Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Kultura

Mikołaj Grabowski - rozmowa

Mikołaj Grabowski i Iwona Bielska. Ona – aktorka teatralna ?i filmowa, ceniona za role u Kutza, Lupy i Grabowskiego. ?On – aktor i reżyser, specjalista od Gombrowicza i Schaeffera. Sš małżeństwem nie tylko na scenie
Teatr IMKA, Michał Grabowski Michał Grabowski
Mikołaj Grabowski o sobotniej premierze w stołecznym Teatrze IMKA, przymiarkach do "Fantazego", dyrekcji w Starym i kardynale Ratzingerze - rozmawia z Janem Bończš-Szabłowskim
Rz: Lubi pan wracać do tytułów. Najbliższa premiera w IMCE: „Kto się boi Virginii Woolf?" to trzecia wersja utworu w niemal identycznej obsadzie jak ta zrealizowana przed 13 laty w Krakowie. Mikołaj Grabowski: Mimo niemal identycznej obsady nie można mówić o powtórzeniu inscenizacji. Nie tylko dlatego, że sporš częœć energii poœwięciliœmy teraz na to, by „zedrzeć z siebie" tamto przedstawienie. Po prostu w cišgu tych 13 lat zmienił się œwiat, zmieniliœmy się też my. Trudno byłoby powtórzyć tamtš analizę i tamte emocje. Teraz w rolach znudzonego małżeństwa i pełnych ideałów nowożeńców obsadził pan małżonków z długoletnim stażem i dawnych narzeczonych. Zapowiada się niebezpieczna psychodrama.
Każdš obsadę konstruowałem na podobnej zasadzie. Szczególnie w pierwszej inscenizacji z lat 80., gdy grały dwa autentyczne małżeństwa – moje i brata Andrzeja. Rzeczywiœcie Tomek Karolak zna dobrze Magdę Boczarskš, a Iwonę Bielskš, jak sšdzę, ja znam jeszcze lepiej. Zależało mi – nie ukrywam – na osišgnięciu efektu szczeroœci. Obcujemy ze sobš na bazie tekstu, ani na chwilę nie zapominamy, że jesteœmy aktorami na scenie – ale prywatne relacje się pojawiajš, czy tego chcemy, czy nie. Nie chcemy doprowadzać się do stanu „psychicznej golizny", która byłaby czymœ krępujšcym i dla nas, i dla widzów. Tomasz Karolak traktuje pana jak ojca chrzestnego Teatru IMKA. Gram w IMCE w trzech spektaklach. Przymierzam się do kolejnego... Współpraca z Tomkiem układa się dobrze, będziemy jš z pewnoœciš kontynuować. Myœlimy o kolejnej premierze... Od ponad roku obiecuje pan inscenizację „Fantazego". Z tym utworem Słowackiego zmagam się od lat, realizowałem go na scenach zawodowych, ćwiczyłem ze studentami – myœlę, że wiem o nim naprawdę dużo. Ale nie sšdzę, aby jego dotychczasowy wariant sceniczny był przekonujšcy. W IMCE jest szansa, by zrealizować „Fantazego" w optymalnej obsadzie. Gdyby aktorom udało się zgrać terminy, mógłby może powstać istotny spektakl. Ale czas pokaże. Jako reżyser udowodnił pan, że potrafi czytać klasyków tak, by oddziaływali na emocje widzów. A czego brakuje panu we współczesnej polskiej dramaturgii? Trudno mi wypowiadać się na temat współczesnej dramaturgii, bo przyznam, że nie znalazłem w niej nic takiego, co by przycišgało szczególnie mojš uwagę. Nie znaczy to oczywiœcie, że taka dramaturgia nie istnieje. Jednym z ostatnich spektakli podczas mojej dyrekcji w Starym Teatrze była adaptacja prozy Doroty Masłowskiej. W dzisiejszym teatrze chętnie inscenizuje się powieœci i opowiadania, traktaty filozoficzne; kiedy ja zaczynałem pracę, na scenie królował Gombrowicz, Witkacy, Różewicz i Mrożek. Takš czwórkę dramaturgów trudno dziœ znaleŸć. Ale nie wiem, czy trzeba już zapowiadać œmierć klasycznego dramatu pisanego dla sceny. Przed pana dyrekcjš wielu traktowało Stary Teatr jak szacowne muzeum żyjšce wspomnieniami dawnych wspaniałych czasów. Udało się panu przełamać ten wizerunek? Myœlę, że tak. Ci, którzy wspominajš wielkoœć tej sceny za czasów Swinarskiego, zapominajš, że ten reżyser był niegdyœ odsšdzany od czci i wiary, okreœlany za pomocš niewybrednych epitetów. Teraz to, co robił, jedni uważajš już za muzealne, inni – do których ja się zaliczam – dalej za niezwykle nowatorskie. Ja się nie bałem ryzyka. Wprowadzałem młodych twórców, sięgaliœmy po kontrowersyjne teksty i eksperyment. Szlak jest na tyle przetarty, że moi następcy majš ułatwione zadanie, a publicznoœć jest przyzwyczajona, że Stary Teatr to nie muzeum. Tu bada się i penetruje nowe trendy w sztuce. Reaktywuje pan Teatr Mikołaja Grabowskiego? Ta instytucja cišgle istnieje. Kiedy jš zakładałem, nawet przymierzałem się do konkretnej siedziby. Potem otrzymałem propozycję dyrekcji teatru państwowego, więc poniechałem tamtych planów. Teatr Mikołaja Grabowskiego i prywatny Teatr IMKA to dowód, że sceny prywatne nie muszš się zajmować taniš rozrywkš. Czterokrotnie prowadziłem teatry państwowe. Doceniam ich siłę i kulturotwórczš misję. Nowa rzeczywistoœć ujawnia jednak potrzebę teatrów prywatnych. Ale trudno nie dostrzec nieufnoœci państwa w stosunku do nich. A przecież przykład IMKI najlepiej œwiadczy, że widzowie nie oczekujš tu farsowego repertuaru. Państwo tłumaczy, że w czasach kryzysu nie ma szans na wsparcie finansowe. O pełnym dofinansowaniu nie ma co marzyć. Myœlę, że gest państwa w stosunku do teatrów prywatnych powinien dotyczyć utrzymania bazy do tworzenia produkcji artystycznych. I nie jest to nic nowego. W Krakowie marszałek województwa dogadał się swego czasu z prezydentem miasta i razem stworzyli krakowski teatr Scena STU – powstały na bazie Teatru STU. Do tego projektu dołšczyło z czasem kilku sponsorów i było to bodaj pierwsze w teatrze partnerstwo państwowo- -prywatne. Dodam: udane, a wiem o tym, bo razem z Krzysztofem Jasińskim prowadziłem wtedy tę scenę artystycznie. Niechby podstawowe dotacje starczały na utrzymanie budynku, zapłacenie czynszu i kilka etatów technicznych. Cała reszta należy póŸniej do inicjatywy artystycznej dyrektora prywatnego teatru. On zdecyduje, jak pozyskać sponsorów i publicznoœć. W filmie o Janie Pawle II zagrał pan kardynała Ratzingera. Nie ma pan ochoty powrócić w teatrze do tej postaci, choćby w kontekœcie dzisiejszego katolicyzmu. Podpowiada mi pan, żeby zrobić monodram o Ratzingerze. To rzeczywiœcie ciekawy pomysł i przyjmuje go z pełnš otwartoœciš. rozmawiał Jan Bończa-Szabłowski
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL