Przepis na awans do I ligi

aktualizacja: 04.06.2017, 20:03
Foto: rp.pl

W obecnej fazie globalnego kapitalizmu państwo może pełnić rolę moderatora, ale nie animatora czy głównego architekta uprzemysłowienia, które przebiega pod dyktando zjawisk globalnych.

Aby Polska gospodarka mogła się rozwijać i nadrabiać dystans do światowych liderów przemysłu, konieczna jest jej integracja z gospodarką europejską. Polskie firmy muszą uczestniczyć w międzynarodowym obiegu gospodarczym i odpowiadać na potrzeby światowych rynków. Czy aby to osiągnąć, konieczne jest wsparcie państwa? Jak powinno ono wyglądać? Odpowiedzi na te pytania poświęciliśmy ostatni raport WiseEuropa: Made in Europe – polityka przemysłowa wobec wyzwań XXI wieku.

Polska na przemysłowej mapie świata

Pojęcie reindustrializacji zrobiło wśród polityków zawrotną karierę. Jedni, jak nowy prezydent Francji Emmanuel Macron, widzą w nim panaceum na ociężałość własnych gospodarek, wierząc, że dzięki reformom ich przemysł odzyska dawny wigor, a rynek pracy wyjdzie z wieloletniego marazmu.

Dla innych, w tym nowego prezydenta USA Donalda Trumpa, „reindustrializacja" jest przede wszystkim narzędziem politycznym – wehikułem przenoszącym do dawnych, dobrych czasów dymiących kominów fabrycznych i masowego zatrudnienia przy taśmach montażowych. Niesie ona jasny komunikat skierowany do części wyborców, której pozycja ekonomiczna pogorszyła się w wyniku globalizacji: dzięki mnie dobrze płatne zatrudnienie dla robotników przemysłowych powróci.

Słowem „reindustrializacja" posługują się także polscy politycy. Przekonują, że silny sektor wytwórczy jest warunkiem koniecznym konwergencji gospodarczej z Zachodem i dlatego trzeba go „odbudować" po zniszczeniu w czasach transformacji. To nieporozumienie – poziom uprzemysłowienia Polski nigdy nie był tak wysoki jak dziś. Gospodarka PRL wytwarzała – w przeliczeniu na jednego mieszkańca – zaledwie kilkanaście procent tego, co przeciętna gospodarka zachodnia. Dziś jest to 50 proc., a w przeliczeniu na parytet siły nabywczej ok. 90 proc.

W ostatnim ćwierćwieczu nasz kraj doświadczył spektakularnej industrializacji, awansując wraz z resztą Europy Środkowej do światowej „drugiej ligi przemysłowej". Od gospodarek tworzących „pierwszą ligę" (Europa Północna, USA, Korea Południowa, Japonia) różni nas mniejsza skala i wydajność produkcji – luka ta jest jednak wyraźnie mniejsza niż ćwierć wieku temu.

O ile więc można się zgodzić, że potrzebujemy dalszej industrializacji, o tyle mówienie o konieczności odzyskiwania niegdyś utraconej pozycji jest nieuprawnione.

Co dalej z polskim przemysłem

Nasz model modernizacyjny ostatniego ćwierćwiecza opiera się na ścisłej integracji z Europą Zachodnią. Uwolniliśmy zablokowane przez żelazną kurtynę atuty: dobrze wykształconą i młodą populację, geograficzną bliskość kontynentalnego centrum przemysłowego i dużo niższe płace.

Przystąpienie do UE spowodowało, że cała Europa Środkowa stała się atrakcyjnym kierunkiem inwestycyjnym dla międzynarodowych koncernów przemysłowych. Otworzyło to szansę także dla polskich producentów, którzy dzięki współpracy z firmami globalnymi, zyskali szansę na odnalezienie swojego miejsca w europejskich łańcuchach wartości. Pomógł nam także relatywnie duży rynek wewnętrzny, dzięki któremu początkujący wytwórcy nabywali kompetencje przemysłowe bez konieczności natychmiastowego wchodzenia na dużo bardziej konkurencyjne rynki zachodnie.

Zła wiadomość jest taka, że dalszy rozwój będzie trudniejszy niż dotąd. Cały region – w tym Polska – wchodzi w okres niepewności. Zasoby pracy maleją, wewnętrzny rynek będzie rósł wolniej, a polityka gospodarcza coraz częściej zaczyna grać na nastrojach nacjonalistycznych i etatystycznych, tracąc zdolność do dostrzegania i odpowiedzi na ważne dla przemysłu megatrendy globalne.

Wymogi współczesności

Światowa gospodarka nie jest już konglomeratem gospodarek narodowych. Jej ton nadają trzy pierwszoligowe regiony przemysłowe rozciągające się w poprzek granic państwowych: Fabryka Europa, Fabryka Azja i Fabryka Ameryka Północna. Ciągną one za sobą inne, mniej rozwinięte obszary, o ile zdołają one włączyć się w globalny łańcuch dostaw.

Gospodarki krajów, które jak Polska aspirują do przemysłowej pierwszej ligi, muszą więc spełnić minimalne warunki organizacyjnej i technologicznej kompatybilności z najbliżej nich położoną Fabryką. W przypadku Polski jest to rozciągająca się od Lombardii po Holandię Fabryka Europa.

Integracja ta wymaga od polskiej gospodarki umiejętności dostarczania produktów i usług odpowiadających potrzebom przemysłu kontynentalnego i oczekiwaniom europejskich klientów. Nieprzypadkowo dużo łatwiej jest u nas rozwinąć produkcję części samochodowych niż podzespołów elektronicznych. Fabryka Europa zajmuje bowiem w gospodarce światowej inną niszę niż Fabryka Azja.

Wykształcenie się ponadlokalnych centrów produkcyjnych zmieniło także nasze rozumienie polityki przemysłowej. W obecnej fazie globalnego kapitalizmu państwo może pełnić rolę moderatora, ale nie animatora czy głównego architekta industrializacji, która przebiega pod dyktando zjawisk globalnych. Co to oznacza dla Polski?

Wspieranie integracji

Głównym wyzwaniem stojącym przed polskim przemysłem jest osiągnięcie skali i wydajności produkcji zbliżonej do Europy Zachodniej. Wymaga to utrzymania przez najbliższe 30–40 lat trendów widocznych co najmniej od roku 1995. Na ewentualną politykę przemysłową trzeba więc patrzeć raczej jak na element składowy szerszej agendy reformatorskiej, podtrzymującej zainteresowanie kapitału krajowego i zagranicznego inwestowaniem w naszym kraju, niż na relatywnie wąski pakiet instrumentów dedykowanych przemysłowi przetwórczemu lub jego wybranym segmentom.

Taka polityka powinna być co do zasady horyzontalna. Historia sukcesów i porażek industrializacji wskazuje, że wsparcie selektywne, tj. odnoszące się do wybranych przez państwo czempionów czy preferowanych przez nie typów działalności, jest nie tylko droższe, ale i dużo bardziej ryzykowne. Jest też silnie narażone na pokusę nadużycia i na klientelizm. Przy tym ryzyka te są tym silniejsze, im mniej sprawny jest aparat administracyjny i im słabsze są instytucje rynkowe w danym kraju.

Dlatego polska polityka przemysłowa – jeśli ma być prowadzona – musi wspomagać rozwój kompetencji przemysłowych u szerokiego grona odbiorców. U jej podłoża powinna leżeć stabilność makroekonomiczna i geopolityczna (przynależność do centrum Unii Europejskiej, a w przyszłości zapewne też strefy euro), a także bezstronne regulacje sprzyjające akumulacji zasobów finansowych, ludzkich, technicznych i organizacyjnych w szerokim spektrum firm prywatnych.

Mieści się w niej także dbałość o rozwój rynku kapitałowego, który obok dostarczania finansowania nowym projektom inwestycyjnym, pełni rolę naturalnego selekcjonera pomysłów mających szansę na międzynarodowy sukces. W długim okresie polski przemysł znacznie bardziej skorzysta na spadku kosztów usług finansowych oraz obniżeniu barier wejścia i funkcjonowania na warszawskiej giełdzie niż z programów bezpośrednio dofinansowujących jego inwestycje z kieszeni publicznej.

W tym sensie dobrze by było, żeby państwo nie tylko rozwijało Polski Fundusz Rozwoju, ale i zadbało o spadek kosztów dystrybucji jednostek TFI, wzmocniło zachęty do długoterminowego oszczędzania poprzez instrumenty kapitałowe oraz podniosło atrakcyjność inwestycyjną warszawskiej giełdy, prywatyzując lokowane na niej spółki państwowe.

Nie oznacza to, że nie ma sfer, w których zaangażowanie publiczne nie może być bezpośrednie. Taką sferą są na przykład badania i rozwój (B+R). Finansowanie tworzenia infrastruktury badawczej na uczelniach i w przedsiębiorstwach, wspieranie poprzez bodźce fiskalne i regulacyjne prowadzenia prac badawczych i rozwojowych w firmach prywatnych, a także wsparcie współpracy między biznesem a światem naukowym (w ramach europejskich industrial commons) to sfery kluczowe dla nowoczesnej polityki gospodarczej państw martwiących się widmem pułapki średniego dochodu. Przemysł skorzysta także z reform polityki naukowej i wzrostu finansowania szkolnictwa wyższego, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. kierunków STEM (ang. science, technology, engineering, mathematics) oraz organizacji i zarządzania. Wobec gwałtownie pogarszających się perspektyw demograficznych niezwykle ważne jest także, aby polityka przemysłowa uwzględniła kwestię imigracji oraz inwestycji w kapitał ludzki, a także promowała wchodzenie małych i średnich firm na rynki zagraniczne (ekspansja eksportowa).

W poszukiwaniu recepty

Intuicyjnie z wyzwań, jakie stoją przed polskim przemysłem, zdają sobie sprawę jej sternicy. Gubią się jednak w szczegółach. Problem pułapki średniego rozwoju jest wprost artykułowany w „Strategii odpowiedzialnego rozwoju" (SOR), która wskazując na potrzebę prowadzenia polityki przemysłowej, ma jednak kłopoty z jej jasną operacjonalizacją. SOR jest dokumentem ogólnym, a jednocześnie bardzo eklektycznym. Proponuje zarówno działania horyzontalne, jak i tzw. projekty flagowe skupione na konkretnych produktach i niszach rynkowych, które niestety zdają się dominować w myśleniu rządu.

Na podstawie lektury tekstu Strategii i medialnych deklaracji wyższych urzędników państwowych można się obawiać, że „modernizacyjna energia" obecnej administracji może łatwo ulec rozproszeniu i fragmentaryzacji, niewiele przynosząc w skali makroekonomicznej. Skupienie uwagi na kilku „projektach flagowych" wydaje się bowiem odbywać kosztem bardziej fundamentalnych reform regulacyjno-instytucjonalnych, czego przykładem może być buksująca w miejscu polityka energetyczna i niemal nieobecny w myśleniu administracji problemy rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

Wiele zależy zatem od rozłożenia akcentów w przyszłych działaniach naszej administracji oraz ze sposobu wdrażania Strategii w najbliższych latach: czy priorytetem będą zmiany systemowe, przekonujące przedsiębiorców, że w Polsce warto inwestować z myślą o długim okresie, czy też wysiłek administracji rozproszy się na wielu „mikrodziałaniach" łącznie niewiele wnoszących dla perspektyw rozwoju polskiego przemysłu jako całości, a przekonanie biznesu o rosnącym ryzyku prowadzenia aktywności w Polsce pogłębi się.

Dr Maciej Bukowski jest wykładowcą Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego i prezesem think tanku WiseEuropa. W latach 2006–2013 prezes fundacji IBS.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE