Opinie

Pytanie o przyszłość zbojeniówki

Andrzej Karkoszka
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
W 25-leciu Polska utraciła znaczną część potencjału przemysłu obronnego i ograniczyła suwerenność w zakresie dostaw zaawansowanego uzbrojenia – uważa były wiceminister obrony narodowej.

Jeśli bezpieczeństwo państwa będzie wymagało szybkich decyzji, np. o zwiększeniu dostaw broni, zakłady zbrojeniowe sprowadzone do roli poddostawców, będą musiały zwracać się o zgodę do zagranicznych dostawców. A ich interesy bezpieczeństwa nie zawsze muszą być identyczne z naszymi. Stoimy przed strategicznym zwrotem w rozwoju przemysłu zbrojeniowego. Są trzy scenariusze. Pierwszy wynika ze skali inwestycji. Ponad 100 miliardów złotych na rozwój sił zbrojnych daje nadzieję na wzrost potencjału przemysłu produkcyjnego.

Drugi scenariusz prowadzi nasz przemysł do powiązania z europejską bazą przemysłową i rynkiem uzbrojenia. Bez tego polityka bezpieczeństwa Unii nie uzyska zdolności wpływu na globalne przemiany. Europejska konsolidacja postępuje. Pozostawanie poza tym procesem grozi Polsce oderwaniem od wspólnych interesów bezpieczeństwa.

Trzeci scenariusz to mieszanina dwóch poprzednich oraz poszukiwanie związków z pozaeuropejskim rynkiem uzbrojenia. W obszarze techniki obronnej może on prowadzić do skoku jakościowego. Prowadzi jednak także do rozproszenia geograficznego naszych powiązań i jest obarczony dużym ryzykiem.

Który najlepszy?

Pierwszy scenariusz wydaje się najbardziej racjonalny i emocjonalnie bliski. Silny narodowy przemysł zbrojeniowy to większe poczucie bezpieczeństwa i oparcie armii na własnych zdolnościach produkcyjnych i modernizacyjnych. To eksport i silniejsza pozycja w procesach integracyjnych. To wiemy.

Powstaje pytanie: dlaczego ostatnie 25 lat dało tak mierne rezultaty? Pytanie staje się jeszcze bardziej palące, gdy porównamy efekty rozwoju przemysłu obronnego w dwudziestoleciu międzywojennym z ostatnim ćwierćwieczem. Wtedy, przy braku funduszy, kadry i wykształconej siły roboczej, powstało kilkanaście zakładów zdolnych do wielkoseryjnej produkcji na poziomie światowym. Do dziś stanowią trzon polskich zdolności produkcyjnych w dziedzinie broni i sprzętu wojskowego.

Utraciliśmy kilka ważnych gałęzi przemysłu (lotniczy, stoczniowy, produkcja silników wysokoprężnych), asortyment i poziom techniczny broni i sprzętu nie zaspokajają potrzeb obronnych. Znikł eksport, odeszły kadry inżynieryjne, zatrudnienie spadło do jednej trzeciej stanu sprzed zmiany ustrojowej.

Tej oceny nie poprawia wiedza o kryzysie gospodarczym pierwszych lat transformacji, utracie rynków wschodnich i zmniejszeniu rynku wewnętrznego.

Wiele państw mierzyło się z tymi zjawiskami po zakończeniu zimnej wojny i utrzymały one pozycję, dostrzegając tendencje i inwestując, m.in. w badania i rozwój.

Konkluzja jest drastyczna: utraciliśmy znaczną część potencjału przemysłu obronnego. Ograniczyliśmy suwerenność w zakresie dostaw zaawansowanego technicznie uzbrojenia. Tej oceny nie zmienia fakt, że produkujemy samodzielnie szereg typów sprzętu. Liczba polskich wzorów uzbrojenia, opracowanych samodzielnie, zaledwie wystarcza na utrzymanie przemysłu i budowanie kolejnych planów restrukturyzacji. Nie wystarcza jednak na przemyślany program rozwoju. Na skutek tego konkurenci wchodzą na nasz rynek z lepszą i często tańszą ofertą, która spełnia wymagania wojska (zwiększenie potencjału bojowego i atrakcyjna cena zakupu – ale niekoniecznie już eksploatacji).

Tendencja premiuje uzbrojenie zaawansowane, oparte na supertechnice, coraz droższe w procesie badania i rozwoju, eksploatacji i modernizacji. Kto się wcześniej nie postarał, musi się pogodzić z uzależnieniem od dostawców części, instruktażu i szkoleń oraz ograniczonym dostępie do tajemnic działania uzbrojenia czy ulepszania sprzętu. Premia za posiadanie praw intelektualnych i handlowych do takiego uzbrojenia jest ogromna.

Szczególnie ograniczają dostęp do technologii państwa zaawansowane, np. Stany Zjednoczone, lider technologii wojskowej. Niechętnie przekazują ją nawet najbliższym sojusznikom. Przykładem jest „Memorandum o porozumieniu" podpisane w 2011 r. między Polską a USA o wzajemności w zamówieniach obronnych. Porozumienia zawierające obietnicę dostaw ze strony amerykańskich firm objęte takimi ograniczeniami oznaczają zawsze konieczność uzyskania zgody USA na sprzedaż produktu i każdą modernizację. Podobne, choć mniej uciążliwe, są regulacje innych państw.

Konkurencja i wzrost kosztów rozwoju uzbrojenia wymusza konsolidację produkcji. Coraz więcej firm stara się tworzyć wewnętrzne łańcuchy dostaw i łączyć wysiłek badawczo-rozwojowy. Powstają narodowe oraz międzynarodowe korporacje i holdingi. Zawsze podporządkowane określonym interesom politycznym i narodowym, a nie tylko interesowi handlowemu.

Polska dostawcą dla firm niższego rzędu

Te okoliczności wpływają na sytuację polskiej zbrojeniówki. Bez wątpienia najbardziej pożądanym rozwiązaniem problemów było i nadal jest zachowanie praw własności i samodzielne rozwijanie produkcji w istniejących zakładach. Ten model nie musi być związany z własnością państwową. Ważne, aby właściciel podlegał polskiemu prawu i reagował na potrzeby obronne państwa.

Wymaga to jednak spełnienia dwóch warunków: popytu na produkcję w kraju i możliwości zyskownej sprzedaży za granicą. Ich spełnienie uzależnione jest od jakości zdolności bojowych i użytkowych, posiadania regionalnej lub światowej sieci sprzedaży i serwisu eksploatacyjnego. Wymogów tych większość polskich zakładów nie spełniała i nie spełnia. Efekt znamy: zadłużenie, zamykanie linii produkcyjnych, strajki i demonstracje. Walka o przetrwanie oparta na dopłatach, kredytach, sprzedaży majątku, zakupach wymuszanych na wojsku.

Mizeria finansowa, wymuszająca poszukiwanie ratunku i otwarcie się państwa na nowoczesną technikę, stworzyły dogodną sytuację dla wejścia do Polski wielkich koncernów zbrojeniowych szukających tańszej produkcji. Przejęcia uratowały całą grupę przedsiębiorstw. W tym sensie przejęcia są pozytywne. Tym bardziej że kupione zakłady otrzymały zastrzyk inwestycji i wiedzy. Do kas państwowych i lokalnych znowu zaczęły płynąć podatki, wzmógł się handel, nabrały tempa inwestycje.

Jednak największe korzyści osiągnęły koncerny przejmujące, uzyskując tanią i sprawną siłę roboczą, dogodne warunki finansowe działalności i zwiększając konkurencyjność dzięki tańszym, ale nadal dobrym jakościowo produktom.

Nie jest to sedno krytyki takiej drogi rozwoju. Ważniejsze jest, że włączenie polskich zakładów w łańcuch dostaw obcych koncernów następuje na poziomie dostawców niższego rzędu. Skazuje to je na mniejszy udział w dochodach i podrzędną rolę wytwórców podzespołów. Jak wskazuje studium Europejskiej Agencji Obrony, plasując się nisko w łańcuchu dostaw i opierając na licencjach, utrwalamy podrzędną rolę. Rozwój technologiczny i trwałość pozycji naszych zakładów w ramach koncernu są uzależnione od decyzji zewnętrznych. Ich kryteria to przede wszystkim koszt, zysk, ryzyko. Nie ma miejsca na ocenę wpływu decyzji na bezpieczeństwo dostaw do polskiego systemu obronnego, na skutki dla gospodarki regionu czy miasta.

Jedynie zakłady wytwarzające produkt finalny, integrujące wiele podsystemów, mogą dawać szanse trwałości produkcji i uzyskania zysków. Przykładem korzystnego przejęcia jest WSK PZL-Świdnik kupiony przez AgustęWestland. Zakład wytwarza nadal swoje oryginalne produkty (W-3 Sokół i SW-4 Puszczyk) i struktury nośne śmigłowców koncernu. Zakład ma wysoką pozycję w łańcuchu dostaw firmy. Rozwija własny potencjał wysokich technologii: kompozyty, próby wytrzymałościowe, bezpilotowe sterowanie. Zakłady składające większość elementów produktu z dostaw z zewnątrz mają mniejszą wartość.

To prawda, wiele z tych przejęć i wspólnych przedsięwzięć, jeśli biorą w nich udział koncerny europejskie, pogłębia związki naszego przemysłu z unijną „technologiczną i przemysłową bazą" (EDTIB) i unijnym „rynkiem sprzętu obronnego". Polska zobowiązała się do wspierania tych procesów, przystępując do UE. Ale już związki z firmami amerykańskimi raczej nie sprzyjają temu procesowi, choć mają swoje zalety.

Polska jest i będzie w Europie. Wiązanie naszej gospodarki z sąsiadami będzie narastało.

Europejska konsolidacja

Mówi się, że rozważany jest kolejny krok wiążący nas z rynkiem obronnym Europy – początkiem byłoby wejście części naszego przemysłu w związek z firmą EADS. W grę wchodzić mogą także grupowanie przemysłów krajów-producentów uzbrojenia (Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, Szwecja) oraz Europejska Agencja Obrony. Ta ostatnia działa wciąż na małą skalę, ale zgrupowanie LoI („List intencyjny") ma poważniejszy program. Zamierza harmonizować wysiłki państw i stworzyć mechanizmy planowania produkcji wojskowej oparte na wspólnych potrzebach. Skonsolidowanie produkcji obronnej UE da jej większą szansę w rywalizacji na rynku globalnym.

To cele, które w pełni popieramy, pod warunkiem że integracja nie będzie prowadzić do likwidacji części naszego przemysłu lub jego wasalizacji. By sprostać temu wyzwaniu, w integracji muszą uczestniczyć silne podmioty polskie, będące partnerem, a nie poddostawcą. Wymaga to wizji rozwoju obliczonej na kilka, kilkanaście lat, koncentrującej wysiłek na obszarach produkcji ważnych z punktu widzenia polskich potrzeb obronnych.

Zbrojeniówka to domena polityki. Niestety, często jest to polityka subiektywnych i krótkookresowych decyzji. Istnieje rozbudowany system nabywania broni, opatrzony przepisami, kontrolowany przez wywiad, NIK, parlament itd. Mimo to często decyzje zakupowe zaskakują. Nie dowiadujemy się, kto ponosi winę za przedłużone procesy zakupowe, za przetargi przerwane nagle po jakoby przemyślanych decyzjach o ich rozpoczęciu, za wydatki na sprzęt, który okazuje się chybioną inwestycją, za dostawę drogiego sprzętu, dokonaną bez zobowiązań kompensacyjnych dostawcy, za przygotowanie wymagań technicznych, które określone są dla wyimaginowanych, a nie istniejących w rzeczywistości systemów broni.

Za tymi decyzjami stoją osoby, które trudno publicznie osądzać, gdyż są gdzieś wysoko w systemie rządzenia. Chroni je polityka albo system jest zwyczajnie niesprawny.

Największe i najdroższe programy oparte na dostawach zagranicznych są przedmiotem nacisków politycznych. Starania firm zagranicznych i stojących za nimi sił politycznych są zrozumiałe. By się przed nimi bronić, trzeba aby polska opinia publiczna znała kryteria, którymi kieruje się państwo. Jeśli program wart jest kilkadziesiąt miliardów złotych, jak np. program „Tarcza Polski" (systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej), to najważniejszym parametrem decyzji o zakupie powinien być jej wpływ na polski przemysł obronny, dający mu wielki impuls rozwojowy i pewność, że technologia będzie w polskich rękach, suwerennie władających jego użyciem, modernizacją i utrzymaniem.

A może ważniejsze są nieokreślone i niepewne związki polityczne? Jeśli wiarygodność sojusznicza miałaby zależeć od tego, czy pozwolimy zarobić danemu koncernowi, źle świadczyłoby to o tym sojuszu. Jak wskazuje niedawny raport Europejskiej Agencji Obrony, inwestycje w sektor zbrojeniowy stymulują wzrost ekonomiczny, a wydatki w sektorze lotniczym, rakietowym, elektronicznym dają największy efekt przepływu technologii do strefy cywilnej i zyski z eksportu. Inwestowanie w inne sektory nie daje takich efektów. Dlaczego więc polityczne decyzje podcięły plany polskich firm, współpracujących w konsorcjum nad programem „Wisła"?

Przed naszym przemysłem obronnym wielka szansa: duży budżet, ambitne plany modernizacyjne wojska, ogromne potrzeby obronne. Tę szansę musimy wykorzystać.

Autor to dyrektor business development PZL-Swidnik SA, w latach 1993–1997 był wiceministrem obrony narodowej

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL