Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jacek Piechota: Na Ślšsku palono moje kukły

Ocena rzšdu Leszka Millera przez pryzmat afery Rywina jest niesprawiedliwa – uważa Jacek Piechota (w œrodku). Na zdjęciu (2003 rok) delegacja rzšdowa (Piechota jako minister gospodarki) idzie na spotkanie z pracownikami Stoczni Szczecińskiej Nowa. Ostatni wchodzi Andrzej Stachura, prezes stoczni.
Reporter/ Robert Stachnik
W 2005 roku rzšd Marka Belki zostawił następcom 5 mld zł nadwyżki budżetowej. Nasi koledzy z SLD chcieli wydać wszystko w czasie kampanii, bo nie zamierzali się przejmować stanem finansów publicznych po wyborach. Marek zdecydowanie powiedział „nie" - mówi w rozmowie z Plusem Minusem Jacek Piechota, minister gospodarki w rzšdach Leszka Millera i Marka Belki, poseł przez 22 lata.

Plus Minus: W grudniu ubiegłego roku zakończył się pana proces lustracyjny oczyszczajšcy pana z zarzutu, że nie ujawnił pan, iż współpracował z SB jako TW Robert?

Jacek Piechota: Proces wcale się nie skończył. Prokurator po raz drugi ostatniego dnia złożył apelację.

To jak się do pana zwracać: Jacek czy Robert?

Nie współpracowałem z SB, co dwukrotnie potwierdził sšd lustracyjny. Ten proces był dla mnie skróconš lekcjš historii z przełomu lat 70. i 80. Po studiach odbywałem rocznš służbę wojskowš, pełniłem obowišzki zastępcy dowódcy batalionu ds. politycznych. Osiem godzin spędzałem w wojsku, a po południu byłem społecznie komendantem harcerskiego hufca. To wtedy zostałem zarejestrowany przez SB jako TW Robert, o czym dowiedziałem się po latach. Niestety, w mojej teczce nie zachowały się żadne materiały na temat rzekomej współpracy.

Dlaczego SB miałaby pana zarejestrować?

Podczas rozprawy w sšdzie dowiedziałem się, że służby między sobš konkurowały – prawdopodobnie po to, żeby nie przejšł mnie wywiad wojskowy, SB zarejestrowała mnie jako swojego współpracownika. W czasie ostatniej rozprawy został wezwany przed sšd mój zastępca z harcerstwa, który, jak się okazało, też był zarejestrowany przez SB jako TW Waldemar. Jego teczka się zachowała. W 1983 lub 1984 roku SB wezwała go do złożenia wyjaœnień, gdyż jako komendant zimowiska poprowadził młodzież do koœcioła na mszę. Złożył wyjaœnienia, ale poproszono go o podpisanie zobowišzania do milczenia i na tej podstawie zarejestrowano go jako tajnego współpracownika, o czym dowiedział się dopiero podczas mojej rozprawy!

Sšd orzekał w pana sprawie w trzyosobowym składzie. Dwóch sędziów było za oczyszczeniem pana z zarzutu kłamstwa lustracyjnego, a jeden nie.

Przewodniczšcy składu. Podczas tego procesu zachowywał się przedziwnie. Miałem wrażenie, że koniecznie chciał udowodnić, że byłem TW. Podczas pierwszej rozprawy wezwano œwiadka, harcerza z mojego hufca, którego chciano wyrzucić z ZHP za to, że organizował życie religijne. Ja twardo go broniłem, choć uważałem, że harcerstwo powinno być neutralne pod względem œwiatopoglšdowym. Chłopak po pięciu latach sam odszedł z ZHP. W sšsiednim hufcu za to samo, w tym samym czasie wyrzucono innego instruktora. To przewodniczšcemu nie wystarczyło. Tak czy inaczej współpracy mi nie udowodniono, a cały ten proces jest wojnš o pietruszkę. Nawet gdybym został uznany za kłamcę lustracyjnego, to grozi mi 5-letni zakaz pełnienia funkcji publicznych, a ja już funkcji publicznych długo nie pełniłem i nie mam zamiaru więcej tego robić.

Pana nazwisko znalazło się też na liœcie Antoniego Macierewicza w 1992 roku. Posłowie odbierali wtedy koperty z informacjš, czy znaleŸli się na liœcie. Co pan myœlał, idšc po swojš kopertę?

Nie odbierałem swojej koperty, bo akurat leżałem ciężko chory w domu na żółtaczkę wszczepiennš. Słynnš noc teczek oglšdałem w telewizji i do dzisiaj nie mogę tego zapomnieć. O drugiej w nocy zadzwonił do mnie mój poselski asystent i mówi: wiesz, nie przejmuj się, ale jesteœ na liœcie Macierewicza. Całš noc nie spałem, bo nie wiedziałem, o co chodzi, dlaczego znalazłem się na tej liœcie. Po miesišcu, gdy wróciłem do Sejmu, okazało się, że w mojej teczce niczego nie ma. PóŸniej wielokrotnie składałem oœwiadczenia lustracyjne i nigdy nikt ich nie kwestionował. Ale w 2007 roku zmieniła się ustawa lustracyjna, w postępowaniu IPN wyłšczono domniemanie niewinnoœci, a ponieważ były nieœcisłoœci w zeznaniach oficerów, które może rozstrzygnšć tylko sšd, to od paru lat jestem lustrowany.

Na dodatek pana nazwisko przewija się w sprawie tajnych kont lewicy w Szwajcarii. Pan podobno ma na nich 11 mln dolarów.

Wie pani, że ten przewodniczšcy składu sędziowskiego na moim procesie lustracyjnym przeczytał fragment artykułu z jakiejœ prawicowej gazety dokładnie na ten temat i pytał, czy ja z tego powodu nie byłem szantażowany? Potem artykuł włšczył do akt sprawy. Powiedziałem: wysoki sšdzie, to jest tylko medialne doniesienie. Zostałem gruntownie przeœwietlony pod względem majštkowym. Dwoje agentów CBA przez półtora roku zebrało ponad 1700 dokumentów z informacjami o moich kontaktach, jakie miałem dochody, jakie wydatki, czy mam jakiekolwiek udziały lub papiery wartoœciowe itd. Przeszukano moje mieszkanie, biura, nawet nasz domek letniskowy. Przetrzšœnięto dyski komputerowe. W rezultacie otrzymałem solidne œwiadectwo moralnoœci, że nigdy nie złamałem prawa.

Ale znał pan Petera Vogla, słynnego kasjera lewicy?

W 1995 roku poznałem człowieka, który oficjalnie występował w polskim Sejmie jako przedstawiciel holenderskiego Telekomu. Organizował wyjazd do Holandii dla grupy posłów, którzy zajmowali się prawem telekomunikacyjnym, a ja byłem w tej grupie. Po latach ten człowiek wrócił do Polski jako szwajcarski bankier.

To był właœnie Peter Vogel?

To był Peter Vogel, który przyjaŸnił się z wieloma politykami, nie tylko z lewicy. Poznałem go przez polityków Unii Wolnoœci. I wiem na pewno, że jeżeli w ogóle był czyimœ kasjerem, to nie lewicy. Przez lata byłem szefem komisji finansowej SdRP i z żadnymi przepływami finansowymi z jego udziałem się nie spotkałem.

Wróćmy do poczštków pana kariery politycznej. W PRL zasiadał pan w Sejmie IX kadencji i był najmłodszym posłem PZPR. Czy w Sejmie X kadencji, tzw. kontraktowym, nie było panu trochę głupio, że taki młody człowiek jak pan znalazł się w towarzystwie partyjnego betonu?

Byłem pierwszym posłem z PZPR, z którym red. Ewa Milewicz przeprowadziła wywiad dla „Gazety Wyborczej". Adam Michnik spytał mnie wtedy, co z moimi poglšdami robiłem w PZPR? Odpowiedziałem mu: „Gdybym się urodził wczeœniej, tak jak pan, tobym pewnie należał do opozycji, gdybym się urodził póŸniej, tobym nigdy do PZPR nie wstšpił. Ale urodziłem się w konkretnym czasie, działałem w ZHP i dzięki legitymacji PZPR dużo więcej mogłem załatwić dla moich harcerzy".

Mógł pan wystšpić z partii, gdy wybuchła Solidarnoœć. Wielu tak robiło.

Nie chciałem być szczurem uciekajšcym z tonšcego okrętu, ale nigdy nie popierałem konfrontacyjnej linii partii. Pamiętam naradę młodych działaczy PZPR w Hali Oliwii, w 1983 roku, czyli jeszcze w stanie wojennym. Tam przez dwa dni młodzi działacze mówili, że „my teraz damy odpór", „pokażemy, iż najlepsza Solidarnoœć to martwa Solidarnoœć". A ja wystšpiłem z głosem totalnie odwrotnym i to w obecnoœci generała Wojciecha Jaruzelskiego. Mówiłem, że wraca stare, cytowałem w czasach szalejšcej cenzury za gazetkš NZS, że „cenzura, podobnie jak niewolnictwo, nigdy nie będzie prawem, chociażby istniała tysišce razy w formie ustaw". A gdy w 1985 roku konstruowano listy do Sejmu, Jaruzelski sobie o mnie przypomniał, spytał w Szczecinie, jak tam ten młody harcerz, czy ma jakieœ szanse w wyborach, i tak zostałem posłem.

To pewnie był pan zadowolony z tego, że Wojciech Jaruzelski został prezydentem w 1989 roku.

Zdecydowanie tak. Uważałem, że ten wybór gwarantował realizację uzgodnień Okršgłego Stołu. W PZPR był ogromny opór przeciwko tamtemu porozumieniu. To nie było tak, że cała „nasza" strona z ochotš zaakceptowała Okršgły Stół. Nikt nie myœlał w kategoriach, że oddajemy władzę i dzięki temu załatwimy sobie stanowiska i spółki nomenklaturowe. Wielu ówczesnych działaczy twardo wypowiadało się przeciwko oddaniu władzy. Sam to słyszałem w klubie poselskim PZPR.

Co z tego, że tak mówili? Przecież było już po wyborach, Solidarnoœć weszła do Sejmu.

Ale PZPR cišgle dysponowała realnš siłš – wojsko, milicja, służby. Wybór generała na prezydenta gwarantował, że nie wrócš niedemokratyczne zachowania.

Jednak Jaruzelski był twórcš stanu wojennego. Strona solidarnoœciowa miała po tym wyborze kaca.

Rozumiałem to doskonale, ale chęć odwetu nie może przekreœlać możliwoœci budowania przyszłoœci. A przecież lepiej buduje się dzięki porozumieniu niż w totalnej walce. W czasie wyboru Jaruzelskiego przez Zgromadzenie Narodow, siedziałem obok marszałka Sejmu Mikołaja Kozakiewicza, który totalnie gubił się w procedurach. Ja byłem sekretarzem, ale miałem już czteroletnie doœwiadczenie parlamentarne, dlatego starałem się podpowiadać Kozakiewiczowi, co robić. Ale nie wiedziałem, że profesor nie dosłyszał na jedno ucho – to z mojej strony. A on cišgle się odwracał do mnie drugim uchem i pytał głoœno: „co"?, więc ja odpowiadałem głoœniej. W jednej z przerw podszedł do mnie Paweł Łšczkowski z OKP i mówi: Panie poœle, marszałek Kozakiewicz pana nie słyszy, ale mikrofony œwietnie wszystko zbierajš. My tu już w klubie mówiliœmy, żeby pan poprowadził zgromadzenie (œmiech).

Miał pan kontakt z Jaruzelskim, gdy został prezydentem?

Tak. Był taki moment w 1990 roku, gdy generał już jako prezydent miał na zamku w Szczecinie spotkanie ze œrodowiskami opozycyjnymi. PóŸniej spotkał się ze mnš i widziałem, jak był psychicznie skopany po tym poprzednim spotkaniu. Mówił do mnie per „towarzyszu" i sumitował się, że to do takiej formy jest przyzwyczajony. Pytał mnie, jak oceniam szanse naszej Socjaldemokracji RP. Odpowiedziałem mu wtedy, że najlepszy wiek dla polityka to jest pięćdziesišt lat, ja mam trzydziestkę, więc jak nadejdš te dobre czasy dla lewicy, to akurat będę w najlepszym wieku. Generał się rozeœmiał, a dwa lata póŸniej, gdy promował swojš ksišżkę, znowu się ze mnš spotkał i powiedział: „Towarzysz dwa lata temu ocenił, że trzeba czekać 20 lat na lepsze czasy dla lewicy, a niech towarzysz spojrzy, jak to szybko się zmienia".

W Sejmie II kadencji, kiedy wygraliœcie wybory, o mało co nie został pan ministrem.

To prawda. Miałem zostać ministrem łšcznoœci. Tš tematykš zaczšłem się interesować w 1991 roku. Byłem pierwszym posłem, który biegał z pagerem po Sejmie. Po wyborach w 1993 roku poprosił mnie do siebie Aleksander Kwaœniewski i mówi, że uzgodnił z Waldemarem Pawlakiem, iż zostanę ministrem łšcznoœci. Po czym na rozmowę zaprosił mnie Pawlak, ale propozycja ministrowania nie padła. To był pierwszy sygnał, że Waldek zaczyna kręcić. Zaoferował mi stanowisko wiceministra, ale odpowiedziałem mu wtedy, że wejœcie do rzšdu za wszelkš cenę mnie nie interesuje.

Dlaczego nie?

Miałem jeszcze wtedy wiele do zrobienia w moim regionie. Nie pocišgała mnie praca urzędnika wykonawczego. Co innego, gdybym mógł realizować swojš wizję rozwoju telekomunikacji. Na to Waldek: to napisz, co chciałbyœ zrobić. PóŸniej się okazało, że tak kończył każdš rozmowę z kandydatem na ministra i w ten sposób przygotowywał swoje exposé. Ale wówczas tego nie wiedziałem i napisałem program rozwoju łšcznoœci dla Pawlaka. Poszedłem też do Kwaœniewskiego, żeby go uprzedzić, że uzgodnienia koalicyjne nie sš przez Waldka honorowane. PóŸniej sytuacja coraz bardziej się zaogniała.

Spięcia w waszej koalicji były słynne.

No właœnie. Niby mieliœmy koalicję, a Aleksander w żadnej sprawie nie mógł się dogadać z premierem. Z tego powodu był nieustannie atakowany przez naszych działaczy, którzy się irytowali, dlaczego jeszcze nie załatwił tego czy tamtego. Któregoœ dnia na posiedzeniu Rady Krajowej pod ostrzałem takiej krytyki Kwaœniewski nie wytrzymał i palnšł: „przyjmijcie do wiadomoœci, że premier Pawlak dzieli problemy na dwie kategorie – pierwsze to problemy nierozwišzywalne i nie ma się co za nie zabierać, a drugie to takie, które jak poleżš, to się same rozwišżš, a więc też nie ma się co za nie brać. Innych problemów premier Pawlak nie uznaje". To oczywiœcie dotarło do Pawlaka i nie poprawiło wzajemnych relacji w koalicji.

Został pan ministrem gospodarki dopiero w rzšdzie Leszka Millera, a póŸniej Marka Belki. Czy była jakaœ różnica w pracy z tymi dwoma premierami?

Leszek Miller pracował zadaniowo, miał wizję tego, co trzeba zrobić, domagał się jej realizacji i nie zawsze wspierał. Marek Belka był co prawda profesorem, a z profesorami w większoœci jest tak, że zawsze muszš mieć rację. Rzadko przyznajš się do błędów albo nie przyznajš w ogóle. Ale z Markiem było inaczej – burza mózgów i wspólne poszukiwanie rozwišzań. Często bywało tak, że potrafił przy nas zweryfikować swoje poczštkowe stanowisko. Poza tym on był przede wszystkim państwowcem. Nigdy nie myœlał w kategoriach partyjnych. Leszek w dużej mierze kierował się sondażami. Bywało, że posiedzenia Rady Ministrów zaczynały się od analizy – ile nam spadło w sondażach i dlaczego. Bardzo przeżyłem odejœcie Marka Belki z funkcji wicepremiera w rzšdzie Millera. Tym bardziej że zastšpił go Grzegorz Kołodko.

Nie cenił pan profesora Kołodki?

Nie o to chodzi. Marek mówił, jak jest – że czeka nas ciężka praca, żeby gospodarkę i finanse wyprowadzić na prostš po kryzysie 2001 roku. Że trzeba przejœć przez trudne i niepopularne decyzje, zaciskać pasa. A Grzegorz Kołodko mówił, że wszystko będzie lżej, łatwiej i przyjemniej.

I było?

Było różnie. Pierwszš decyzjš Kołodki było rozwišzanie zespołu odpowiedzialnego za restrukturyzację sektorów gospodarki, powołanego przez Belkę na mój wniosek. Moim zdaniem ten zespół miał sens, bo trudno wyobrazić sobie restrukturyzację górnictwa czy hutnictwa, za które odpowiadałem, bez udziału ministra finansów, ministra pracy czy ministra skarbu sprawujšcego nadzór właœcicielski. A prof. Kołodko nie chciał w takim zespole pracować – tam musiałby być jednym z kilku ministrów. Indywidualnie zapraszał do siebie ministrów i ustawiał ich do pionu, bo on był wicepremierem, a my byliœmy realizatorami jego wizji. Osobiœcie miałem dobre relacje z Kołodkš, ale wolałem pracę w zespole Belki. Potem Marek jako premier pokazał, ze kieruje się długofalowymi perspektywicznymi celami, a nie doraŸnymi wyzwaniami wyborczymi, czego szczególnym przykładem było pozostawienie w 2005 roku następcom 5 mld zł nadwyżki budżetowej. Nasi koledzy z SLD chcieli wydać wszystko w czasie kampanii, bo nie zamierzali się przejmować stanem finansów publicznych po wyborach. Marek zdecydowanie powiedział „nie".

Rzšd Leszka Millera odszedł w niesławie obarczony licznymi aferami, m.in. aferš Rywina.

Na temat afery Rywina niewiele wiem. Byłem całkowicie obok tej historii. Nie rozumiałem jej i nie wiedziałem do końca, o co w niej chodzi.

Jak to możliwe? Przecież był pan w rzšdzie i musiał pan być uczestnikiem dyskusji o ustawie medialnej, która była praprzyczynš afery Rywina.

Gdy objšłem urzšd, to Ministerstwo Gospodarki obejmowało całe obecne Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Energii i turystykę. W swoim resorcie miałem huk roboty i nie zwracałem uwagi na inne sprawy. Wtedy upadały kopalnie, huty, stocznie i mieliœmy zerowe tempo wzrostu. Gasiłem pożary w kraju, a koledzy z Sejmu nazywali mnie pierwszym strażakiem RP. Potem jeszcze Miller w ramach programu „tańsze państwo" połšczył Ministerstwo Gospodarki z pracš i politykš społecznš. Zwalczałem ten pomysł od poczštku, bo wcale nie było taniej, a poza tym przez pół roku łšczyliœmy struktury obu ministerstw i nie mieliœmy czasu na nic innego. Odpowiadałem za restrukturyzację górnictwa, co wywoływało ogromne emocje. Żona mnie błagała, żebym nie jechał na Œlšsk, bo tam palš moje kukły. A gdy szedłem na spotkanie ze zwišzkowcami, borowiec mnie instruował, żebym w razie czego nie uciekał tylnymi drzwiami, bo górnicy na pewno je zablokujš, tylko tymi naprzeciwko, bo tam sš nasi ludzie. Takie miałem historie na głowie. I uważam, że ocena rzšdu Leszka Millera przez pryzmat afery Rywina jest niesprawiedliwa.

Dlaczego?

Mieliœmy porażki, ale i wielkie sukcesy. Sukcesem było zakończenie negocjacji w sprawie warunków przystšpienia Polski do Unii Europejskiej. Premier Jerzy Buzek mógł się do woli chwalić, ile to wynegocjował, ale sprawy najtrudniejsze przypadły naszemu rzšdowi. Ja sam odpowiadałem za kwestię restrukturyzacji hutnictwa czy rozwišzanie problemu specjalnych stref ekonomicznych, których likwidacji w Polsce żšdała przed akcesjš Komisja Europejska. O to toczyły się ciężkie boje. Leszek Miller był zdeterminowany, żeby doprowadzić do zakończenia negocjacji. Obrady rzšdu zaczynały się od informacji Danki Huebner, kto czego nie zrobił na czas, a potem premier każdego z nas rozliczał i to jego żelazna konsekwencja pozwoliła zamknšć negocjacje. A to, że doszło do wewnętrznych sporów w SLD, że Marek Borowski zaczšł kwestionować pewne sposoby działania, no to na to nie ma rady. Tak się po prostu stało.

Pana ostatnia kadencja w Sejmie to były lata 2005–2007.

To była kompletna porażka. Naładowany wiedzš i doœwiadczeniem chodziłem do mediów, żeby się wypowiadać jako ekspert i szybko się zorientowałem, że nikogo w Sejmie nie obchodzi, co mam do powiedzenia, bo byłem z opozycji. Chętniej słuchano niedoœwiadczonych posłów Samoobrony, bo oni byli z partii rzšdzšcej, niż mnie. Chciałem nawet zrezygnować z mandatu, bo uznałem, że siedzenie w Sejmie w ławach opozycji nie ma sensu. Dlatego w 2006 roku wystartowałem na prezydenta Szczecina. To miało być takie moje odejœcie z wielkiej polityki, ale wybory przegrałem, bo już wówczas wygrywał szyld PO.

Ale kandydował pan jeszcze do Senatu w 2011 roku.

Po tylu latach w polityce sam naiwnie uwierzyłem w ideę okręgów jednomandatowych, które miały promować lokalne autorytety, a nie partyjne szyldy. Niestety, ta idea była zbyt piękna, żeby mogła być prawdziwa. Byłem najbardziej rozpoznawalnym kandydatem na senatora, na drugim miejscu był Artur Balazs, a na samym końcu rankingu znalazł się poseł PO i... to właœnie on wygrał. Ja miałem drugi wynik. Mogę sobie powinszować, że wygrałem z Arturem, który włożył w kampanię ogromne pienišdze i zapewnił sobie poparcie hierarchów koœcielnych. Arcybiskup na dożynkach mówił o jedynie słusznym senatorze, dziekani rozwieszali jego plakaty na płotach koœciołów, oœrodek telewizji atakował mnie wyjštkowo jadowicie. Wszystko na nic. Wyborcy przede wszystkim pytali: z jakiej pan jest partii. Po tamtych wyborach skończyłem z działalnoœciš politycznš. Dzisiaj realizuję się jako prezes Polsko–Ukraińskiej Izby Gospodarczej, swoim doœwiadczeniem służšc po obu stronach granicy.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL