Plus Minus

Koncerny silne jak państwa. Kto rządzi światem?

Antykorporacyjny ruch Occupy Wall Street jest już tylko wspomnieniem (na zdjęciu protest w Los Angeles w 2011 r.). Kto ma teraz ambicje okiełznać potęgę wielkich koncernów?
Reuters/Forum
Odradzanie się państw narodowych prowadzi je do konfliktu z koncernami międzynarodowymi. Konfrontacja wydaje się nieunikniona. Za korporacjami stoi pieniądz, wiedza i sprawność. Za państwami prawo do stanowienia o przyszłości ich obywateli.

Październikowy ranek na cichej londyńskiej uliczce niedaleko parku Świętego Jakuba. Ubrany w drogi, dobrze skrojony granatowy garnitur, wychowany w Libanie Brazylijczyk wychodzi w towarzystwie obstawy z budynku przy 10. Downing Street. Właśnie skończył rozmowę z premier Wielkiej Brytanii Theresą May. To prezes Nissana Carlos Ghosn, który zaledwie kilka dni wcześniej zakomunikował, że jeśli Brytyjczycy wyjdą z Unii Europejskiej, wszystkie inwestycje koncernu na Wyspach zostaną wstrzymane. Co więcej, Nissan i Renault będą domagały się odszkodowania od rządu w Londynie za wszelkie straty, jakie z powodu Brexitu koncern poniesie.

– Po naszym owocnym spotkaniu jestem pewien, że rząd w Londynie zagwarantuje, że Wielka Brytania będzie konkurencyjnym miejscem do robienia biznesu. Oczekuję kontynuacji korzystnej współpracy między Nissanem a rządem Wielkiej Brytanii – podsumował spotkanie Ghosn.

Ten obrazek nie powinien dziwić. Korporacje międzynarodowe w ciągu ostatnich 20–30 lat urosły w siłę. Dyktowanie warunków państwom, gdy ich polityka zagraża interesom koncernów, już dawno przestało być rzadkością. – W tym czasie aż kilkaset największych firm stało się graczami politycznymi, będąc architektami światowego społeczeństwa – podkreśla prof. Paul H. Dembinski, dyrektor think tanku Observatoire de la Finance w Genewie. Z jego wyliczeń wynika, że 800 największych niefinansowych firm świata tworzy ok. 50 proc. światowego PKB. Przypada na nie 60 proc. globalnej kapitalizacji giełdowej.

A to zaledwie fragment światowego pejzażu korporacyjnego, są przecież jeszcze potężne instytucje finansowe. Przychody 500 największych firm globu z prestiżowego rankingu magazynu „Fortune" wahają się w ostatnich latach w okolicach 40 proc. wartości produkcji całej globalnej gospodarki. – Przestańmy więc udawać, że żyjemy w świecie doskonałej konkurencji – dodaje Dembinski.

Droga do potęgi

W budowie globalnej potęgi pomógł koncernom rozwój gospodarki wolnorynkowej, rynków kapitałowych oraz stopniowe znoszenie barier w handlu międzynarodowym. Po upadku bloku radzieckiego, prorynkowej przemianie Chin oraz końcu wielu niedemokratycznych reżimów z Trzeciego Świata nagle wolny rynek zawitał do większości państw świata. Szukając pieniędzy na inwestycje, zarówno na przejęcia konkurentów, jak i innowacje, firmy trafiały na giełdy. Podstawowy cel działania przedsiębiorstwa, wypracowanie zysku, został w ten sposób zwielokrotniony – inwestorzy na rynkach kapitałowych oczekują bowiem stałej, długoterminowej poprawy kondycji firmy, w którą inwestują. A więc przede wszystkim rosnących przychodów i stabilnych zysków. To skłoniło firmy do szukania m.in. sposobów na obniżanie kosztów, a wolny handel umożliwił im poszukiwanie ich w skali globalnej. Im większa zaś skala działania, tym większe szanse na utrzymywanie stabilnych zysków. Międzynarodowe korporacje pęczniały, przejmując mniejszych konkurentów.

– Liczba spółek notowanych na Wall Street od 20-30 lat maleje, natomiast średnia kapitalizacja giełdy rośnie, i to szybciej niż gospodarka – mówi Maciej Bitner, główny ekonomista WISE Europa. – Firm robi się mniej, ale za to robią się większe. W ten sposób jest im łatwiej ze sobą się dogadywać. I każda pojedyncza ma większą siłę – dodaje.

To dogadywanie się, na wielu rynkach, przybiera chociażby formę zmów cenowych naruszających dobro obywateli, które akurat wolny rynek miał chronić. Jedną z coraz ważniejszych ról państw staje się więc ściganie nieuczciwych firm. Tylko w ubiegłym roku Komisja Europejska nałożyła 4 mld dol. euro kar za zmowy cenowe – wynika z wyliczeń kancelarii Allen & Overy. To dziesięciokrotnie więcej niż w 2015 r.

– Na większości rynków mamy do czynienia z przykładami oligopolistów, a nie z przedstawicielami rynków doskonale konkurencyjnych – zauważa Paul H. Dembinski. Co znaczy, że zamiast wielu firm rynkiem rządzi tylko kilka.

Władza pieniądza

Swoją siłę wobec instytucji państwowych duże firmy testują na co dzień. Najlepszym przykładem jest polska luka w podatku VAT. Do kasy państwa rokrocznie nie trafia ok. 40–50 mld zł należnego podatku. Część z tego to ewidentne oszustwa, jak karuzela podatkowa, a część efekty różnego typu tzw. optymalizacji podatkowych. Niepłacenie podatków na taką skalę jest niczym innym jak próbą sił między firmami a państwem. To i tak drobiazg w porównaniu z siłą koncernów.

Optymalizacja podatkowa to jedno z narzędzi polityki koncernów międzynarodowych. W gruncie rzeczy sprowadza się ona do unikania obciążeń wymaganych od nich przez państwo, na terenie którego działają, i poszukiwania w systemie podatkowych słabszych ogniw, czyli krajów o mniejszych wymaganiach. – Kraje były dotychczas nieco bezradne wobec korporacji, bo z jednej strony państwa tworzą prawo, a z drugiej korporacja może wykorzystywać wszelkie luki w tym prawie – mówi prof. Witold Orłowski, rektor Akademii Vistula.

Z wyliczeń organizacji Citizens for Tax Justice wynika, że 300 największych amerykańskich koncernów trzymało w 2015 r. w rajach podatkowych 2,4 bln dol. ukrytych zysków. Teoretycznie oznacza to, że nie zapłaciły w USA podatków o wartości ok. 690 mld dol.

Skalę patologii w Europie ujawniła afera LuxLeaks z 2014 r. Z ujawnionych wówczas dokumentów wynikało, że Luksemburg przez lata udzielał arbitralnie ulg podatkowych dużym korporacjom, byleby tylko te płaciły w tym państwie podatki ze swojej międzynarodowej działalności. W tym czasie premierem Luksemburga był obecny szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Zarządzanie państwem to we współczesnych czasach ciągła walka o zrównoważenie przychodów i wydatków. Edukacja, służba zdrowia, policja, wojsko – wszystko słono kosztuje. Praktycznie każdy kraj na świecie musi się co pewien czas mierzyć z deficytem budżetowym. Dla większości państw jest to stan permanentny. Nawet w bogatej Europie nadwyżka to rzadkość – w ubiegłym roku z grona krajów unijnych tylko Niemcy, Luksemburg i Estonia były na plusie. Nadwyżki tych dwóch ostatnich, małych krajów były jednak symboliczne. Uważane za krezusa Europy Niemcy przez ostatnie 20 lat były średnio pod kreską o 2,1 proc. PKB.

Uznawany za krytyczny dla długoterminowej równowagi finansów publicznych państw próg deficytu na poziomie 3 proc. PKB, i zapisany w unijnych traktatach jako maksymalny, regularnie przekracza grupa sześciu–ośmiu państw, w tym Polska. Jesteśmy w doborowym towarzystwie – bo z Francją, Wielką Brytanią i Hiszpanią.

Innymi słowy państwa ciągle potrzebują pieniędzy na realizację swoich zobowiązań wobec obywateli. Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku koncernów, które obowiązków społecznych nie mają. 500 największych firm świata miało w 2015 r. 1,5 bln dol. zysku. Prawie 250 razy więcej niż Berlin nadwyżki budżetowej w ubiegłym roku. Ich przychody były prawie 20-krotnie wyższe niż wpływy do niemieckiej kasy państwa.

– Pieniądz jest decydujący, gdy po drugiej stronie nie ma pieniądza – mówi Maciej Bitner, choć podkreśla, że to nie pieniądz wygrywa wybory. Zdaniem doradcy politycznego Eryka Mistewicza już dawno siła niektórych korporacji przeskoczyła siłę państw. – Jeszcze kilka państw się broni, głównie tych dużych – dodaje Mistewicz.

Aby finansować deficyty, państwa się zadłużają. Z różnych szacunków wynika, że ok. 30–40 proc. z 60 bln dol. długów wszystkich krajów świata jest w rękach prywatnych, głównie instytucji finansowych. W jakimś sensie państwa na stałe uzależniły się więc od pieniędzy korporacji.

Koncerny potrafią wykorzystywać swoją przewagę ekonomiczną w kontaktach z państwami. Ich inwestycje oznaczają zwykle tysiące miejsc pracy. Politycy, którzy siadają z nimi do negocjacji, doskonale zdają sobie sprawę, że przyciągnięcie zamożnego inwestora będzie traktowane jako ich sukces. W końcu rodziny tych, którzy pracę znaleźli, to potencjalni wyborcy. A polityk musi dbać o popularność.

– Korporacje dysponują miękkim szantażem. Wybudowanie fabryki w danym kraju uzależniają często od spełnienia jakichś warunków. W pewnym sensie jest to pojedynek równych – uważa prof. Orłowski.

Najdobitniej widać to w inwestycjach motoryzacyjnych. Od kilkunastu lat trwa rywalizacja miedzy Czechami, Polską, Słowacją i Węgrami o pieniądze inwestorów z tej branży. W każdym przypadku rządy poszczególnych krajów i władze lokalne ponosiły koszty budowy infrastruktury, wieloletnich ulg podatkowych, a nawet bezpośredniej pomocy publicznej. Spektakularnym przykładem z ostatnich lat jest choćby inwestycja Tata Motors, który buduje fabrykę na Słowacji. Jej wartość to ok. 7 mld zł. W trakcie negocjacji Polska oferowała podobno ok. 350 mln zł wsparcia. Okazało się to jednak zbyt mało i Hindusi wybrali słowacką Nitrę.

Siła finansowa ma więc znaczenie. – Szczytowym momentem pokazującym, jak świat korporacji może wpływać na państwo, był upadek rządu Berlusconiego we Włoszech. Powszechnie uważano, że nastąpił on z powodu wotum nieufności wyrażonego przez rynki finansowe – mówi prof. Orłowski.

Próba sił

Jedna z poważniejszych konfrontacji między korporacjami a państwami odbywa się właśnie na naszych oczach. Zapowiedzi nałożenia karnych ceł na towary amerykańskich firm produkowane poza granicami USA, wyjścia Waszyngtonu z podpisanych układów o wolnym handlu czy kontrowersyjny zakaz wjazdu do Stanów obywateli siedmiu państw wzbudzają za oceanem zaniepokojenie biznesu.

– Jesteśmy świadkami próby sił. Donald Trump wywiera bezpośredni nacisk na korporacje, zmuszając je do zmiany strategii biznesowych, pod groźbą dość niejasnych konsekwencji – podkreśla prof. Orłowski.

Pięć globalnych firm technologicznych – Google, Apple, Facebook, Twitter i Microsoft – wystosowały nawet do Trumpa list, w którym sugerowały znalezienie innego sposobu na rozwiązanie problemu napływu potencjalnych terrorystów niż zakazanie wjazdu do USA wszystkim obywatelom danych państw. Prezes Ubera Travis Kalanick, będący jednym z doradców Trumpa, odbył z nim nawet rozmowę na ten temat. Pomysł prezydenta skrytykowali jednak także prezesi Tesli, Amazona i Adobe. Wielu z nich podkreślało, że Ameryka to kraj zbudowany przez emigrantów, którymi byli ich też ich przodkowie.

– To próba pokazania Trumpowi, kto ma większą siłę. Trafiła kosa na kamień. Tyle że wygląda na to, że Trump się siły korporacyjnej nie przestraszy. To będzie ciekawe starcie – uważa Eryk Mistewicz.

Bez względu na to, kto ma rację w tym sporze, taki zbiorowy protest koncernów przeciwko polityce imigracyjnej, będącej przecież domeną państw, to rzadkość. Zwłaszcza że najczęściej stosowaną przez nie formą nacisku jest różnego typu lobbing. W USA i Unii Europejskiej jest on zresztą usankcjonowany. W ubiegłym roku zarejestrowanych było w Waszyngtonie ponad 11 tys. lobbystów. W szczytowym 2007 r., zaraz przed wybuchem kryzysu finansowego, było ich 14,8 tys. Oficjalnie rejestrowane wydatki lobbingowe to ponad 3 mld dol. rocznie. W Brukseli szacuje się je na ok. 1 mld euro rocznie. Nieoficjalne nawet trudno oszacować.

Jeszcze w trakcie wyborów Donald Trump zapowiedział ograniczenie wpływu lobbystów. Słowa dotrzymał – od 29 stycznia każdy zatrudniony w Białym Domu musi podpisać klauzulę pięcioletniego zakazu pracy jako oficjalny lobbysta. Z kolei przez dwa lata nie może wywierać żadnych lobbystycznych nacisków na jakiegokolwiek przedstawiciela władz federalnych. Dodatkowo pracownicy Białego Domu mają dożywotni zakaz pracy na rzecz innych rządów lub partii politycznych.

– Nagle może się okazać, że Trump broni najtwardszych interesów państwa i obywateli w zwarciu z korporacyjnymi hydrami. Po 20–30 latach softpolityki i powszechnej szczęśliwości przechodzimy do etapu, w którym Trump mówi: „a gdzie rola państwa?" – podkreśla Mistewicz.

Zakulisowe naciski

Otwarty i ukryty lobbing możliwy jest dzięki coraz większemu przenikaniu się biznesu i polityki. Pewien poziom kompetencji dotyczących funkcjonowania gospodarki i świata finansów jest niemożliwy do osiągnięcia bez doświadczenia w biznesie. Tym bardziej że oznacza ono rozbudowane kontakty, popularny obecnie networking, tak istotny w dzisiejszych, nastawionych na karierę czasach.

Stanowiska ministrów ds. gospodarczych i finansowych w krajach rozwiniętych zwykle zajmują ludzie, którzy mają za sobą karierę w dużych korporacjach. Najbardziej spektakularny przykład to funkcja amerykańskiego sekretarza skarbu, której od dekad nie pełnił nikt, kto nie miał za sobą pracy dla instytucji finansowych. W jej przypadku kuźnią kadr dla Białego Domu jest bank inwestycyjny Goldman Sachs. Bank ten walnie przyczynił się do ostatniego kryzysu finansowego w USA, czego dowodem jest choćby ubiegłoroczna ugoda z Departamentem Sprawiedliwości warta 5,6 mld dol. Paradoksalnie to pracujący przez 30 lat dla Goldmana były jego prezes Henry Paulson jako sekretarz skarbu musiał gasić pożar wywołany przez jego instytucję. A pożar gaszono głównie „drukowaniem dolarów", czyli niejako na koszt rządu federalnego. Nie przeszkodziło to jednak mianować Trumpowi na to stanowisko kolejnego byłego bankiera z Goldmana – Steve'a Mnuchina.

– Funkcję sekretarza skarbu czy handlu powinien sprawować polityk. Ktoś, kto się na tym zna, bo np. zajmował się tym przez kilkanaście lat w Kongresie, ale jednak jest reprezentantem wyborców. To, że stanowiska te zajmują byli pracownicy sektora finansowego, jest patologiczne – uważa Maciej Bitner.

Erykowi Mistewiczowi tacy nominaci przypominają agentów wpływu. – Widoczne są próby wstawienia przez korporacje do systemu demokratycznego swoich reprezentantów. To nie jest wcale trudne. Taki człowiek prędzej czy później będzie reprezentował korporację – podkreśla. I zwraca uwagę, że Stany nie są tu wcale wyjątkiem. – W Polsce wiceministrami zostają przedstawiciele kancelarii prawnych, później do nich wracają, a kancelarie obsługuje segment rynku, którym się zajmowali. Podobne patologie są widoczne w różnych krajach europejskich – mówi Mistewicz.

W Europie najgłośniejsze z nich to choćby objęcie przed laty wysokiego stanowiska w radzie spółki Nord Stream, kontrolowanej przez Gazprom, przez Gerharda Schroedera. Były kanclerz Niemiec do końca swojej kadencji lobbował za wybudowaniem Gazociągu Północnego, na którą to inwestycję jego rząd udzielił 1 mld euro gwarancji. Były przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso w ubiegłym roku wszedł do rady Goldman Sachs International, zaledwie dwa miesiące po tym, gdy skończył mu się 18-miesięczny zakaz zajmowania stanowisk w korporacjach. Mario Monti, były unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego i konkurencji i były premier Włoch, był już oficjalnie doradcą zarówno Goldmana Sachsa, jak i Coca Coli. Jest też członkiem Grupy Bilderberg, uważanej przez fanów teorii spiskowych za instytucję nieoficjalnie rządzącą światem.

Jego następczyni na stanowisku unijnego komisarza Neelie Kroes pracowała m.in. dla banku Merill Lynch, McDonald's czy koncernu telekomunikacyjnego Lucent. W ubiegłym roku Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy ujawniło tzw. Panama Papers, z których wynikało, że równocześnie z zasiadaniem w Komisji Europejskiej Kroes była prezesem zarejestrowanej w podatkowym raju na Bahamach spółki Mint Holdings. Unijne prawo zabrania łączenia funkcji komisarza z jakimkolwiek innym stanowiskiem dyrektorskim. Kroes wytłumaczyła się „przeoczeniem".

Coraz trudniej wyobrazić sobie kogoś, kto przez całą karierę jest politykiem. Sprawia to między innymi dyktat pieniądza, przejawiający się w dominacji wielkich firm na rynku pracy. To międzynarodowe koncerny wyciągają z uczelni najtęższe mózgi. Od dawna nie są to już tylko ekonomiści i prawnicy. Skala działania korporacji, koszty, jakie są skłonne ponosić w imię przyszłych zysków, sprawiają, że są w stanie zagwarantować najlepszym wysokie zarobki i ścieżki kariery wiodące do życiowego dobrobytu. Na dłuższą metę państwa nie są w stanie z nimi konkurować.

Koncerny są też w stanie płacić gigantyczne pieniądze za nazwiska, często wyrobione na politycznej niwie. Przyjęło się twierdzenie, że politycy też gdzieś muszą pracować. Coraz trudniej więc ustalić, czyje interesy reprezentują. W najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajach świata polityka powoli staje się domeną fanów władzy, sławy, osób, które chcą wykorzystać kilkuletnią obecność w rządzie do znalezienia wysoko płatnej pracy lub wciąż idealistów.

– Istnieje problem niskiego zaufania do polityków, kłopot z selekcją do tego zawodu. Ostateczny produkt tej selekcji nie do końca się nadaje do pełnienia niektórych stanowisk – uważa Maciej Bitner.

Potęga informacji

Monopol na najtęższe umysły przekłada się na dominację w poszczególnych obszarach wiedzy. Nie są to tylko wspomniane finanse i szeroko pojęta ekonomia. – Korporacje dominują ostatnio głównie w obszarze technologii, oddziałując na społeczeństwa. Państwa mają na te obszary niewielki wpływ. Korporacje rozdają karty w takich branżach jak transport, technologie medyczne, informatyka. A to obszary strukturyzujące życie planety w perspektywie następnych dekad – mówi Paul Dembinski.

Największe koncerny świata to firmy technologiczne. Te same, które rzuciły ostatnio wyzwanie polityce Trumpa. A bez wiedzy technicznej nie tylko trudno zrozumieć współczesny świat, ale też coraz trudniej w nim żyć. – Poprzez odchudzanie państwa rządy pozbyły się wiedzy technicznej. Dlatego, gdy chodzi o tematy techniczne, kontakty państw z korporacjami są coraz trudniejsze. Niektóre państwa chcą odwrócić ten trend – uważa Dembinski.

Dotychczas strażnikami bezpieczeństwa obywateli były państwa, mające monopol na aparat przymusu – czy to w postaci policji, czy wojska. To one zbierały o nas informacje niezbędne choćby w relacjach cywilno-prawnych – adres zamieszkania, data urodzenia, stan cywilny i wiele innych. Rewolucja cyfrowa całkowicie zmieniła warunki gry. To koncerny technologiczne gromadzą o nas gigantyczne ilości danych. Wiedzą najwięcej o naszych preferencjach czy zachowaniach. Często wchodzą też w posiadanie danych osobowych. Facebook przez lata wymuszał na właścicielach profili, by w portalu występowali pod swoim nazwiskiem. Ci, którzy robili inaczej, byli wyrzucani z tej społeczności. Równocześnie firma starała się pozyskać dane pozwalające na rozbudowę profilu – od daty urodzenia po numer telefonu.

– Z powodu technologii legislacja próbująca objąć np. prawa obywatelskie jest opóźniona nawet o kilkanaście lat – uważa Mistewicz.

Wydaje się, że przewaga wiedzy, talentów i siły ekonomicznej jest po stronie koncernów. Korporacje wydają się też sprawniejszymi organizacjami niż rządy. – Ich proces decyzyjny jest o wiele szybszy – mówi Eryk Mistewicz. – W porównaniu z państwami narodowymi korporacje są bardziej kreatywne. Szybko wprowadzają swoje decyzje w życie. Mają mniejsze opory, bo działają w warunkach mniejszej kontroli społecznej niż w przypadku państw. Mogą więc sobie pozwolić na znacznie więcej – dodaje.

Wyższa sprawność to też w pewnej mierze zasługa technologii. Koncerny nie tylko zbierają masę informacji, ale też są w stanie je szybko przetwarzać i analizować. Dodając do tego rewolucję komunikacyjną, której jesteśmy świadkami od dwóch dekad, głównie za sprawą internetu, zarządzanie dużymi organizacjami stało się prostsze. Internet umożliwia zdalne zarządzanie, analizowanie danych przyspiesza zaś proces decyzyjny. O ile ma się do tego odpowiednie zasoby. – Dzięki technologiom łatwiej jest też taką dużą firmą zarządzać. To sprawiło, że zaczęło się opłacać integrowanie coraz większych firm – mówi Bitner.

Nie jest tak, że korporacje nie mają swoich słabości. Najważniejszą jest nietrwałość. Egzystencję państw przerywają wojny, życie firm nie nadąża za rynkiem. To drugie zdarza się o wiele częściej. – Kapitalizm bardzo się zmienia. Nie wszystkie firmy są w stanie sprawnie się do tego dostosowywać. Korporacjom też co pewien czas pali się grunt pod nogami. Ich władza jest uzależniona od konsumentów, którzy kupują ich towary – podkreśla Maciej Bitner.

Ponadto korporacje, pomijając patologiczne zmowy cenowe, nie współpracują wcale ze sobą tak chętnie. By tak było, musi je bowiem łączyć wspólny cel biznesowy, a często są po prostu konkurentami. – Rzadko wspólnie działają, bo zwykle mają sprzeczne interesy. Interesy Facebooka i Google'a są zwykle kolizyjne – mówi Bitner.

– Koniec końców, jeśli nawet dochodziło do sporu między mocnym państwem i np. bankami, to i tak biznes musiał ustępować. Negocjował tylko znośne warunki tego kompromisu – podkreśla prof. Orłowski. Choć gdy kryzys finansowy ogarnął świat, to właśnie państwa wzięły na siebie jego koszty, byleby tylko nie doprowadzić do bankructw instytucji finansowych. To w nich w końcu były zgromadzone pieniądze milionów obywateli. A raty kredytów nie rozpłynęłyby się w powietrzu wraz z bankructwem banków.

Do kogo należy przyszłość

Kto w tej trwającej od ponad stulecia próbie sił będzie górą? Ostatnie lata to coraz silniejsze przebudzenie państw narodowych. Kontestacja globalizmu, a więc i globalnego biznesu, z debat i protestów antyglobalistów przeniosła się na poziom rzeczywistej polityki. Pod naciskiem grup obywateli uważających się za wykluczonych z wyścigu o dobrobyt politycy coraz częściej głoszą hasła izolacjonistyczne. Sprzyja temu rosnące rozwarstwienie dochodów – w systemie, w którym łatwiej pomnażać kapitał, niż budować go na dochodach z pracy, najzamożniejsze 10 proc. społeczeństw bogaci się szybciej niż pozostałe 90 proc. A większość rewolucji w historii ludzkości, i to zarówno tych krwawych, jak i bezkrwawych, była spowodowana poczuciem ekonomicznej krzywdy.

Niemal pewny Brexit, czyli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, możliwość Frexitu, czyli identycznej sytuacji we Francji, ostra krytyka handlu międzynarodowego ze strony jego największego gracza i beneficjenta, czyli Stanów Zjednoczonych, to efekty przebudzenia narodowych interesów. Stoją one w sprzeczności z interesami koncernów międzynarodowych. Sprzęgły się one jednak z interesami państw. Mniej międzynarodowej współpracy handlowej oznacza nie tylko niższe zyski koncernów, ale też pogorszenie się sytuacji budżetowej wielu państw. One również są beneficjentami tego handlu.

Korporacje i rządy nigdy nie były na tak kolizyjnym kursie jak obecnie. Czy wyłoni się z tego jakiś nowy ład? – Relacje z państwami będą dla koncernów coraz ważniejsze. One sobie z tego zdają sprawę – mówi Paul Dembinski. – Za cenę utrzymania korporacji, czyli uniknięcia ich dekonstrukcji, niektóre z nich będą skłonne zapłacić cenę, jaką byłaby nowa forma prawna ich działania – dodaje.

Jego zdaniem obecny status prawny koncernów nie odzwierciedla ani potrzeb społecznych, ani ich globalnego statusu. – Jedyną słuszną drogą wydaje się stworzenie statusu spółki uwzględniającego odpowiedzialność społeczną firm, jak i odpowiedzialność za wynalazki, które wprowadzają, ich efekty społeczne, a nawet politykę cenową. Z powodu swojej pozycji rynkowej, w wielu przypadkach oferują przecież dobra, które można nazwać dobrami publicznymi – postuluje Dembinski. Alternatywą pozostaje jego zdaniem erozja korporacji.

– Obecnie obowiązujący paradygmat prowadzenia biznesu już się kończy. Presja fiskalna na te przedsiębiorstwa ze strony państw jest obecnie duża. Bruksela od tego roku wymaga, by wielkie korporacje, mające swoje siedziby w Europie, ujawniały dokładnie strukturę ich biznesu. Do tej pory wiedzieliśmy o tych koncernach tyle, ile zdradzały nam w raportach finansowych – dodaje.

Ale korporacje wcale nie stoją w tym starciu na przegranej pozycji. – Po ich stronie jest więcej pieniędzy, determinacji i inteligencji. To koncerny wiedzą, jak będzie wyglądał świat za 30 lat, natomiast rządy w ogóle o tym nie myślą – uważa Mistewicz.

 Magazyn Plus Minus

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL