Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Marek Jerzy Minakowski o elitach w Polsce

W Sejmie II RP ton nadawali potomkowie dawnych elit. Obrady otwiera marszałek Ignacy Daszyński, socjalista o szlacheckich korzeniach
NAC
- Polskie społeczeństwo można porównać do gotujšcej się zupy. Owszem, zdarza się, że niektóre rodziny utrzymujš się na samej górze przez kilkaset lat, kilka pokoleń. Natomiast potem opadajš gdzieœ głębiej - mówi genealog Marek Jerzy Minakowski

Rz: W przedwojennych elitach wszyscy się znali?

Nawet jeżeli nie znali się osobiœcie, to gdy usiedli przy wódce i posiedzieli chwilę, na pewno znajdowali jakichœ wspólnych kuzynów. W latach 30. XX wieku w Polsce w każdym roczniku było 600 tys. osób, a studia kończyło rocznie 6 tys. absolwentów. Czyli na studia szedł co setny młody człowiek. Jeżeli weŸmiemy pod uwagę wszystkich wykształconych ludzi, uwzględniajšc nawet osoby tylko z maturš, to otrzymamy grupę 300–500 tys. osób, czyli mniej więcej 2 proc. społeczeństwa. A w latach 30. œwiat był już w miarę zdemokratyzowany; wczeœniej elity były jeszcze mniej liczne. Widzimy, że losy naszego kraju kształtowała bardzo wšska grupa ludzi. Z niej wywodzili się wszyscy wybitni pisarze, malarze, generałowie, powstańcy itd.

Polskie społeczeństwo składa się z wšskiej elity, a reszta to plebs, który jest jej całkowicie obcy?

Nie, aż tak Ÿle nie jest. Nasze społeczeństwo można porównać do gotujšcej się zupy. Jakaœ jego częœć jest na wierzchu, ale to nie jest tak, że to sš cały czas te same rodziny, cišgi genealogiczne. To jednak cały czas się zmienia. Owszem, zdarza się, że niektóre rodziny utrzymujš się na samej górze przez kilkaset lat, kilka pokoleń. Natomiast potem opadajš gdzieœ głębiej. Dzięki moim badaniom da się przeœledzić, jak różne osoby z głębi tego gara dopływały do powierzchni, a potem – jak ich rodziny znowu opadały. To zawsze jest płynny proces.

Ale sama elita jest dosyć wšska, tak?

W danej chwili tak, ale cały czas się miesza z tym, co jest na dole. Oczywiœcie, w różnych epokach mieszała się w różnym zakresie. Z upływem czasu do tego procesu dochodziły warstwy społeczne. Faktem jest, że chłopi przez wieleset lat prawie w ogóle nie mieszali się z elitami. Jedynie bardzo nieliczne jednostki wypływały na wierzch tej zupy, np. dzięki karierze koœcielnej, jak choćby ksišdz Piotr Skarga. Ale mieszczaństwo czy Żydzi już od poczštków XIX wieku intensywnie dołšczali do elity. Natomiast w okresie międzywojennym zaczęło się pojawiać także wielu chłopów. Inteligencja pierwszej połowy XX wieku dalej była wšska, ale jeœli spojrzymy na jej pochodzenie, to była już naprawdę mocno wymieszana. To już nie wyłšcznie szlachta, ba, nawet nie w przeważajšcej częœci szlachta.

Po czym to widać?

Na przykład po składzie parlamentu II RP lub po liœcie oficerów zamordowanych w Katyniu. Wœród tych wykształconych i wyróżniajšcy się osób bardzo duża częœć była spoza ziemiaństwa, sporo tam mieszczan, ludzi, których rodzice awansowali na jakieœ drobne stanowiska urzędnicze, typu konduktor na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej itd. Co ważne, widać, że im łatwiej do elity można było dołšczyć, tym łatwiej można było opaœć na dno gara...

Co pana badania mówiš o dzisiejszej elicie?

Starałem się odnaleŸć połšczenia genealogiczne, rodzinne między wszystkimi parlamentarzystami z ostatniego stulecia, czyli od odzyskania niepodległoœci i wyborów w 1919 roku. W parlamencie przedwojennym, zwłaszcza w Senacie, było jeszcze wielu reprezentantów dawnych elit. Ale oni nigdy nie byli większoœciš. Ciekawy pod tym względem był Sejm Ustawodawczy lat 1947–1952, bo byli w nim jeszcze ludzie z PSL i załapała się nawet częœć przedwojennych elit inteligenckich.

A dalej w PRL?

Osoby z dawnych elit były już bardzo rzadkie. Zdarzały się oczywiœcie wyjštki, jacyœ literaci z kręgu Znaku w latach 60. itp. Po czym nastšpił wręcz wybuch takich osób w Sejmie kontraktowym (1989–1991), gdy okazało się, że władza musi nawišzać dialog ze społeczeństwem, a społeczeństwo musi wydać z siebie jakšœ reprezentację. Kryterium doboru tejże elity w bardzo dużej częœci było oparte właœnie na kapitale społecznym i kulturowym odziedziczonym po rodzicach czy dziadkach. W tym Sejmie znalazło się wiele osób z tzw. starych rodzin.

Dlaczego właœnie oni?

Mieli naturalny szacunek społeczeństwa, bo choć nie sprawowali w PRL władzy i byli poza obiegiem państwowym, to jednak cały czas byli w obiegu publicznym. Dlatego to oni zostali wybrani do reprezentowania ludzi wykluczonych z obiegu władzy. Do Sejmu kontraktowego ze starych rodzin weszli m.in. Juliusz Braun, Józefa Hennelowa, Krzysztof Komornicki, Aleksander Małachowski, Stefan Niesiołowski, Michał Kazimierz Ujazdowski czy Barbara Labuda, której teœciowa była margrabiankš z Wielopolskich. Senat był bardziej profesorski, ale znalazła się tam też księżniczka Anna Radziwiłł.

Jak to wyglšdało póŸniej?

To bardzo gwałtownie zanikło. Jeszcze Sejm I kadencji i Senat II kadencji po wyborach w 1991 roku miały w miarę dużo takich osób, ale to jakby z rozpędu po Sejmie kontraktowym. Natomiast póŸniej ci ludzie zniknęli, ich udział we władzy właœciwie wrócił do takiego poziomu jak w PRL. Te osoby nie sš już obecne w polityce, bo ta się po prostu sprofesjonalizowała. W Sejmie sš zawodowi posłowie, którzy już nie potrzebujš osobistego autorytetu odziedziczonego po przodkach. Potrzebujš za to widzieć, gdzie jest prezes...

Na ile ta rozpoznawalnoœć, kontakty i znajomoœci dziedziczone rodzinnie nadal majš dziœ znaczenie?

Na pewno nie jest tak, że to jest już zupełnie nieważne, bo tacy ludzie nadal majš pewnš przewagę. W socjologii ostatnio popularne sš pojęcia kapitału kulturowego i społecznego. Ma to decydować o powodzeniu jednostki, być wyznacznikiem, czy ktoœ będzie postaciš wybitnš, czy kimœ zupełnie nieznanym. Poszczególne kapitały sš współzależne, bo osoba bogata może wysłać dzieci do dobrej szkoły, a tam nie doœć, że zdobędš one œwietne wykształcenie, to jeszcze mogš poznać kogoœ dobrze ustosunkowanego, póŸniej założyć z nim rodzinę i dalej przekazywać te kapitały.

Jakieœ współczesne przykłady?

Zapewne Piotr Cywiński jest znakomitym dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, ale na pewno bycie synem profesora Bohdana Cywińskiego bardzo mu w tym pomaga. Wychowujšc się w domu wybitnego historyka, znał przecież wszystkich ważnych w œrodowisku od samego dzieciństwa, a także jego wszyscy znali... Naturalnie było mu o wiele łatwiej niż komuœ, kto takich kontaktów i możliwoœci nie miał. Zwykle jest tak, że dzieci elity intelektualnej także trafiajš do tej elity. Odkryłem też, że wybitni profesorowie bardzo często mieli matkę o wyższej pozycji społecznej od ojca. To wymaga jeszcze głębszej analizy, ale można postawić hipotezę, że mšdroœć i pęd do wiedzy zależš głównie od wpływu matki. Po prostu z pewnymi zachowaniami ma się kontakt od najmłodszych lat i wie, że czytanie ksišżek jest dobre, zajmowanie się sztukš wcale nie jest niemęskie, a opera nie jest nudna. Takie rzeczy wynosi się z domu, więc to nie jest wyłšcznie kwestia biologiczna.

Rozumiem, że gdyby pana ojciec nie był bibliotekarzem, nie napisałby pan swojej pierwszej ksišżki w wieku 18 lat...

Rzeczywiœcie, byłem jeszcze w liceum, gdy tata przyniósł do domu kolejny zeszyt Polskiego Słownika Biograficznego, w którym tym razem był człowiek o nazwisku jego matki. Babcia przypomniała sobie, że jak była mała, to nawet jej o nim opowiadano... Był to poseł na II kadencję Sejmu Wielkiego Józef Radzicki, podkomorzy zakroczymski, podpisany pod Konstytucjš 3 maja jako członek komisji konstytucyjnej.

Babcia wiedziała, kim dla niej był Józef Radzicki?

Właœnie nie do końca była w stanie to zrekonstruować. Coœ tam pamiętała jej starsza siostra cioteczna, ale też nie wszystko. Dlatego wzišłem się do tego ja, bo już wczeœniej byłem zaciekawiony genealogiš, odkšd tylko dziadek, który był profesorem biochemii, niezwykle interesujšco opowiadał mi o swoim dziadku, który był baletmistrzem w Teatrze Wielkim w Warszawie. Dziœ mam już cały wywód genealogiczny i wiem dokładnie, jak wyglšdały wczeœniejsze pokolenia mojej rodziny.

Doszedł pan aż do Mieszka I...

Tak, póŸniej to już poszło łatwo, bo wystarczyło przeœledzić herbarze. W minionych wiekach, gdy ludzie swojš pozycję zawdzięczali rodzinom, spisywano dokładnie historie rodów. Sš one zapisane w kompendiach genealogicznych zwanych w Polsce herbarzami i jest ich sporo. Założyłem sobie, że połšczę w jednš rodzinę wszystkie osoby opisane w Polskim Słowniku Biograficznym, czyli w największej naszej encyklopedii biograficznej, ujmujšcej ponad 27 tys. osób. Notabene, już większoœć z nich mam w jednej rodzinie. Ale to nie sš wyłšczne kryteria bycia elitš. Ostatnio dużo czasu poœwięciłem poszukiwaniu rodzin osób, których zgon odnotował „Kurier Warszawski" w latach 1821–1861. Założyłem, że skoro w głównej warszawskiej gazecie pisano o ich zgonach, to sš to osoby, które w Warszawie należało znać.

Jednak na studia poszedł pan na filozofię. PóŸniej, jak sam pan przyznawał, genealogiš zajmował się pan maksymalnie cztery godziny dziennie, a oprócz tego miał pan zwyczajnš pracę.

Teraz genealogii poœwięcam zapewne 14 godzin dziennie... Dostaje od ludzi tysišce listów, niektóre na opracowanie czekajš po trzy lata. Zdarza się, że przy okazji, wydawałoby się, błahej sprawy udaje mi się dokopać do naprawdę ciekawych rzeczy. Ale zazwyczaj to najprostsze kwestie: ktoœ na przykład pisze, że zmarła mu matka, i podaje datę zgonu.

Już w wieku 26 lat obronił pan pracę doktorskš pt. „Logika formalna przed Arystotelesem". Jak to się stało, że jest pan dziœ naczelnym genealogiem Rzeczypospolitej i zajmuje się tym na pełny etat?

Jako logik z wykształcenia, pracujšc w Onecie, firmie komputerowej, czyli nabywajšc umiejętnoœci informatyczne, postanowiłem wymyœlić coœ, by nie trzeba było dalej cišgle tylko spisywać tych herbarzy...

Co ciekawe, w Onecie był pan szefem działu gospodarczego.

Żeby było jeszcze œmieszniej, na gospodarce się nie znałem, ale to były pionierskie czasy internetu: można było się nie znać, a robić duże rzeczy. W każdym razie poszedłem do antykwariatu, kupiłem 16-tomowy „Herbarz polski" Adama Bonieckiego, zeskanowałem go i z tekstu narracyjnego wycišgnšłem wszystkie ważne informacje, po czym zrobiłem z nich bazę danych. Z czasem zaczšłem powiększać tę bazę genealogicznš o kolejne treœci, częœć sam opracowywałem, resztę mi nadsyłano. Gdy ludzie zobaczyli, jak mrówczš pracę wykonuję, chętnie zaczęli się dzielić swoimi zbiorami.

Gromadził to pan, gromadził, i co dalej?

W końcu opublikowałem wszystko w internecie. A to popchnęło zainteresowanie moimi pracami jeszcze dalej. Zaczšłem dostawał e-maile od coraz większej liczby osób, że ta i ta wymieniona w mojej bazie kobieta to ich prababka i że miała czworo dzieci, itd. Ja to wszystko dopisywałem. I tak było mniej więcej do 2011 roku, gdy pojawiły się w internecie w dużej liczbie oryginalne księgi metrykalne: chrztów, zgonów i przede wszystkim œlubów. Szło to dwutorowo: robili to genealodzy amatorzy zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Genealogicznym, a póŸniej podłšczyło się pod to państwo. Zaczęło się od tego, że poszedłem do Archiwum Państwowego w Krakowie i spisałem wszystkie akty małżeństw zawarte w Wolnym Mieœcie Krakowie w latach 1810–1852. To było kilkanaœcie tysięcy œlubów, wzišłem tydzień urlopu i w ten tydzień to wszystko spisałem. PóŸniej okazało się, że inni też spisujš podobne dane, i zaczšłem je zbierać. Wczeœniej, jeœli ktoœ nie wiedział, kiedy dokładnie i gdzie urodził się pradziadek, to bardzo trudno było do tego dojœć. A gdy ludzie zaczęli to wszystko spisywać i publikować w internecie, jakoœciowo zmieniło to mojš pracę. Udało mi się już opracować bardzo wiele rodzin, o których nie pisano w ksišżkach. W tej chwili większoœć moich danych pochodzi z archiwaliów, a nie z publikacji czy korespondencji.

Z czego pan żyje?

Częœć mojej bazy genealogicznej, obejmujšcej w tej chwili 670 tys. osób, dostępna jest w internecie za darmo. Mowa tu o projekcie „Potomkowie Sejmu Wielkiego". Natomiast dostęp do większoœci bazy daje wyłšcznie roczna prenumerata kosztujšca 50 złotych. A takich prenumeratorów mam ok. 2 tysięcy. Dzięki temu mogę się spokojnie poœwięcić wyłšcznie badaniom, nie muszę szukać innej pracy.

Przyjmuje pan zlecenia od osób prywatnych?

Z zasady nie prowadzę badań za pienišdze. Zdarza się jednak, że komuœ bardzo zależy, by jego rodzina została ujęta w mojej bazie, i nawet sam opracował jej drzewo genealogiczne, ale nie jest to œrodowisko, które mnie interesuje. Czasem po weryfikacji i uporzšdkowaniu wprowadzam te dane do bazy, bioršc rekompensatę w wysokoœci 2 złote za osobę. Wprowadziłem tę opłatę po to, by ludzie nie przysyłali mi zbyt wielu informacji, na które nie mam czasu...

Dlaczego ludziom, którzy nie majš powišzań z elitami, tak bardzo zależy na tym, by ich drzewo genealogiczne znalazło się w pana bazie?

Przede wszystkim to kwestia upowszechniania się wzorców inteligenckich. Kiedyœ grupa, której przodkowie byli interesujšcy, była bardzo wšska. Pozostali byli chłopami, których genealogia nie interesowała, bo całe ich rodziny mieszkały od pokoleń w tej samej wsi. Z naturalnych powodów nie było to dla nich niczym ciekawym. Dziœ ich przodkowie sš interesujšcy, ale jedynie dla nich samych i ich rodzin. Zdarza się, że odkrywajš pokrewieństwo z kimœ sławnym, kto też pochodzi z chłopów z tej samej okolicy, ale to tyle...

Pana chłopstwo nudzi?

Sam od strony mamy mam przodków chłopów i ich korzenie także zbadałem aż do połowy XVIII wieku, i też jestem z nich dumny. To jest jak najbardziej godne pochwały, że ludzie zaczęli przykładać wagę do własnej historii. Ale to jest naturalne. Wczeœniej nie mieli ani możliwoœci, ani powodów, by się tym zajmować. Dziœ więcej ludzi interesuje się historiš własnych rodzin, ale trudno tu mówić o jakiejœ szczególnej modzie, bo te potrzeby istniały od zawsze. Po prostu ci, którzy wczeœniej nie studiowali – dziœ studiujš; ci, którzy nie chodzili do teatru – dziœ chodzš; tak samo ci, którzy wczeœniej nie interesowali się swoimi korzeniami, dziœ badajš swoje drzewa genealogiczne i chowajš je po szufladach. To po prostu jedna z praktyk inteligenckich, jakie przejęli.

Na ile pomocni bywajš inni genealodzy?

Koresponduję często z ludŸmi, którzy z szuflad wycišgajš całe drzewa genealogiczne zostawione im przez pradziadków, wujów czy ciotki. W starych rodzinach o genealogię dbało się od zawsze. Wiadomo, że ta i ta fabryka jest po pradziadku, a tamten majštek po ciotce. Zatem częœć informacji, które zbieram, tak czy inaczej jest znana. Bo rodzina była ważna i bogata, pisano więc o niej w ksišżkach, a do tego sama uważała, że historia jest bardzo ważna, więc spisywała pamiętniki i zbierała pamištki. A ja jestem takim ogólnonarodowym zbieraczem pamištek. Czyli nic nowego, na dobrš sprawę tacy ludzie jak ja byli zawsze.

Kim sš dziœ genealodzy amatorzy?

To właœnie bardzo ciekawa sprawa. Jeszcze niedawno internet kojarzyliœmy wyłšcznie z ludŸmi młodymi, ale od kilku lat coraz œmielej radzš sobie w nim starsi. W końcu z roku na rok pojawia się coraz więcej emerytów, którzy już zdšżyli się z nim zaznajomić w pracy. Gdy przychodzi wnuk i pyta, kim jest osoba na zdjęciu, to taka starsza osoba, jeœli sama już nie pamięta, nagle zdaje sobie sprawę, że nie ma kogo o to zapytać, że teraz to ona jest od odpowiadania na takie pytania... Zaczyna więc grzebać w internecie, weryfikować to, co jeszcze pamięta, oraz poszerzać swojš wiedzę. Kontaktuje się z dalszš rodzinš, znajduje nowe powišzania, sprawdza dostępne w sieci archiwa. Dlatego wœród genealogów amatorów tak dużš częœć stanowiš właœnie emeryci. Jeœli państwu zależałoby na aktywizacji osób starszych, wycišganiu ich z zapóŸnienia cyfrowego, to powinno wzišć pod uwagę tę naturalnš tendencję. To właœnie genealogia powoduje, że wielu emerytów, którzy inaczej nie korzystaliby z komputera, dziœ czuje się w sieci jak ryba w wodzie.

Często koresponduje pan z takimi ludŸmi?

Oczywiœcie. Wielu moich korespondentów jest nawet po dziewięćdziesištce. Jeden pan przysłał mi niedawno bardzo obszerny e-mail, w którym wspomniał, że jego największym marzeniem jest dożyć 95. urodzin, a zostały mu do nich jeszcze cztery miesišce. Datę jego œmierci do bazy wprowadziłem chyba siedem miesięcy póŸniej, a więc udało mu się...

Dlaczego nie chce pan żadnego wsparcia od państwa?

Może teraz nie byłbym już taki ostry jak wczeœniej, kiedy częœciej się tš niezależnoœciš szczyciłem. Obecnie przyjmuję wsparcie od państwa, ale jedynie takie, że jakaœ publiczna instytucja wykupuje dostęp do mojej bazy. Bo tak, jak zasadniczo nie pracuję na zlecenie, tak nie chcę też pracować na zlecenie państwa. Niezależnoœć pozwala mi się skupić na tym, co uważam za istotne. Traktuję to jako misję. Zbieram dane, które sš ważne i interesujšce, a jeżeli ktoœ uważa, że robię to dobrze, to mi za to płaci. Moim zdaniem to jest fair. Jeżeli startowałbym w konkursach grantowych, to pewnie myœlałbym o tym, jaki grant ma szanse dostać dofinansowanie... Ale to by była strata czasu, a jest tyle ważnych rzeczy do zrobienia, że jeżeli mam z czego żyć, to wolę robić coœ naprawdę istotnego.

Pana praca interesuje wszystkie media, niezależnie od ich linii ideowej. Bywa pan w TVN, „Newsweeku", ale także w „Gazecie Polskiej". Gdzie jest panu bliżej?

Przed wyborami, gdy o fotel prezydenta walczyli panowie Komorowski i Kaczyński, zadeklarowałem, że nie jestem po żadnej stronie i wspieram Janusza Korwin-Mikkego. Dziœ nie powiedziałbym już żadnš miarš, że wspieram Korwin-Mikkego, ale tak czy inaczej staram się być poza podziałem na Hutu i Tutsi... Jeżeli chodzi o hasła polityczne, to mogę powiedzieć, że odpowiada mi pomysł polityki historycznej PiS. Uważam po prostu, że dla państwa bardzo istotne jest, by budować wspólnš œwiadomoœć ludzi na temat przeszłoœci i by była to taka œwiadomoœć, jaka jest pożšdana z perspektywy państwa. Natomiast partyjniactwo jest mi jak najbardziej obce; w żadnym razie nie chcę być funkcjonariuszem tej czy innej partii.

Marek Jerzy Minakowski jest doktorem filozofii, autorem Wielkiej Genealogii Minakowskiego, cyfrowej bazy genealogicznej obejmujšcej elity polskie od Piasta Kołodzieja do roku 2016


PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95


ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL