Kultura

Pan Blum nie żyje

PAP/Andrzej Rybczyński
Wczoraj, czyli dwa dni po 66 urodzinach zmarł w Warszawie Andrzej Blumenfeld. Ceniony aktor filmowy i teatralny, radiowy i dubbingowy. Artysta z ogromnym dorobkiem.Ostatnio Mikołaj w hollywoodzkiej produkcji "Wykapany ojciec"

Andrzej Blumenfeld zwany był przez znajomych panem Blumem. Ale to określenie okazało się czymś znacznie więcej niż prostym skrótem nazwiska. Blumenfeld miał bowiem okazję zagrać postać Leopolda Blooma w legendarnej inscenizacji Ulissesa, którą przygotował Henryk Baranowski w nieistniejącym już teatrze Szwedzka 2/4 na warszawskiej Pradze. I to była rola jego życia , wielka kreacja.

Wszyscy, którym dane było oglądać ten spektakl pamiętają doskonale rozerotyzowaną Molly w interpretacji Moniki Niemczyk i Andrzeja Blumenfelda w roli Blooma. Mężczyznę, który doskonale łączył wielkie namiętności, nieśmiałość i niespełnienie, nieokiełznany apetyt na miłość i pożądanie z prozą codziennych obowiązków. Dobrze się stało, że spektakl „…tak chcę.Tak”. czyli wstrząsająca impresja o umierającym czasie został zarejestrowany dla telewizji. Warto byłoby go przypomnieć, nawet wtedy, gdy widz przed telewizorem nie będzie w stanie odczuć w pełni tej zmysłowej opowieści. Nie poczuje chłodnej bryzy ,-scena i widownia wypełnione były wodą, czy zapachu pieczonej przez Blooma dla Molly wątróbki.

Andrzej Blumenfeld lubił eksperymentować w sztuce, chętnie podejmował ryzyko. Szalona wizja Ulissesa w inscenizacji Henryka Baranowskiego mogła przecież zakończyć się skandalem i klęską. Udział Blumenfelda był zawsze nadzieją na to, że obejrzymy rzecz z pewną klasą. Kiedy prześledzimy jego drogę artystyczną w teatrze okaże się, że miał szczęście do mistrzów. Zaczynał od roli Posłańca w głośnej „Antygonie”, którą Adam Hanuszkiewicz otwierał Teatr Mały czyli kameralną scenę Teatru Narodowego. Potem po trzech intensywnych sezonach spędzonych w Koszalinie i Słupsku przeniósł się do Teatru Wybrzeże gdzie zagrał Mortimera w „Marii Stuart”.eżyser ściągnął go potem do Teatru Dramatycznego do Warszawy gdzie zadebiutował w równie głośnej gombrowiczowskiej „Operetce”.

Dramatyczny okazał się dla niego miejscem szczególnym. Przystanią do której chętnie powracał. Grał w spektaklach Prusa, Jarockiego, Łapickiego, Cieślaka. Potem zachwycił się nim Grzegorzewski więc przeszedł do Studia a potem Narodowego. Tu występował w spektaklach Kutza, Bradeckiego, Zadary, Seweryna i oczywiście Grzegorzewskiego. W Dramatycznym najwyraźniej czuł się najlepiej, bo powrócił do niego w 2013 roku. Oprócz tego odkrył w sobie cechy predestynujące go do grania w komediach. Stąd udział m.in. w roli dyrektora opery w „Dajcie mi tenora” w Capitolu oraz spektakle w warszawskiej Komedii. Gościnnie występował też w Teatrze Żydowskim. Niezwykle wszechstronną kartę zapisał w kinie.

Jedną z najciekawszych ról teatralnych Blumenfelda poza Bloomem był tytułowy Pan Paweł Tankreda Dorsta w reżyserii Barbary Sierosławskiej. Świetnie czuł się w tej lekko nadrealistycznej komedii o triumfie indywidualnej wolności człowieka, którą uosabiał jego bohater, abnegat. W wykonaniu Blumenfelda Pan Paweł był jak pisano „ zrównoważony, uparty, chwilami marzycielski i niezniszczalny, jak Wańka-Wstańka" I tę dwoistość a właściwie wielowątkowość natury człowieka świetnie prezentował zarówno w teatrze, jak i filmie. Wystąpił w wielu filmach, swego głosu użyczył w dubbingach oraz był jednym z filarów Teatru Polskiego Radia.

Ciekawym wyzwaniem, co polskim aktorom nie zdarza się często, był udział w dobrze znanej w Polsce hollywoodzkiej produkcji Kena Scotta „Wykapany ojciec” Wcielił się tam w postać polskiego emigranta w Nowym Jorku, ojca głownego bohatera Davida Wozniaka. Dla lepszego przygotowania roli współpracował z profesjonalnym instruktorem z renomowanej uczelni Juliard School.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL