Muzyka

Staram się łamać bariery muzyczne

Wayne Shorter
Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Wayne Shorter, amerykański saksofonista i kompozytor, gość Bielskiej Zadymki Jazzowej, opowiada, za co ceni Tinę Turner i jak dzięki muzyce można przejść w inną rzeczywistość
Marek Dusza: Z jaką myślą wychodzi pan na scenę?
Wayne Shorter: Każdy koncert mojego kwartetu jest odpowiedzią na pytanie: jak dalece możemy zmienić naszą muzykę? Ale to powolny proces, który dokonuje się w nas i dopiero później przekłada się na dźwięki. Ma pan znaczący udział w sukcesie albumu Herbiego Hancocka "River: The Joni Letters", który właśnie otrzymał najważniejszą nagrodę Grammy. Czy dla pana było to szczególne nagranie?
Zaciekawił mnie udział tak wielu wokalistek popowych, ale najbardziej zadowolony jestem z tego, że na tej płycie nie krzyczą. Tina Turner wspaniale opowiada historię zawartą w poezji Joni Mitchell. Nie szuka przerw między naszymi frazami, jak większość wokalistek, lecz śpiewa razem z nami. Miles Davis użył kiedyś określenia "śpiewać ponad linią nut". Najczęściej wokalistki trzymają się tylko rytmu, jak roboty. Pamiętam, że wiele lat temu w telewizyjnym talk-show zapytano Tinę, czy zaśpiewałaby jazzową piosenkę. Ona odpowiedziała: kto wie, może kiedyś? To właśnie się stało. Czytałem, że Herbie Hancock chciałby nagrać jazzowy album z Tiną Turner. Myśli pan, że ten plan się powiedzie? Możliwe. Tina ma jeszcze dużo czasu, by się do tego przygotować. Musi słuchać innych, ale przede wszystkim siebie, tak jak w piosence "Edith And The Kingpin" z tego albumu. Nagrywając go, czytaliście nuty i teksty Joni Mitchell. Czy to zmieniło pana podejście do muzyki? Z pewnością, ale nie tylko to. Teksty wywołały dyskusję, rozważaliśmy możliwości interpretacji, każdy zgłaszał swoje pomysły. Chyba na żadnej sesji z moim udziałem nie było tak szczególnej, twórczej atmosfery porozumienia. Jestem jednak muzykiem, tekst jest dla mnie mniej ważny. Dlaczego na płycie jest pana kompozycja "Nefertiti", której Joni Mitchell nigdy nie śpiewała? Joni chciała opisać historię egipskiej królowej, ale nie zdążyła. Pozostała wersja instrumentalna, którą nagra- liśmy wcześniej. Pamiętam, że Miles Davis też lubił ten temat. Mówił, że wszystko w nim jest, nawet improwizacje. Powiedział pan kiedyś, że muzyka jest kroplą w oceanie życia. Może pan rozwinąć tę myśl? Ocean to życie wokół mnie. Ja i moja muzyka to maleńka jego część, tak jak każde życie, nie tylko ludzkie. Ale człowiek jest odpowiedzialny zarówno za siebie, jak i innych. Ci, którzy myślą tylko o sobie, to ignoranci. Sądzi pan, że muzyka może wpływać na słuchaczy? Grając każdą nutę, mam taką nadzieję. Staram się łamać muzyczne bariery, by dowieść, że postęp jest możliwy. Nie chodzi mi o tzw. awangardę, popisywanie się szybkimi dźwiękami, które nic nie znaczą. Ja i moi muzycy wkracza- my w nieznane za każdym razem, kiedy wychodzimy na scenę. To więcej niż awangarda. To wyjście w inny wymiar, w inną rzeczywistość. Myślę, że Beethoven, Chopin, Ravel czy Strawiński mieli te same odczucia, tworząc. Dotykali wieczności. Wielu ludziom się wydaje, że żyją tylko raz i jeśli nie zdobędą czegoś, nie będą tego mieć. Ale jeśli wiesz, że jesteś wieczny, nie troszczysz się o to, co masz teraz. Chciałbym poprosić pana o chwilę wspomnień. Z czym kojarzy się panu określenie "Newark Flash"? Perkusista Max Roach tak mnie nazwał. Pochodzę z Newark, przyjeżdżałem do No- wego Jorku na krótko. Grałem jam session w jakimś klubie i wyjeżdżałem. Pojawiałem się i znikałem jak błysk flesza. Muzycy pytali się nawzajem: kto to jest? "O, przyszedł "Newark Flash"" – mówili potem. A Café Bohemia? Tam spotkałem wszystkich wielkich muzyków, którzy później wyruszyli na wiele lat do Europy. Przyjechałem wtedy na tydzień do Nowego Jorku przed odbyciem służby wojskowej. Max zaprosił mnie na scenę, na kontrabasie grał Oscar Pettiford, przyłączył się Art Blakey. Było nam bardzo smutno, bo to były pożegnalne koncerty. Przyjaźnił się pan z Johnem Coltrane'em. O czym rozmawialiście? O życiu. On zawsze szukał czegoś, co łączy wszystkie jego aspekty. Wróćmy do muzyki. Przecież rozmawiamy o muzyce! Kiedy w czasie prób w ze- spole Milesa Davisa opowiadaliśmy o swoich przeżyciach, Miles słuchał i pytał: czy potrafisz to zagrać? Albo: jeśli to przeżyłeś, zagraj to. Miles wiedział, że życie ma swoje brzmienie. Saksofon, na którym pan gra, został wykonany w tym samym roku co Johna Coltrane'a. Czy ten instrument pomógł panu znaleźć własne brzmienie? Szukanie go jest złożonym procesem, w którym instrument stanowi tylko pewną część. Mam starego selmera wykonanego po wojnie z przetopionych łusek od pocisków armatnich. Pewien producent powiedział mi, że w czasie wystrzału w metalu zachodzą procesy przemiany molekularnej, które wpływają na brzmienie. Ale w Japonii znalazłem nowoczesne instrumenty, które bardzo mi odpowiadają. To z nimi zwykle podróżuję. Na płycie "River: The Joni Letters" i pan, i Herbie Hancock gracie bardzo oszczędnie. Co pan myśli o ciszy w muzyce? Jeśli ma podkreślać ekspresję, akceptuję ją. Cisza daje nam moment na zastanowienie, skupia uwagę. Bo życie co chwila stawia nam pytanie: co będzie później? Oczekiwanie jest ciszą. Jego karierę można podzielić na pięć etapów: grupa Jazz Messengers Arta Blakeya (1959 – 1964), kwintet Milesa Davisa (1964 – 1970), grupa Weather Report (1970 – 1985), solowe nagrania i współpraca z grupą V.S.O.P. i Herbie Hancockiem. Od 2000 r. stoi na czele własnego kwartetu. Otrzymał dziewięć nagród Grammy. – Polska to kraj z sercem – powiedział saksofonista Wayne Shorter, odbierając wczoraj w Bielsku-Białej nagrodę Anioła Jazzu. Kwartet legendarnego muzyka był główną gwiazdą trwającego do niedzieli Lotos Jazz Festival X Bielska Zadymka Jazzowa. Klub Klimat pękał w szwach. Biletów nie było już dawno, a na jedyny występ Shortera w Europie przyjechali miłośnicy jazzu z kilku krajów i wielu polskich muzyków. Było warto, bowiem Shorter zagrał, jakby uskrzydlony nagrodą, jeśli nie lepiej niż rok temu w Warszawie, to na pewno odważniej. Pierwszy utwór trwał ponad czterdzieści minut. O ile utworem można nazwać grupową improwizację czterech wybitnych muzyków: Shortera, pianisty Danilo Pereza, basisty Johna Patitucciego i perkusisty Briana Blade’a. Saksofonista szuka nowych form wyrazu, odrzucając tradycyjne schematy, jak wspólne granie melodii czy następujące po niej improwizacje. Rytm rwał się, zmieniał tempo, krótkie frazy saksofonu rzadko układały się w melodie. Trudno było doszukać się harmonii, a jednak publiczność słuchała tej nowej pod każdym względem muzyki jak zaczarowana. Ale to napięcie musiało dać upust emocjom i w końcu pojawiły się okrzyki zachwytu. Shorter zagrał muzykę przyszłości, która potrafi przekazać słuchaczom energię ze zdwojoną siłą. md
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL