traktowane jako substytut związku, wygłup pozwalający rozładować skołatane nerwy czy też jako inspiracja, to mogą mieć kojący wpływ na psychikę. Waifu/hasubando nigdy nie wygrają z realnymi osobami, do których czujemy pociąg i miłość. Mogą jednak pełnić funkcję muz. – Pamiętaj, że klasycznych muz jest dziewięć. Dokłada się jeszcze dwie – kinematografię i telewizję. Niedługo pewnie dorobimy się dwunastej – gry komputerowe. Widziałbym tu jeszcze trzynastą – całą treść tworzoną w internecie – wskazuje Pintal.

Zresztą kto powiedział, że adorowanie (dla żartu czy na serio) dziewczyn 2D, jeśli jest utrzymane w pewnych granicach, ma się kłócić z kontaktami z dziewczynami 3D? W Akihabarze, tokijskiej dzielnicy fanatyków mangi, anime, gier i gadżetów, są przecież liczne kafejki, gdzie ładne kelnerki paradują w strojach pokojówek czy innych fetyszystowskich kieckach, a także sex-shopy w wielkości domów towarowych.  Pewnych praw natury się nie oszuka, a pewnych potrzeb elektronika nie zastąpi. Przynajmniej na razie, bo postęp techniczny już zaciera i będzie zacierał granicę między człowiekiem a maszyną.

Autor artykułu nie posiada waifu. O wiele bardziej woli realne dziewczyny. Ale nie wyklucza, że w przyszłości kupi sobie realistyczną robopokojówkę – choćby tylko po to, by wkurzać feministki

POLECAMY

KOMENTARZE