Finanse

Euro, nasz polityczny interes

Wokół unijnej waluty narosły mity – podkreślano podczas debaty
materiały prasowe
Wejście do unii walutowej nie oznacza, że utracimy suwerenność i możliwość reakcji na kryzysy – przekonywali eksperci.

Z deklaracji rządu PiS jasno wynika, że Polska nie wejdzie do strefy euro przynajmniej za jego kadencji, a takie stanowisko popiera 70 proc. społeczeństwa. – Ale nie znaczy to, że nie trzeba próbować zmienić tego nastawienia i walczyć z narosłymi wokół euro negatywnymi mitami – przekonywał Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club podczas debaty „Być albo nie być w Unii Europejskiej" organizowanej w ramach Koalicji ProEuro.

Złoty czy euro

Jednym z koronnych argumentów wysuwanych przez rząd jest to, że tylko własna waluta pozwala na szybsze dostosowanie gospodarki w reakcji na kryzys. Tymczasem uczestnicy debaty przekonywali, że to mit. – W latach 2007–2009 dynamika PKB w strefie euro spadła o 250 proc., a w Polsce o 74 proc. Ale to nie znaczy, że się udało, bo mieliśmy złotego. W tym czasie Czechy ucierpiały znacznie bardziej niż Słowacja, która ma euro od 2009 r. – zaznaczył Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. – Od 2007 r. gospodarka Wielkiej Brytanii, która jest poza strefą, wzrosła o 8,5 proc., a Irlandii, która ma euro – o 34 proc., różnica jest ogromna. Oczywiście wszystko zależy od polityki gospodarczej i kwestia posiadania lub nieposiadania własnej waluty nie jest kwestią pierwszorzędną – zaznaczył ekonomista Stanisław Gomułka.

W Grecji, która rzeczywiście była dotknięta kryzysem z 2008 r., wspólna dla całej unii walutowej polityka pieniężna nie pomagała w odreagowaniu sytuacji. Niemożliwa była deprecjacja własnej waluty, co by zwiększyło konkurencyjność eksportu i poprawiło produktywność gospodarki. – Ale mam nadzieję, że nikt nie wierzy, że przy wykorzystaniu polityki pieniężnej zmiana wielkości nominalnych może w trwały sposób zmienić wielkości realne. Że oddziaływując na kurs walutowy, można na trwałe stymulować wzrost eksportu i wzrost gospodarczy – podkreślał Andrzej Wojtyna, b. członek Rady Polityki Pieniężnej.

Ceny i polityka

Innym mitem może być przekonanie, że przyjęcie euro oznacza ogromny wzrost cen. – Żadne statystyki nie potwierdzają, że nastąpił w tych krajach jakiś szok cenowy – przekonywał Dariusz Rosati, europoseł, były minister spraw zagranicznych. Inna sprawa, że rzeczywiście w wielu krajach wystąpił tzw. efekt cappuccino, czyli nadmiernego wzrostu cen produktów pierwszej potrzeby wynikający z nieuprawnionego zaokrąglania cen. – We Włoszech wyglądało to strasznie. Dla ludzi kwestia cen jest bardzo ważna, nie można jej bagatelizować – mówił ks. Adam Boniecki. I dodał, że takie sprawy należy społeczeństwu tłumaczyć w konkretny sposób. – Nie można uznać, że ktoś po prostu się boi, bo się nie zna. Jeśli chcemy przekonać przeciwników euro, konieczna jest merytoryczna kampania – podkreślał.

Przyjęcie euro w Polsce to nie tylko kwestia gospodarki i ekonomii, ale także naszych politycznych, strategicznych wyborów. A europarlamentarzyści Janusz Lewandowski i Jerzy Buzek przekonywali, że obecność w strefie euro, i to właśnie w tej chwili, jest naszą polską racją stanu. – Wspólna waluta politycznie staje się sprawą kluczową – mówił Buzek. – W Unii szykuje się poważny podział, który nie bardzo mamy jak zatrzymać. Oczywiście są kraje, które nie mają euro i mają się dobrze, ale nie ma się co do nich porównywać. Dla kraju takiego jak Polska sprawa pod względem politycznym jest oczywista – podkreślał Buzek.

– Strefa euro się reformuje, musimy mieć wpływ na te decyzje – mówił Goliszewski. – Jeśli nie, możemy zostać poza marginesem, poza jądrem UE. I zrealizuje się wizja Europy dwóch prędkości – ostrzegał prezes BCC.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL