Plus Minus

Wojciech Kowalewski: W Rosji się odnalazłem

Pamiętam, kiedy w rosyjskiej telewizji po raz pierwszy pokazano film Andrzeja Wajdy „Katyń”. Rosyjscy znajomi dzwonili do mnie i pytali, czy ten film jest prawdziwy, czy te wydarzenia to fakty historyczne. Oni o tym nie wiedzieli, nikt ich o Katyniu nie uczył
AFP
– Najważniejsze w życiu to wiedzieć, czego się chce. A ja, idąc codziennie do szkoły, przechodziłem przez drogę wylotową z Suwałk i zawsze mnie ciekawiło, co jest dalej – mówi Michałowi Kołodziejczykowi były bramkarz reprezentacji Polski i kapitan Spartaka Moskwa Wojciech Kowalewski.

Rz: Jest coś takiego jak rosyjska dusza?

Myślę, że nawet Rosjanie nie wiedzą, co to takiego. Nie używają takiego stwierdzenia. Pewnie chodzi o śpiewanie i alkohol, ale jak się na mnie popatrzy, to ani śpiewać za bardzo nie potrafię, ani z alkoholem nigdy nie przesadzałem. Może nie jestem totalnym abstynentem, ale nigdy nie wychodziłem ponad średnią w możliwościach spożycia. A jakoś w Rosji się odnalazłem.

Pana tam nie tylko zaakceptowano, ale cieszył się pan olbrzymim szacunkiem.

Kiedyś miałem z kolegą Rosjaninem dyskusję. Dla kogoś z boku mogłaby się wydawać trudna, bo dotyczyła trudnych tematów. Rozmawialiśmy o historii, drugiej wojnie światowej, czynnikach, które doprowadziły do jej wybuchu. To była szczera wymiana zdań, bardzo otwarta, nie szukaliśmy różnic, ale rzeczy wspólnych, to znaczy takich, których i jego, i mnie uczono na lekcjach historii. Nie było przy tym żadnych zbędnych emocji. Na koniec usłyszałem, że jestem taki swój wśród obcych i obcy wśród swoich.

Jak to rozumieć?

Nie wiedziałem tylko, co oznacza druga część tego zdania, ale tak się złożyło, że później zrozumiałem. Przez pewien czas najbardziej obcy czułem się w swoich rodzinnych Suwałkach. Ten etap mam już jednak za sobą.

Styczność z językiem rosyjskim miał pan od najmłodszych lat.

Trudno było go nie słyszeć, wychowując się we wschodniej Polsce. Po drugiej stronie ulicy był bazar, gdzie handlowali Białorusini, Litwini i Rosjanie. Poza tym jestem jeszcze z pokolenia, które język rosyjski miało obowiązkowo w szkole. Paradoksalnie z tego przedmiotu miałem najgorsze oceny. Rosyjskiej kultury i samych Rosjan uczyłem się już później, kiedy sport wysłał mnie na Wschód. Wtedy zacząłem się już świetnie porozumiewać i do tej pory po rosyjsku mówię bez problemów.

Handlował pan czymś na tym bazarze? Był mały ruch graniczny?

W szkole średniej na zajęcia chodziła połowa uczniów, bo reszta zajmowała się już własną, nazwijmy to, działalnością gospodarczą. To był początek lat 90., litewska granica stwarzała wielkie możliwości i ludzie szukali swojej szansy na szybsze pieniądze i lepsze życie. Ja tej szansy nie szukałem w przemycie, ale na ulicy Zarzecze 26. Tam było boisko Wigier. Za wschodnią granicę trafiłem trochę później i w innym celu niż koledzy. Z czasów gry w Rosji mam dobre wspomnienia, dużo różnorodnych, ale pozytywnych doświadczeń. Utrzymuję kontakt z kolegami z tamtych lat, myślę, że spokojnie mogę nazywać ich przyjaciółmi.

Co spodobało się panu w Rosjanach najbardziej?

Prostota. Oni są otwarci. Gościnnością potrafią sobie zjednać każdego, nie ma przesady w opowiadaniu o jej wyjątkowości. Ale wie pan, nie będę tak uogólniał – są różni Polacy, są różni Rosjanie. Nie powiem, że każdy Rosjanin jest piękny, wspaniały i szczery, a wszystko, co rosyjskie, cudowne. Tyle że ja szacunku ze strony Rosjan otrzymałem wiele, nie spotkało mnie nic przykrego. A że miałem okazję grać w takim klubie jak Spartak Moskwa, który ma swoją markę na całym świecie, to do dziś zdarza mi się przyjmować oznaki sympatii w najdalszych częściach ziemi.

W Spartaku był pan nawet kapitanem. Jak Polak zdobywa szacunek w Rosji?

Oczywiście pomogła mi znajomość języka, ale to akurat przydaje się wszędzie. Ważne też, że przełamywałem stereotypy. A może inaczej – nie myślałem nimi. Najpierw wyjechałem na Ukrainę do Szachtara Donieck, później trafiłem do Spartaka i umówmy się, że historię relacji pomiędzy naszymi narodami znałem w stopniu podstawowym, najwyżej średnim. A do historii można podejść dwojako: albo przez jej pryzmat oceniać wszystko, co napotka się na swojej drodze, albo samemu spróbować stworzyć nową historię, którą później ktoś oceni.

Tworzył pan?

Nie miałem w sobie uprzedzeń, żadnej wrogości, odnosiłem się do ludzi z ciekawością, otwartością, zrozumieniem, że jest inny kraj niż Polska, który ma inną niż polska rzeczywistość i inaczej Polskę postrzega. Często okazywało się, że Rosjanie nie tyle inaczej oceniają naszą historię, ile po prostu znają inną historię. Swoją.

Uczyliście się nawzajem?

Pamiętam, kiedy w rosyjskiej telewizji po raz pierwszy pokazano film Andrzeja Wajdy „Katyń". Moi znajomi dzwonili do mnie i pytali, czy ten film jest prawdziwy, czy te wydarzenia to fakty historyczne. Oni o tym nie wiedzieli, nikt ich o Katyniu nie uczył. Nie byłem zdziwiony, nie oburzałem się, Rosjanie tego pokolenia po prostu nie mieli możliwości analizowania wcześniej tego faktu, zderzenia się z nim. Myślę, że nie miałem żadnych problemów z grą na Wschodzie, bo zawsze byłem sobą, postawiłem na szczerość i otwartość. Zawarte znajomości zamieniły się w przyjaźnie, to, co razem przeszliśmy, bardzo nas do siebie zbliżyło. Byliśmy grupą kumpli.

Pana przyjaciel, bramkarz Aleksiej Zujew, po tym jak pod wpływem alkoholu postraszył ochronę stacji benzynowej pistoletem hukowym, trafił do szpitala psychiatrycznego.

To był jakiś zwykły brak zrozumienia, Aleksiej był zaskoczony tym, jak odnosi się do niego pracownik stacji, i sięgnął do bagażnika. Chciał go jakoś utemperować, bo był agresywny. To nie był prawdziwy pistolet, ale tak zaczęły się problemy Zujewa. Najważniejsze, że po wszystkich zakrętach wyszedł na prostą i teraz jest w Spartaku bramkarzem piłki plażowej, grywa nawet w reprezentacji Rosji, był na kilku turniejach. Wrócił na dobre tory, bardzo mocno mu kibicuję. Takie relacje, jakie udało nam się stworzyć, to nie jest rzadkość w rosyjskiej czy polskiej piłce. To ewenement na skalę światową.

W Spartaku w ogóle dobrze się bawiliście. W internecie można znaleźć film, jak na mecz Ligi Mistrzów z Interem jedziecie metrem, robiąc rozgrzewki na stacjach przesiadkowych.

No, tylko że to wcale nie było śmieszne. Jechaliśmy na nasz stadion autokarem. 15 minut – sto metrów, kolejny kwadrans – znowu sto metrów. Chcieliśmy uniknąć kompromitacji i walkowera za mecz u siebie, bo byłby obciach na całą Europę. Zaproponowałem, żeby szybko przesiąść się do metra. Rozgrzewaliśmy się, zmieniając pociągi, gdzieś po drodze zgubiliśmy naszego napastnika Fernando Cavenaghiego, którego później na miejsce doprowadzili kibice. Spóźnił się tylko trochę, ale zdążył wystąpić w meczu. Cała drużyna wpadła na boisko 50 minut przed pierwszym gwizdkiem, mogliśmy od razu grać, bo już byliśmy spoceni.

Jaki był wynik?

Przegraliśmy 0:1, po golu w drugiej minucie. Jednak zabrakło nam koncentracji.

Grał pan w Rosji w 2010 roku, kiedy pod Smoleńskiem rozbił się polski samolot rządowy. Zginęło 96 osób.

Występowałem wtedy w Sibirze Nowosybirsk, bardzo daleko na Syberii. Reakcja klubu, wszystkich dookoła była wspaniała, pełna troski, chęci pomocy. Wszyscy wiedzieli, że to bardzo ciężki moment nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich Polaków, ludzi po prostu. Na budynkach rządowych w akcie solidarności opuszczono rosyjskie flagi do połowy masztów. Rosjanie naszą niesamowitą tragedię także odczuli, byli pełni empatii, składali kondolencje. Dlatego nie chcę odnosić się do tego, co się wokół tamtego wydarzenia dzieje obecnie.

Dlaczego?

Bo to jest przykre po prostu. Ja miałem zrozumienie, żal, współczucie, wszystko, czego potrzebowałem. Czułem, że Rosjanie, normalni ludzie, są blisko nas. W tych tragicznych momentach mocno się zbliżyliśmy, zainteresowali się historią naszego kraju. Oczywiście wolelibyśmy zwracać na siebie uwagę w innych okolicznościach, ale historia uczy, że tragedie bardziej przykuwają uwagę ludzi niż codzienność, kiedy kreuje się teorie niemające nic wspólnego z prawdą. W Nowosybirsku kierownik drużyny przed meczem jakiś czas po tragedii zapytał mnie, czego potrzebuję. Powiedziałem tylko, że chciałbym czarną opaskę na ramię. Obiecał, że nie będzie problemu.

Był?

Jak przyjechaliśmy na stadion, czarne opaski mieli na sobie wszyscy koledzy z drużyny. Wszyscy w nich zagrali. Nikt żadnej polityki nie robił, ludzie mieli świadomość, że Polaków spotkała wielka tragedia, o której mówił cały świat. Ja to obserwowałem na Syberii i widziałem, jak wszyscy byli dotknięci tym, co się wydarzyło. I myślę, że dalej współczują.

Pięć lat wcześniej był pan jeszcze w Spartaku, gdy poprosił o minutę ciszy po śmierci papieża Jana Pawła II.

I wtedy, i po Smoleńsku, jako Polak, obywatel Rzeczypospolitej, odczułem olbrzymie wsparcie swojego otoczenia. To były szczere emocje. Rzeczywiście przed meczem ligowym poprosiłem o minutę ciszy i dowiedziałem się, że władze Łużników nie mogą podjąć takiej decyzji bez oficjalnego stanowiska Kremla. Przyjąłem to ze zrozumieniem, w Rosji czasami najważniejsze są procedury. Jednak kiedy wyszliśmy na boisko, spiker ogłosił, że minuta ciszy jednak będzie. Nie sądzę, że Kreml się nagle zgodził, okazało się raczej, że w Rosji jak człowiek chce, to może procedury obejść. Pewnie pomyśleli, że uczczą pamięć Jana Pawła II, bo to ważny moment. Nie tylko dla Kowalewskiego czy jego katolickich kolegów z drużyny, ale dla całego świata. Jan Paweł II nie był osobowością tylko wśród katolików. Rosja nie jest biało-czarna, jak czasami ją postrzegamy.

Relacje z kibicami nie bywały trudne?

Nigdy nie bałem się krytyki, nigdy nie uciekałem od odpowiedzialności – czy to za swój słaby mecz, czy za słaby występ całego zespołu. Nawet w najtrudniejszych momentach wychodziłem do kibiców, wiedziałem, że nasze relacje są ważne. Z dużą cierpliwością odpowiadałem na ich pytania. Nie uciekałem też przed dziennikarzami. Zostało to bardzo dobrze odebrane. Sport to wypadkowa wielu czynników, każdy człowiek może popełnić błąd, ale uciekanie w jakąś pozę jest tylko oznaką słabości. Rosjanom spodobało się moje inne podejście, jakaś taka naturalna odwaga.

Skąd się takie „inne podejście" wynosi? Z domu, z podwórka, z Suwałk?

Nie da się odpowiedzieć, co kształtuje charakter. Mnie ukształtowało życie, każde doświadczenie, od najmłodszych lat. Pierwsze wyjście na podwórko, pierwsze znajomości, bliższe relacje, bójki, porażki, zwycięstwa, małe i duże sukcesy, rozczarowania, miłości. Wszystko nas w jakimś stopniu zmienia. Wszystko zależy od tego, w jakim stopniu to, co nas spotyka, jesteśmy w stanie przeanalizować i zrozumieć, jakie mechanizmy kształtują nas jako ludzi. Mnie wychował dom, podwórko, w dużej części sport, ale też starsi koledzy, starsze rodzeństwo. Najważniejsze w życiu to wiedzieć, czego się chce. A ja, idąc codziennie do szkoły, przechodziłem przez drogę wylotową z Suwałk i zawsze mnie ciekawiło, co jest dalej. Później podróżowałem ze swoim ojcem, który był kierowcą ciężarówki, i też mnie interesowało, co jest za horyzontem. Wyobraźnia dzieciaka działała, załączała się wędrowna nuta.

To jeżdżenie z tatą ciężarówką otworzyło pana na świat?

W tamtych czasach bycie kierowcą oznaczało jeżdżenie tylko po Polsce. Ale dla chłopaczka, który ma sześć, siedem lat, to było wielkie przeżycie. Patrzyłem na kraj, który zmienia się za oknem, i budowałem świadomość, że Polska to nie tylko Suwałki, że są inne miasta, inne krajobrazy. To wszystko było bardzo ciekawe. Pamiętam, kiedy będąc już w Legii, leciałem na obóz do Francji. Gęba mi się cieszyła jak u szczeniaka nie tylko dlatego, że stawałem przed sportową szansą.

To dlaczego?

Bo leciałem samolotem. Pierwszy raz. Miałem dwadzieścia lat. Zobaczyłem, ile mogą mi dać treningi, ile świata mogę zobaczyć i jak intensywnie żyć. Moja kariera trwała kilkanaście lat, ale skończyła się kontuzją. Pierwsze pół roku bez gry pozwoliło uporządkować pewne rzeczy i zrozumieć, że istnieje świat poza piłką. Potrzebowałem trochę czasu, by w tych trudnych chwilach wyznaczyć sobie nowy cel. Bo ja zawsze muszę mieć cel, żeby się nie pogubić. Jak każdy mylę się, raz mi coś wychodzi, innym razem nie. Ale sport nauczył mnie też wyciągania wniosków.

Za pana czasów liga rosyjska kapała już złotem?

Minęło 12 lat od moich występów w Spartaku i wszystko poszło bardzo do przodu. Zarobki wzrastają w każdej lidze, ale w Rosji jeszcze szybciej. Progi finansowe średnich klubów z tego kraju są nieosiągalne dla najbogatszych polskich klubów. Spartak, CSKA, Zenit czy Lokomotiw to ścisła czołówka, proponują takie kwoty, że coraz trudniej odmówić nie tylko piłkarzom z Ameryki Południowej, ale także tym, którzy wcześniej występowali w silnych ligach na Zachodzie. Czesi czy Słowacy wręcz marzą, by trafić do Rosji, tamtejsza liga świetnie przygotowuje do gry w lidze angielskiej, otwiera nowe drzwi, przeciera ścieżki. Rywalizacja w europejskich pucharach obnaża wprawdzie słabości i pokazuje, że rosyjskim klubom brakuje jeszcze sporo do europejskiej czołówki, ale myślę, że dystans z każdym rokiem jest coraz mniejszy.

Ma pan jeszcze tego hummera, którego dostał pan w nagrodę dla najlepszego piłkarza sezonu w Spartaku?

Stoi w garażu. Jeżdżę nim, jak bywam w domu. Po błocie. Główne po to, by mieć powód, żeby go umyć.

Pracuje pan jeszcze, bo musi czy bo chce?

Pieniądze nigdy nie były moim celem nadrzędnym, nigdy niczego nie robiłem, kierując się nimi w pierwszej kolejności. Przechodziłem przez kolejne etapy, po kolei realizowałem bardzo popularne teraz słowo „projekt". Kiedy zmieniałem kluby, zawsze chodziło mi o rozwój, okazje do gry, otoczenie, w jakim będę przebywał, z kim będę trenował. Pieniądze pojawią się wcześniej czy później – w zależności od tego, jak bardzo będziemy zaangażowani w realizację swoich celów. Jako piłkarz nigdy nie musiałem podejmować pochopnych decyzji, a po zakończeniu kariery natychmiast zająłem się czymś nowym. Zbudowałem i rozwijam akademię, szkółkę piłkarską dla dzieciaków ze swojego regionu. Działamy już w czterech miastach, powstało także Stowarzyszenie „Akademia 2012", które promuje sport wśród dzieci. Chcę uchronić jak najwięcej młodych osób przed pokusami, jakie stawia przed nimi wirtualny świat, chcę odciągnąć dzieciaki od komputerów i zachęcić do aktywności fizycznej.

Po co to panu?

Jakoś tak w głębi serca czułem się zobowiązany oddać coś tym, którzy dali mi szansę. Przecież wychowałem się wśród tych ludzi, wziąłem coś dla siebie, czegoś się nauczyłem, ktoś podał mi rękę i sprawił, że przeżyłem piękną przygodę. Chciałbym jakoś się odwdzięczyć. Oczywiście nie dostałem nic za darmo, przeszedłem swoją ścieżkę. Udało mi się także dzięki charakterowi – jestem uparty, zawzięty. Z perspektywy czasu takie cechy okazują się bardzo pożyteczne. Patrząc na to, ile udało mi się osiągnąć, jak wielu ludziom udało mi się pomóc, warto było brnąć, czasami pod prąd. W funkcjonowanie Akademii nadal inwestuję prywatne pieniądze, buduję coś, co chciałbym, by służyło latami. Rok temu związałem się także z Legią, dołączyłem do sztabu trenerskiego, korzystając z zaproszenia moich byłych kolegów z boiska: Jacka Magiery, Aleksandra Vukovicia i Michała Żewłakowa. To był czas bogaty w wydarzenia i dający wiele przemyśleń.

Czego pan teraz szuka w sporcie?

We wszystkim, co robię, szukam inspiracji, spełniam się, realizując kolejne cele. Lubię wyzwania. Nie dojrzałem jeszcze, żeby zamknąć się u siebie na wsi, chociaż bardzo lubię mój dom. Moja natura nie pozwala mi jednak siedzieć i patrzeć przez okno na otaczający świat. Gdybym miał przychodzić do pracy tylko po to, by przesiedzieć przy biurku osiem godzin i wykonywać te same czynności – nie dałbym rady. Wtedy rzeczywiście wolałbym siedzieć w domu. Albo w lesie.

Kiedy mundial organizowało RPA, światowe media rozpętały psychozę strachu i kibice bali się wychodzić z hoteli. W Brazylii straszono biedą faweli. Nie dziwi się pan, że przed turniejem w Rosji nie mówi się zbyt wiele o bezpieczeństwie?

Za bezpieczeństwo w danym kraju odpowiada rząd. Mam nadzieję i wierzę w to, że w Rosji wszystko przebiegnie bez najmniejszych zakłóceń. Domyślam się, że bez względu na to, gdzie odbywa się tak wielki turniej, kwestia zabezpieczenia życia i zdrowia gości jest priorytetowa. Znam Rosję i wiem, że władze zrobią tam jeszcze więcej – sprawią, że kibice będą mogli czuć się swobodnie. W RPA czy Brazylii bezpieczeństwo zapewniono, ograniczając aktywność kibiców. Wystraszono ich na początku, wmówiono, że wszędzie poza wyznaczonymi przez organizatorów strefami jest bardzo niebezpiecznie. Najlepiej byłoby, gdyby goście siedzieli w pięciogwiazdkowych hotelach i się nie ruszali. Powiedziałbym, że to raczej średnia promocja kraju, a przecież mundial ma pokazywać gospodarza z jak najlepszej strony.

Rosja da radę?

Będzie chciała się pokazać jako sprawny organizator, świetnie przygotowany. Dla setek tysięcy kibiców, którzy przyjadą oglądać piłkę nożną, chce być miejscem gościnnym i przyjaznym. Biorąc pod uwagę możliwości finansowe Federacji Rosyjskiej, a także to, że sprawny przebieg mundialu jest priorytetowy dla Władimira Putina, nie mam wątpliwości, że tak będzie.

Wspomniał pan o wizerunku Rosji. Mundial ma pomóc w jego odbudowaniu po wykluczeniu rosyjskich sportowców z zimowych igrzysk olimpijskich? Odpowiedzialny za organizację mistrzostw świata Witalij Mutko po aferze dopingowej pod koniec roku przestał być ministrem sportu.

To tylko sprawia, że na mundialu wszystko będzie działać perfekcyjnie. Decyzja o wykluczeniu rosyjskich sportowców z Pjongczangu odbiła się w Rosji dużym echem, władz nie stać już na żadną wizerunkową wpadkę. Można mieć dużo wątpliwości co do jakości reprezentacji Rosji, jej poziomu piłkarskiego, ale nie co do organizacji turnieju. Prezydent Putin wziął na siebie wielką odpowiedzialność i wszyscy mają świadomość, co to oznacza. Nie ma już żadnego marginesu na błędy.

To będzie turniej, na którym kibice będą podróżować, czy odległości między miastami sprawią, że odwiedzą raczej jedno miasto i wrócą do swojego kraju?

Nie wiadomo nawet, jak wielu kibiców zamierza do Rosji przyjechać. Polacy mają najbliżej, ale czy fani z Ameryki Południowej albo Afryki licznie wybiorą się wspierać swoje reprezentacje – nie mam pojęcia. W rosyjskich mediach dużo mówi i pisze się o tym, że linie lotnicze są przygotowane na obsługę wszystkich gości, którzy zdecydują się na przyjazd. Dla przewoźników, nie tylko gigantycznego Aerofłotu, ale też tych mniejszych, to wielka szansa na promocję. Można pokazać jakość, zaskoczyć dobrą obsługą, zdobyć rynek. Aerofłot przygotowuje już dla kibiców specjalną ofertę, Rosja jako organizator chce przecież pełnych trybun, świetnej frekwencji. Zadanie jest proste: żeby tak się stało, trzeba przewieźć ludzi z punktu A do punktu B i to także jest zadanie dla władz.

Nie obawia się pan zachowania polskich kibiców?

Będziemy bardzo liczni i atrakcyjni dla Rosjan. Przyjezdni kibice w kraju gospodarza zostawiają nie tylko emocje, ale także dużo pieniędzy. Chyba nikt nie ma tak blisko na mundial jak Polacy i gospodarze będą na nas przygotowani. Trudno przecież spodziewać się w trakcie naszego pierwszego meczu na stadionie Spartaka w Moskwie kilkudziesięciu tysięcy kibiców z Senegalu. Ten stadion jest przygotowany na nasze zwycięstwo, barwy Spartaka są czerwono-białe, nasi będą się czuli znakomicie, myślę, że będzie świetna atmosfera. Polecam też nowiutkie muzeum klubowe, gdzie jest kilka moich śladów. Nowy stadion robi naprawdę wielkie wrażenie.

Pan też był na wielkiej imprezie, na Euro 2008, jako trzeci bramkarz naszej reprezentacji.

W naszej bramce zawsze była wielka rywalizacja. Wiedziałem, że dla Leo Beenhakkera nie byłem pierwszym wyborem i będę potrzebował szansy, by zmienić hierarchię. Taka szansa się nadarzyła, potwierdziłem swoją klasę, ale przez kartki nie mogłem grać dalej, do bramki wskoczył Artur Boruc i tak zostało. Nie opowiadam o tym jak o jakimś rozczarowaniu. Zrobiłem, co mogłem. Gra w reprezentacji zawsze była wielkim zaszczytem, nieważne, ile ma się meczów na koncie. Wiedziałem, że mogę temu zespołowi dużo dać, także nie będąc pierwszym bramkarzem. Na drugim zgrupowaniu obwieściłem to Beenhakkerowi. Powiedziałem, że nie jestem z tych, którzy się obrażają, i że jeśli dostanę obietnicę choćby jednej szansy, to zaakceptuję każdą rolę. Był trochę zaskoczony moją otwartością, ale później chciał, żebym przyjechał na zgrupowanie nawet wtedy, gdy musiałem pauzować przez kartki.

Z 11 meczów w reprezentacji przegrał pan tylko jeden, ostatni, z Czechami.

Bilans statystyczny mam świetny. Szczególnie z Wyspami Owczymi.

Denerwuje pana, że mało kto pamięta, że to pan bronił w słynnym wygranym 2:1 meczu z Portugalią w Chorzowie? Wielu kibiców myśli, że w bramce stał Boruc.

Śmieszne, ale przewidziałem to kilka dni po tamtym spotkaniu. Powiedziałem, że za dziesięć lat i tak wszyscy będą łączyć Boruca z tamtym sukcesem. Nie mam żalu, mam z Arturem dobre relacje i szczerze gratuluję mu niesamowitej kariery w reprezentacji. ©?

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL