Dębowski: Nieuzasadniony strach przed ławnikiem

aktualizacja: 25.01.2013, 09:35

Gdyby ustawa zapewniła, że żaden sędzia nigdy się nie pomyli, mielibyśmy najlepszy na świecie wymiar sprawiedliwości – polemizuje adwokat Rafał Dębowski.

REDAKCJA POLECA
04.05.2015
Ławnik bez oświadczenia majątkowego, ale z kasą za bilet
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne
Wykonuję zawód adwokata, którego istotą jest umiejętność prowadzenia sporu. My, adwokaci, często się spieramy: z przeciwnikami, sędziami, prokuratorami, urzędnikami. W różnego rodzaju wystąpieniach i pismach polemizujemy, apelujemy, odwołujemy się, zaskarżamy poglądy sprzeczne z naszymi. Pewnie najczęściej spieramy się sami ze sobą. Wypracowaliśmy jednak zasady, które chronią nas przed osobistymi animozjami. Nie odnosimy się w polemikach do argumentów ad personam, lecz walczymy na argumenty ad meritum. A przede wszystkim nie przeinaczamy twierdzeń naszych adwersarzy.
Łatwo o błąd, gdy sprawy widzi się z daleka. Tej oczywistej prawdy doświadczył mój zawodowy kolega, adwokat Krzysztof Stępiński. Świadczy o tym treść publikacji pt. „Widziane z Lech am Arlberg" („Rz" z 17.01.2013). Chcę wierzyć, że pan mecenas, rozproszony urlopem na austriackich stokach, po prostu niezbyt uważnie przeczytał mój felieton „Dlaczego nie było ławników?" („Rz" z 10.01.2013). A stąd już prosta droga do litanii pomyłek i płonnych obaw, które trzeba „odczarować", by nie stały się faktami medialnymi.
Tekst stanowiący przedmiot polemiki bynajmniej nie jest wyrazem moich poglądów o wyroku sędziego Tulei. Zaznaczyłem to już w jego pierwszym akapicie. To publikacja poświęcona zupełnie innym zagadnieniom: istocie tajności narady i zaletom kolegialnego orzekania. Wyrok wzbudzający tak wielkie kontrowersje społeczne posłużył jedynie za przykład tego, co może się stać, gdy sądzi się w składzie jednoosobowym; jak pozorna staje się instytucja tajemnicy narady sędziowskiej.

Pomnik adwokata

Moja ocena wyroku sędziego Tulei zawarta została natomiast w uchwale NRA z 12 stycznia 2013 r., tak ładnie opisanej przez redaktora Daniela Passenta w felietonie „Pomnik adwokata", zamieszczonym ostatnio w „Polityce". Passent, pisząc superlatywy pod adresem rzeczonej uchwały, na całe szczęście nie wymienia mnie z nazwiska, choć jestem jej sygnatariuszem. Pewnie także dlatego, że nie wie, kto głosował za, kto przeciw, a kto wstrzymał się od głosu. Zadziałała zasada kolegialności podejmowania decyzji. Ochroniła też mnie przed niepotrzebną gloryfikacją, względnie przed napiętnowaniem.
Mogę zrozumieć pogląd, iż orzekanie w składzie jednoosobowym z punktu widzenia sędziego zawodowego jest łatwiejsze, szybsze i przyjemniejsze. Nikogo do niczego nie trzeba przekonywać, z nikim nic uzgadniać, nikogo o nic nie pytać. Pewnie są nawet sprawy, w których wyrok zostaje ustalony (w głowie sędziego), zanim zakończy się postępowanie dowodowe. Rozumiem, że czasem trudno dotrzeć do znudzonego i śpiącego ławnika. Rozumienie nie oznacza jednak akceptacji.
Nie zgadzam się z poglądem, jakoby instytucja ławnika stanowiła przeszkodę w orzekaniu. Gdyby było tak, jak twierdzi mój adwersarz, to pewnie już dawno ławnicy zniknęliby z sądów, i to nie tylko polskich. Tymczasem są i sądzą w sprawach najbardziej społecznie wrażliwych. Dlaczego? By przeszkadzać sędziemu zawodowemu w jego ciężkiej pracy? By utrudniać wydanie wyroku lub poranne spoglądanie w lustro?
Pozytywną rolę czynnika społecznego w orzekaniu znam nie tylko z monografii prawniczych, filmów w stylu „Dwunastu gniewnych ludzi" czy opowieści starszych kolegów o tym, jak to w stanie wojennym ławnicy przegłosowali sędziego zawodowego, uniewinniając opozycjonistę. Tak się składa, że sam miałem okazję rozmawiać z byłymi ławnikami, w tym z osobami orzekającymi w precedensowych sprawach, po których ustawodawca zmieniał przepisy, choćby dotyczące obrony koniecznej. Wiem, że nie przysypiali ani nie nudzili się na sprawie. Należycie wykonywali swoje obowiązki, między innymi dlatego, że powołanie padło na właściwe osoby. A po wyroku zabierali ze sobą jego ciężar, tak samo, a może nawet jeszcze bardziej niż sędzia. Ciężar ewentualnej pomyłki, bo ta wpisana jest w istotę natury ludzkiej.
Niesprawiedliwe dla wielu rzetelnych ławników sądy mojego zawodowego kolegi nie przekonują mnie. Gdyby bowiem ustawą dało się zagwarantować, iż każdy sędzia będzie obiektywny, wykształcony i doświadczony, i nigdy się nie pomyli, to mielibyśmy najlepszy na świecie wymiar sprawiedliwości. Wręcz zbędna byłaby instancyjność orzekania. Nawet dziecko jednak wie, że nie da się tego osiągnąć zapisem ustawy. Jeśli mamy więc mówić o gwarancjach procesowych, czytaj ustawowych, uczciwego i mądrego wyroku, nie możemy forować rozwiązań utopijnych. Możemy kwestionować sposób doboru ławników, ale nie samą instytucję ławnika i jej procesową przydatność.

Wątpliwy dobry przykład

Ktoś kiedyś mądrze powiedział: nic tak dobrze nie zaciemnia obrazu sprawy jak dobry przykład. Podany w felietonie adw. Stępińskiego przykład sędziego, autorytarnie sądzącego w składzie trzyosobowym, to dobry przykład. Ale wyłącznie tego, jak nie powinno się traktować żadnego człowieka. My pewnie naszego merytorycznego sporu nie rozsądzimy. Każdy z nas pozostanie przy własnym zdaniu. Tych, których nie przekonałem do zalet orzekania w składzie trzyosobowym i pozytywnej roli ławników w procesie, odsyłam do poglądów prof. Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa TK, wyrażonych w wywiadzie, jaki ukazał się na łamach „Rz" pt. „Sędzia musi być odważny" („Rz" z 14.01.2013).

POLECAMY

KOMENTARZE