Komentarze

Piotr Skwieciński o wyroku na doktora G.

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Skazany w piątek za korupcję doktor G. kilka lat temu, gdy zaczynała się sprawa symbolizowana dziś jego nazwiskiem, był przez większość mediów nie tylko z góry uniewinniany, ale wręcz windowany na piedestał. Ba! – pisano, że w ogóle jakiekolwiek działania operacyjne służb podejmowane wobec lekarza (takie jak założenie kamery w miejscu jego pracy) są „podeptaniem świętości gabinetu”, prawie takim, jakim byłoby zainstalowanie podsłuchu w konfesjonale... Padały niedwuznaczne sugestie, że przedstawiciele elit powinni realnie pozostawać poza zasięgiem prawa obowiązującego zwykłych ludzi.
Było to częściowo efektem błędu ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który nadał całej sprawie wielki propagandowy rozmach i w ten sposób sam otworzył pole dla jej politycznych interpretacji. Przede wszystkim jednak zaważyła ówczesna atmosfera i nastawienie mainstreamowych mediów, które w pełni świadomie toczyły wojnę.
Wojnę ze sprawującym wówczas władzę rządem, a także z całym projektem IV RP. Wojnę, w której nie brano jeńców i w której dla pognębienia „kaczystowskiego reżimu” uchodziły wszelkie metody. Doktor G. (tak jak wielu innych będących w tym czasie przedmiotem działań służb) stał się beneficjentem tej sytuacji. Po kilku latach wyrokiem sądowym zakończył się jeden z wątków sprawy (tylko jeden, bo inny – ten, w którym chodzi o możliwość spowodowania śmierci pacjenta, wydzielono do odrębnego postępowania). Zakończył się werdyktem skazującym. Sąd, w piątym roku sprawowania władzy przez polityków wrogich PiS, i rozważając (co naturalne) wszystkie okoliczności sprawy na korzyść oskarżonego, mimo to uznał go za winnego korupcji.
Te okoliczności pozwalają na wpisanie piątkowego werdyktu w bardzo długi już rząd wyroków, których... nie było.
W ciąg spraw, w których sprawującym władzę w latach 2005–2007 bardzo intensywnie usiłowano dowieść rozmaitej rangi przestępstw czy nadużyć, spraw, którym kibicował medialny mainstream, a które zakończyły się niczym. Czy też co najwyżej wykryciem sławetnego dorsza kupionego przez pisowskiego urzędnika za 8,50... Atmosfera grozy i nadciągającego horroru, kreowana w latach 2005–2007, coraz bardziej okazuje się wyłącznie kreacją. Kreacją opartą albo na faktach po prostu nieprawdziwych albo co najmniej monstrualnie przesadzonych. I coraz bardziej aktualnie brzmi słynne zdanie z Kubusia Puchatka: „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”...
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL