Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Plus Minus

Wszystkie twarze Magdaleny Ogórek

Miłe złego początki. Konwencja wyborcza kandydatki na prezydenta w 2015 roku, SLD demonstruje pełne poparcie, sondaże obiecują niezły wynik. Potem było tylko gorzej. Ale polityka być może jeszcze upomni się o Magdalenę Ogórek
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Kandydatka na Miss Śląska i Zagłębia, aktorka, doktor nauk humanistycznych, partyjna urzędniczka, ekspert ds. Kościoła, dziennikarka, tropicielka wywiezionych w czasie II wojny światowej z Polski dzieł sztuki, kandydatka na prezydenta RP. Jakie będzie następne wcielenie?

Czy oznaką kręgosłupa jest zmiana nazwiska z Berman na Borowski?" – spytała byłego marszałka Sejmu Marka Borowskiego Magdalena Ogórek na Twitterze. Pretekstem do tego była wypowiedź Borowskiego na temat Jarosława Gowina, któremu polityk lewicy zarzucił brak owego kręgosłupa okazany przy okazji reformy sądownictwa. Gowin ją najpierw poparł, a potem przyklasnął prezydentowi Andrzejowi Dudzie, który ją zawetował.

Tym jednym wpisem Ogórek wywołała pod koniec lipca prawdziwą burzę. Gromy spadły rzecz jasna z lewej strony, ale protestowali też ludzie prawicy. Zasiadająca w Radzie Mediów Narodowych Joanna Lichocka przypomniała, że Borowski mówił publicznie o historii swojej rodziny (jego stryj Bronisław Berman był związany z Komunistyczną Partią Ukrainy Zachodniej, a ojciec Wiktor Borowski przed wojną był działaczem Komunistycznej Partii Polski), a o samym wpisie Ogórek napisała, że nie jest „ani celny, ani elegancki". A Tomasz Terlikowski stwierdził, że „przypominanie nazwisk ojców to nie jest tradycja Lecha Kaczyńskiego".

Pikanterii całej sprawie – na co również zwracał uwagę Terlikowski – dodawał fakt, że dwa lata wcześniej Ogórek startowała w wyborach jako kandydatka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Czy wtedy jej nie przeszkadzały KPP-owskie korzenie działaczy SLD? A jeśli przeszkadzały, to czemu o tym wówczas nie mówiła?" – pytał retorycznie.

I choć Ogórek z SLD nic nie łączyło już od dwóch lat, to wspomniany wyżej wpis na temat Borowskiego był spektakularnym epilogiem lewicowego etapu jej życia. Rzeczniczka Sojuszu Anna Maria Żukowska oświadczyła, że politycy tej partii przestaną pojawiać się we współprowadzonym przez Ogórek programie „Studio Polska", a lider SLD Włodzimierz Czarzasty nazwał popieranie w przeszłości Ogórek przez jego ugrupowanie „debilną decyzją". – Według mnie ona wciąż ma ambicje polityczne i uznała, że skoro wygrała prawica, to trzeba się związać z PiS – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem" Leszek Miller. Bo dziś Ogórek, która jeszcze w 2015 r. pisała o Józefie Oleksym jako o „pięknej postaci", która „na lata została jej mentorem", dziś na Twitterze dziękuje „Bogu i premier Beacie Szydło, że nikt nie rzuca kamieniami w jej samochód".

Skąd taka zmiana? Była kandydatka na prezydenta rozmowę z „Plusem Minusem" zaczyna od podkreślenia, że nigdy nie była członkiem SLD. Dodaje, że nigdy nie zmieniła też poglądów. – Tym, którzy mówią, że dokonałam wolty odpowiadam: nie czytaliście mojego programu. Tymczasem PiS wiele z postulatów, o których mówiłam uznało za zasadne – podkreśla, wymieniając w tym kontekście m.in. uszczelnienie systemu ściągania podatku VAT czy budowę obrony terytorialnej. – Jak mam krytykować rząd, który mój program realizuje? – pyta.

Twarz pierwsza: piękna Magda z Rybnika

Kiedy na początku 2015 r. nieoczekiwanie weszła do wielkiej polityki, zostając kandydatką SLD na prezydenta, wszyscy zwrócili uwagę na jej urodę. Elegancka, bardzo atrakcyjna 35-latka wyglądała bowiem bardziej na modelkę niż zawodowego polityka. W mediach pojawiła się nawet pogłoska, że oto do polityki wchodzi była Miss (bądź według innej wersji – wicemiss) Śląska i Zagłębia – ale okazało się to pewnym nadużyciem. Rzeczywiście, Ogórek brała udział w wyborach najpiękniejszej dziewczyny Śląska i Zagłębia w 1998 r., ale żadnego trofeum z nich nie przywiozła. Niemniej jednak tabloidy szybko dotarły do jej zdjęcia z tamtych czasów, na którym 19-letnia Magda pozuje w jednoczęściowym kostiumie kąpielowym.

Ogórek miała też za sobą karierę aktorską – czym wprawdzie SLD w tamtym czasie się nie chwalił – ale co trudno było ukryć. W 2000 r. została laureatką konkursu „Piękne dziewczęta na ekran" organizowanego przez miesięcznik „Film" – co pomogło jej znaleźć miejsce w show-biznesie. Zagrała epizody w serialach „Lokatorzy" oraz „Czego się boją faceci, czyli seks w mniejszym mieście", dłużej widzowie mogli ją oglądać w serialu „Na dobre i na złe", w którym grała jedną z pielęgniarek. Wystąpiła też w pełnometrażowych filmach „Los Chłopacos" oraz „Pokaż kotku, co masz w środku".

Dziś Ogórek podkreśla, że nigdy nie wiązała przyszłości z aktorstwem – skorzystała jednak z możliwości zarabiania w ten sposób, by finansować naukę w Warszawie. Ogórek pochodzi bowiem z Rybnika (jej ojciec jest górnikiem, matka zmarła na raka piersi, gdy przyszła kandydatka na prezydenta miała 13 lat). – W domu się nie przelewało, a kilka dni na planie zdjęciowym pozwalało mi na opłacenie zakwaterowania, wyżywienia, zapłacenia rachunków – i pozostawiało czas na naukę. Dla mnie zawsze nauka była na pierwszym miejscu. W domu obowiązywała zasada, że książka jak kromka chleba nie może leżeć na podłodze, należy się jej szacunek – wspomina. Dodaje, że w tamtych czasach (czyli na początku XXI w.) pracy dla młodych brakowało, a jej koledzy ze studiów musieli po zajęciach pracować m.in. w McDonald's. – To było doświadczenie cenne pod względem finansowym, ale jednocześnie wiedza zdobyta na planie była później bardzo przydatna w czasie pracy w mediach – dodaje.

Mogłoby się wydawać, że „sceniczna" uroda będzie dla Ogórek atutem w polityce. Tak jednak do końca się nie stało. – To otwiera wiele drzwi, ale bardzo dużo też zatrzaskuje. Jeśli kobieta jest uważana za atrakcyjną to nawet w poważnej, politycznej rozmowie zderza się z pytaniami o swój wygląd. Na takie pytanie nie da się udzielić mądrej odpowiedzi – i już kobieta jest kilka kroków do tyłu w stosunku do mężczyzny. Nie pamiętam, aby kontrkandydaci w wyborach prezydenckich byli pytani o to, jakie garnitury noszą – zauważa.

W czasie kampanii Magdalenę Ogórek pytano m.in. o to, jak dużo czasu zajmuje jej przygotowanie makijażu, a jeden z ogólnopolskich portali potrafił pisać o niej „piękna kandydatka". Kiedy startowała w wyborach parlamentarnych w 2011 r., dziennikarz jednej z lokalnych gazet pytał, czy rozważa przed wyborami sesję w „Playboyu" i zapewniał, że wszyscy jego koledzy głosowaliby na nią, gdyby mieszkali w Rybniku. Z kolei po konwencji Ogórek kandydatki na prezydenta Jan Tomaszewski, wówczas poseł PO, pytał: Czy to jest lalka Barbie?

Specjalista ds. marketingu politycznego dr Bartłomiej Biskup przyznaje, że atrakcyjny wygląd może być problemem, jeśli nie towarzyszy mu doświadczenie polityczne. W przypadku Ogórek, jego zdaniem, problemem było to, że była „zbyt słabo pozycjonowana". – Wykreowano ją w kampanii prezydenckiej jako młodą, ładną, fajną – i tyle – tłumaczy. Takie odium, jak dodaje, wciąż na niej ciąży.

Twarz druga: doktor Magdalena

Do kampanii prezydenckiej jeszcze wrócimy, ale już w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że postrzeganie Ogórek jako osoby, której najważniejszym atutem jest uroda, jest dla niej krzywdzące. Z wykształcenia jest historykiem – studia magisterskie ukończyła na Uniwersytecie Opolskim. To był jednak tak naprawdę dopiero początek jej edukacji.

W czasach gdy, jak wspomniała, zarabiała aktorstwem na studia w Warszawie, była studentką studiów podyplomowych z zakresu integracji europejskiej na UW. W swoim CV ma też ukończone studia tematyczne w European Institute of Public Administration w Maastricht. Tytuł doktora uzyskała w 2009 r. – Uniwersytet Opolski przyznał go jej po obronie pracy o średniowiecznych ruchach heretyckich na Śląsku i Morawach. Wkrótce zaczęła pojawiać się w mediach w roli ekspertki w dziedzinie Kościoła.

W swoim dorobku Magdalena Ogórek ma też książkę na temat templariuszy („Polscy templariusze. Mity i rzeczywistość" wydaną w 2005 r.), a obecnie pracuje nad pozycją popularnonaukową ujawniającą szczegóły podejmowanych przez nią starań o odzyskanie dzieł sztuki, które zostały wywiezione z Polski w czasie wojny. – Życie naukowe jest integralną częścią mojego życia zawodowego – podkreśla Ogórek. I przyznaje, że planowała pisanie habilitacji, ale ostatecznie zdecydowała się najpierw napisać „esej reportażowy, w którym opisze proces sprowadzania obrazów do Polski". Książka ma ukazać się jesienią i, jak zapewnia Ogórek, o jej napisanie prosili ją widzowie jej programów w wysyłanych do niej e-mailach.

To jedna strona medalu. Drugą jest ocena jej dotychczasowych publikacji. Książce o templariuszach zarzucano, że autorka zbyt chętnie cytowała źródła o wątpliwej wiarygodności, ale też językową niechlujność i błędy edytorskie. Jeśli zaś chodzi o jej doktorat, to w 2013 r. dr hab. Paweł Kras z Katolickego Uniwersytetu Lubelskiego w opublikowanej w „Rocznikach historycznych" recenzji stwierdził, że „autorka albo niezbyt dobrze orientuje się w stanie badań, albo świadomie go ignoruje". Ogólnie zdaniem dr. Krasa praca w praktyce nie wniosła niczego nowego do wiedzy na opisywany przez autorkę temat.

Twarz trzecia: urzędniczka

Do polityki zaczęła zbliżać się w 2003 r. Najpierw odbyła praktykę studencką w Biurze Integracji Europejskiej Kancelarii Prezydenta (w tamtym czasie był nim Aleksander Kwaśniewski). Potem odbyła staż w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (premierem był wówczas Leszek Miller). A w grudniu 2003 r. poznała Józefa Oleksego.

Okoliczności tego spotkania były niecodzienne. Ogórek wzięła udział w programie TVP „Spełniamy marzenia", a jej marzeniem – jak się okazało – było właśnie spotkanie z Oleksym. Do takiego spotkania pod czujnym okiem telewizyjnych kamer doszło w grudniu 2003 r. Niedługo później Ogórek rozpoczęła pracę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, na czele którego od stycznia do kwietnia 2004 r. stał właśnie Oleksy.

Pytana o tamten epizod mówi dziś, że Polska przygotowywała się do akcesji do UE, a ona była wtedy tą tematyką bardzo zainteresowana. O byłym premierze mówi, że czuła dla niego „szacunek i podziw za prowadzenie unijnych negocjacji". – Nie ukrywam, że chciałam go o wiele sytuacji zapytać – dodaje. Podkreśla też, że nie rozumie czemu po latach, gdy już ubiegała się o prezydenturę, zarzucano jej m.in. w tym kontekście, że „zawsze wiedziała, gdzie ma się znaleźć i co zrobić". – Gdyby pisano o mężczyźnie, zachwycano by się tym, jaki był ambitny i zaradny – ocenia.

To w MSWiA poznała przyszłego męża – Piotr Mochnaczewski był dyrektorem Departamentu Integracji Europejskiej i Współpracy Międzynarodowej, w którym pracowała. Znajomość zakończyła się ślubem, na którym świadkiem był Ryszard Kalisz.

Z resortem rozstała się w 2006 r., niedługo po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych. Dwa lata później rozpoczęła pracę w Klubie Parlamentarnym SLD, gdzie została szefową gabinetu politycznego ówczesnego lidera Sojuszu Grzegorza Napieralskiego. Ta praca – zwłaszcza po zrobieniu przez Ogórek doktoratu – nie odpowiadała jednak jej ambicjom. Partia wysłała ją więc w wyborczy bój.

Twarz czwarta: polityk

W 2011 r. otrzymała drugie miejsce na liście SLD w wyborach do Sejmu w okręgu wyborczym numer 30 obejmującym jej rodzinny Rybnik. W czasie kampanii mówiła o sobie jako o „kobiecie lewicy". Walczącemu z Sojuszem o „rząd dusz" na lewicy Januszowi Palikotowi zarzucała, że ten w przeszłości prowadził „ultraprawicowe pismo" (chodziło o tygodnik „Ozon"). Pytana o to, czy nie jest lewicowym odpowiednikiem „aniołków PiS" przekonywała, że w Prawie i Sprawiedliwości „aniołki mają złagodzić twarz partii", która jest „twarzą Kaczyńskiego, Macierewicza czy Fotygi". Mówiła też o inspiracji kampanią Baracka Obamy. – Ja również chcę powiedzieć, w przeciwieństwie np. do kolegów z PiS, że musimy patrzeć w przyszłość, a nie poświęcać energię na rozdrapywanie ran z przeszłości – przekonywała w jednym z wywiadów.

Efekt? Ogórek zdobyła 3751 głosów, 1,42 proc. wszystkich oddanych w okręgu. Mandatu nie dostała, podobnie jak żaden inny polityk SLD startujący z jej listy.

Po wyborczym niepowodzeniu na pewien czas zniknęła z politycznych radarów. Była nauczycielem akademickim, współpracowała z NBP (m.in. jako redaktor w wewnętrznym piśmie banku), trafiła do TVN, gdzie najpierw pojawiła się jako ekspert w „Dzień dobry TVN", a potem została prowadzącą magazynu „Świat". Wiele wskazywało na to, że polityczna kariera Ogórek dobiegła końca.

Wszystko zmieniło się w grudniu 2014 r. SLD miał problem z wyłonieniem kandydata na prezydenta. Kolejni pretendenci wycofywali się, albo hamletyzowali. Wszyscy byli przekonani, że start w wyborach oznacza klęskę w starciu z walczącym o reelekcję Bronisławem Komorowskim. Dołujące w sondażach SLD nie mogło sobie jednak pozwolić na oddanie kampanii prezydenckiej walkowerem. I wtedy jeden z czołowych działaczy partii Leszek Aleksandrzak zaproponował: A może Ogórek?

Dziś pomysłodawca tej kandydatury w rozmowie z „Plusem Minusem" tłumaczy, że SLD „szukało kogoś nowego na lewicy, nowego otwarcia". – Młoda kobieta, wykształcona, trochę w polityce obyta, wydawało się, że to najlepsza kandydatura – mówi. Podkreśla, że nikt nie stawiał na to, że Ogórek wygra wybory. – Chodziło o niezły wynik, o to żeby SLD chciało się utożsamiać z nową osobą, o nowe otwarcie – mówi.

Ogórek wspomina, że zgodziła się kandydować, ale postawiła warunki: jak wspomina, obiecano jej, że będzie mogła przedstawić swój program, a partia udzieli jej wszelkiej niezbędnej pomocy. – Dla nikogo nie było tajemnicą, że byłam człowiekiem z zewnątrz i że mam nieco inne poglądy – podkreśla.

Jej kampania rozpoczęła się niezręcznie, bo ogłoszenie jej kandydatury odbyło się w dniu śmierci Józefa Oleksego. Co więcej, na tej pierwszej konferencji mówił tylko Leszek Miller (potem, gdy kandydatka milczała przez kolejne tygodnie, w sieci pojawiły się memy przedstawiające Leszka Millera z podpisem „Magdalena Ogórek przygotowująca się do spotkania"). Mimo to początek nie był zły – w pierwszych sondażach Ogórek zdobywała 6–8 proc. głosów, co plasowało ją nawet na trzecim miejscu w stawce kandydatów do prezydentury. Nieco poprawiły się też notowania Sojuszu – przez co zaczęto mówić nawet o efekcie Ogórek. Niektórzy publicyści pisali, że to może się udać – zastanawiali się nawet, czy kandydatka po wypromowaniu się w czasie kampanii nie porzuci SLD.

Jeszcze na konwencji, która odbyła się w niewielkiej miejscowości pod Warszawą – Ożarowie Mazowieckim – wszystko wydawało się w porządku. – Została bardzo dobrze przyjęta, wygłosiła tekst typowo socjaldemokratyczny – wspomina Miller. Potem jednak nagle Ogórek zniknęła.

Co się stało? Wersję są dwie. Miller mówi, że prawdopodobnie posłuchała złych doradców. – Ktoś przekonał ją, że ponieważ elektorat SLD i tak ma gwarantowany, to musi szukać innego i powinna się przesunąć daleko w prawo – mówi były premier. Z kolei Aleksandrzak dodaje, że kandydatce na pewno nie pomogło to, że nie wszyscy czołowi politycy SLD przyjęli jej kandydaturę życzliwie. – Część kierownictwa partii, która nie została zaproszona do pracy w sztabie, próbowała zrobić wszystko, żeby jej się udało – wspomina. I wtedy, jak mówi, kandydatka „zaczęła stroić fochy". – Charakterologicznie była trudna – podsumowuje.

Ogórek widzi to inaczej. – Po dwóch tygodniach od ogłoszenia kandydatki, sztab, który miał jej pomagać, natychmiast się rozpierzchł i zostałam sama na placu boju. Ja tę kampanię prowadziłam w pojedynkę – przekonuje.

To właśnie tym osamotnieniem tłumaczy unikanie występów w mediach w pierwszej części kampanii. – Natychmiast po zgłoszeniu mnie jako kandydatki w wyborach prezydenckich spadło na mnie 100 nagłówków w prasie, tabloidach, gdzie były same kłamstwa – wspomina. I dodaje, że ponieważ pozostała z tym wszystkim sama, postanowiła ten etap przeczekać. – Byłabym pytana tylko o to, co miało na celu dyskredytowanie mnie jako kandydatkę – podkreśla.

Faktycznie, media postanowiły dość dokładnie prześwietlić Ogórek. „Newsweek" pisał o jej mężu mającym ukrywać przed uczelnią, której był rektorem, informację o tym, że był skazany prawomocnym wyrokiem sądowym. „Polityka" wytykała SLD, że ten powołuje się na bezpłatne staże odbywane przez kandydatkę w KPRM i Kancelarii Prezydenta jako dowód jej politycznego doświadczenia. „Wprost" w dwuznaczny sposób pisał o jej znajomości z Bartoszem Węglarczykiem, z którym pracowała w TVN 24 – za co zresztą ówczesny redaktor naczelny Sylwester Latkowski szybko przeprosił. – Skala ataku na mnie była 100 razy większa niż na Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 r. (wówczas kandydat SLD wycofał się z wyborów – red.) – ocenia Ogórek. – Byłoby mi łatwiej, gdybym miała sztab taki, jaki miał Andrzej Duda: dzielny, pracowity, który pod wodzą Beaty Szydło pracował na sukces swojego kandydata. Zazdrościłam mu go.

Medialne milczenie przerwała po kilku tygodniach, by zacząć prezentować swój program. I nie był to program lewicowy. Ogórek mówiła o konieczności napisania prawa od nowa – zwłaszcza prawa podatkowego, które miałoby być prostsze, przez co stymulowałoby przedsiębiorczość. Obiecywała podniesienie kwoty wolnej od podatku do poziomu 20 tys. zł. Mówiła też o konieczności stworzenia obrony terytorialnej i wydawania pieniędzy na armię tak, by stymulować rodzimy przemysł zbrojeniowy. Chciała też poprawić relacje Polski z Rosją, czego wyrazem była jej głośna wypowiedź o tym, że jako prezydent podniosłaby słuchawkę i zadzwoniła do Władimira Putina. Jeśli dodamy do tego eleganckie ubrania, w których prezentowała się w mediach, mamy obraz polityka, który świetnie reprezentowałby „młodych, wykształconych, z dużych miast" – czyli klasę średnią raczej wyższą niż niższą. To nie był Grzegorz Napieralski rozdający przed fabryką jabłka o piątej rano zaczynającym pracę robotnikom. Elektorat SLD tego nie kupił.

Od Ogórek całkowicie odwróciło się też SLD. Jak wspomina Miller, pojawił się nawet pomysł, by wycofać poparcie dla niej, ale ostatecznie kierownictwo partii uznało, że byłoby to rozwiązanie jeszcze gorsze. Ogórek zaś wycofywać się nie zamierzała. – Bardzo jestem z tego dumna, w ciągu całej kampanii nie miałam ani razu myśli, żeby się wycofać. Mam taki charakter, że jeżeli się czegoś podejmuję, to doprowadzam to do końca – mówi dziś.

– Kandydatka nie zgrała się z ugrupowaniem, które ją wystawiło. To bezprecedensowy przypadek – przyznaje dr Biskup.

Skończyło się na 353 883 głosach, co stanowiło 2,38 proc. wszystkich oddanych w I turze głosów. Ogórek wyprzedził nawet wieczny pretendent do prezydentury Janusz Korwin-Mikke. Po latach sama zainteresowana nie patrzy na to jako na porażkę. – Ten wynik dla mnie był honorowy, dokładnie taki sam, jak wyniki innych kobiet, które kandydowały na prezydenta: Hanny Gronkiewicz-Waltz czy Henryki Bochniarz – mówi. Dodaje, że była to dla niej bezcenna lekcja polityczna i medialna. I zapewnia, że niczego nie żałuje. – Gdybym miała cofnąć czas, podjęłabym taką samą decyzję, bo miałam szansę przedstawić Polakom swój program i bardzo chciałam z tej szansy skorzystać – podsumowuje.

Twarz piąta: poszukiwacz zaginionych dzieł

Kampania była czasem, gdy wszystkie mosty pomiędzy Ogórek a SLD zostały spalone. Przez chwilę wydawało się jednak, że być może zostanie w polityce, choć pod innym sztandarem. – Rozważam swoją dalszą drogę, ale jeszcze nie wiem, czy będzie to aktywność polityczna. Dostaję wiele propozycji, jednak wszystkie muszę rozważyć – mówiła w lipcu 2015 r. Spekulowało się, że na listy mogą zaprosić ją Paweł Kukiz albo Janusz Korwin-Mikke.

Ostatecznie jednak zamiast polityką zajęła się tropieniem wywiezionych z Polski w czasie wojny dzieł sztuki. – Zdobytą rozpoznawalność wykorzystałam do popularyzacji historii sztuki. Gdy zaczęłam mówić o stratach wojennych, przez to, że byłam znana, byłam lepiej słyszana – mówi.

W październiku 2015 r. na łamach „Rzeczpospolitej" Ogórek opisała wyniki dziennikarskiego śledztwa dotyczącego losów m.in. obrazu „Wojna postu z karnawałem" Pietera Brueghla, w którego wywiezienie z Polski miał być zamieszany SS-Gruppenführer Otto von Wächter. Przez pewien czas prowadziła też program „Atlas sztuki" emitowany w serwisie rp.pl. We wrześniu 2016 r. teksty o zaginionych dziełach sztuki zaczęła publikować w „Do Rzeczy". Od stycznia 2017 r. prowadzi w Polskim Radiu 24 poświęcony takiej samej tematyce program „Utracone, odzyskane".

Jej śledztwo w sprawie dzieła Brueghla zakończyło się zwrotem przez syna esesmana trzech zrabowanych przez Wächtera dzieł sztuki. To właśnie historię ich odzyskiwania opisuje teraz w książce. – Potem wrócę do poszukiwania utraconych dzieł sztuki. W kwestii strat z czasów II wojny światowej jest jeszcze dużo tajemnic, dużo spraw do odkrycia, mnóstwo dzieł sztuki, które leżą u dzieci esesmanów – mówi. Dodaje, że pracuje też nad powołaniem fundacji, która zajmie się odzyskiwaniem zrabowanych dzieł.

Twarz szósta: dziennikarka

Powyborcza aktywność Ogórek nie ograniczyła się jednak do kwestii dzieł sztuki. Od 2016 r. była kandydatka na prezydenta coraz częściej zaczęła komentować kwestie z zakresu polityki międzynarodowej i wewnętrznej. I dała się poznać jako osoba kibicująca obecnej władzy. W jednym z wywiadów Jarosława Kaczyńskiego nazwała „wybitnym strategiem", o rządach PO–PSL mówiła, że Polska była wówczas „podnóżkiem innych państw", Andrzeja Dudę chwaliła za „aktywną prezydenturę"; a KOD zarzucała dążenie do obalenia legalnie wybranych władz.

Jeszcze przed kampanią prezydencką, w czasach gdy była związana z TVN 24, prowadziła magazyn „Świat" poświęcony polityce międzynarodowej. Po wyborach prezydenckich znacznie częściej wypowiadała się jednak w kwestiach polityki wewnętrznej. Miejsce dla niej znalazło się w TVP, gdzie jest współprowadzącą programów publicystycznych „W tyle wizji" i „Studio Polska".

Czy myśli o powrocie do polityki? – Jest mi dobrze tu, gdzie jestem – zapewnia. Dodaje, że ceni sobie kontakt z widzami. – W najbliższym czasie widzę się w mediach – podsumowuje. A potem? – Nie wykluczam, że moje drogi z polityką kiedyś jeszcze się przetną, ale w najbliższych latach absolutnie nie mam takich planów – mówi dziś. W połowie 2016 r. w rozmowie z TVP Info spekulowała natomiast, że zdobyte w wyborach prezydenckich głosy mogą być asumptem do stworzenia partii politycznej, albo startu w wyborach prezydenckich 2020 r.

– Ciężko pracuje na to, by znaleźć się w kręgu politycznego zainteresowania siły rządzącej – ocenia Miller. Z kolei dr Biskup uważa, że dziś dla Ogórek wciąż obciążeniem mogą być dawne związki z SLD. Ale nie będzie to problemem zawsze. – Im więcej czasu upłynie, tym ludzie będą bardziej o tym zapominać – dodaje. I sugeruje, że być może dlatego Ogórek trafiła do TVP, by się „zasłużyć" prawicowym wyborcom.

To właśnie chęcią przypodobania się prawicowemu elektoratowi wiele osób tłumaczy też wpisy Ogórek na Twitterze. Ale kiedy ją o to pytam – wybucha śmiechem. – Zawsze mówiłam i pisałam to, co myślę. Tweety wynikają z obecnej sytuacji, ja komentuję rzeczywistość zastaną. Nie będę się powstrzymywała od krytyki tylko dlatego, że ktoś sobie coś pomyśli – podkreśla. I tłumaczy, że np. wpis z podziękowaniami dla Szydło za bezpieczną jazdę po Polsce wynikał z doświadczeń, jakie zdobyła, podróżując po Europie w związku z pracą zawodową. – Za zachodnią granicą niebawem możemy mieć do czynienia z „kalifatem", Niemcy są pokojowo anektowane przez świat islamski. Ja jestem przeciw przyjmowaniu uchodźców i cieszę się z polityki rządu, czemu wyraz dałam na Twitterze – tłumaczy.

– Jest inteligentna, aktywna, opowiada się zdecydowanie po prawicowej stronie. Może jej się udać – ocenia dr Biskup.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL