Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Amerykańska mapa świata

Dariusz Rosiak
Fotorzepa, Darek Golik
Zarówno Mitt Romney, jak i Barack Obama sš niespecjalnie zainteresowani Amerykš w roli mocarstwa œwiatowego. Łatwiej im zaakceptować wersję œwiata skurczonš do kilku obszarów – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej”
Barack Obama przegrał pierwszš debatę, Mitt Romney drugš, trzeciš przegrała amerykańska polityka zagraniczna. Żaden z kandydatów tak naprawdę nie chciał o niej mówić, woleli wracać do gospodarki, finansów, ewentualnie przekonywania Amerykanów, jak bardzo – w przeciwieństwie do konkurenta – nadajš się na stanowisko naczelnego wodza największej armii œwiata. Można oczywiœcie uznać, że to wszystko nieważne, w kampanii chodzi wyłšcznie o zdobycie głosów, wszelkie metody sš dozwolone, skoro Amerykanów nie interesuje Afryka subsaharyjska, albo Niemcy, to nie ma sensu o nich mówić.

Glob się kurczy

A jednak kurczenie się œwiata według kandydatów na prezydenta USA to nie tylko zagrywka w kampanii. To postępujšcy element amerykańskiej polityki, którego prezydencka debata była ciekawš ilustracjš. Jeœli ktoœ miał jeszcze jakiekolwiek złudzenia co do zakresu realnego zainteresowania œwiatem (czyli sfery ochrony amerykańskich interesów), to ta debata otwiera oczy.
Debata kandydatów na prezydenta obnażyła prawdę. Liczy się Bliski Wschód z przyległoœciami, liczš się Chiny i szerzej – rejon Pacyfiku. Reszta, w tym Europa, z punktu widzenia Ameryki jest drugorzędna Jeszcze w trakcie debaty blogger serwisu Slate Matthew Yglesias opublikował „mapę œwiata według debaty prezydenckiej na temat polityki zagranicznej w 2012 roku”. Większa częœć globu jest na niej zaczerniona jako nieistniejšca. Istniejš tylko Rosja, Chiny na wschodzie, potem, idšc na zachód, Afganistan i Pakistan. Następnie mamy Iran, Irak, Syrię, Izrael, Arabię Saudyjskš, wreszcie pasek na północy Afryki złożony z Egiptu i Libii, a na zakończenie w tej niewiarygodnie skurczonej wersji globu nieoczekiwanie występuje Mali. To egzotyczne nawišzanie do słów Romneya, który właœnie w Mali dostrzegł dowód na nieprawdziwoœć słów Obamy o tym, że za czasów jego prezydentury œwiatowy terroryzm został osłabiony. Słusznie zresztš dostrzegł to Romney akurat w odniesieniu do Mali. Na mapie nie było Polski – widać autor nie dosłyszał tego słowa z ust Romneya albo uznał (słusznie, jeœli tak uznał) tę cytowanš u nas powszechnie wstawkę za raczej pozbawionš znaczenia. Nie było mowy o największym sojuszniku USA po drugiej stronie Atlantyku – Wielkiej Brytanii, w ogóle nie było mowy o Europie. I znowu – możemy uznać, że w takiej debacie kandydatów interesuje wyłšcznie to, co może im przynieœć głosy wyborców, dlatego odwołujš się oni wyłšcznie do tego, co Amerykanów przeraża, czym można ich nastraszyć po to tylko, by siebie obsadzić w roli jedynego zdolnego uratować naród i państwo. NajwyraŸniej kryzys euro Amerykanów nie przeraża, w każdym razie nie na tyle, by stanowił on realne zagrożenie dla interesów USA. Podobnie kandydaci nie mieli nic do powiedzenia na temat Indii – liczšcej miliard ludzi rodzšcej się potęgi.

Obrona Izraela

Dla wielu ludzi – takich jak niżej podpisany – podziwiajšcych Amerykę, uznajšcych za konieczne utrzymanie jej roli jako dominujšcego mocarstwa na œwiecie i zdolnych nawet wstać o 3 nad ranem, żeby zobaczyć debatę kandydatów na prezydenta, ten spektakl musiał być doœwiadczeniem otrzeŸwiajšcym. Te 90 minut pokazało, kto dla Ameryki się liczy, a kto nie. Liczy się Bliski Wschód z przyległoœciami, liczš się Chiny i szerzej – rejon Pacyfiku. Reszta z punktu widzenia Ameryki jest drugorzędna. Najbardziej liczš się oczywiœcie dwa kraje Iran i Izrael – występujšce zresztš w debacie w połšczeniu. Tu znowu możemy sprawę sprowadzić do potrzeb przedwyborczych. Stosunek do Izraela jest jednš z nielicznych kwestii polityki zagranicznej, która przekłada się w bezpoœredni sposób na głosy i to nie tylko 6 milionów amerykańskich Żydów, ale np. znacznie większej liczby ewangelików, dla których koniecznoœć obrony Izraela jest niemalże dogmatem religijnym. Obama i Romney spierali się, który z nich jest większym jastrzębiem wobec Iranu, co w obu wypadkach zakrawa na farsę. Pierwszy – jako laureat Pokojowej Nagrody Nobla – w istocie nie tylko kontynuuje wojnę z terrorem i politykę ograniczania wpływów Iranu zapoczštkowane przez George’a W. Busha, ale wyprowadził obie te dziedziny na wyższy szczebel rozwoju. Za czasów Obamy wojna z terrorem stała się w istocie stałym elementem amerykańskiej polityki zagranicznej, a jej najbardziej efektywnym wyrazem sš ataki na wroga dokonywane za pomocš samolotów bezzałogowych i grup komandosów operujšcych w każdym miejscu na œwiecie, które uznane jest przez Waszyngton za istotne z punktu widzenia własnych interesów. Europejska lewica może sobie wyobrażać, co chce, na temat Obamy, ale w istocie okazał się on tradycyjnym amerykańskim prezydentem zapewniajšcym wszystkimi możliwymi œrodkami realizację interesów państwa. Romney zapewne zachęcany przez własnych strategów próbował przekonać widzów, że jest gołębiem pokoju (to on, a nie Obama wspomniał np. o Palestyńczykach i braku pokoju na Bliskim Wschodzie), ale nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na złagodzenie amerykańskiej polityki militarnej po ewentualnym zwycięstwie Romneya.

Niebezpieczna mieszanka

Z ostatniej debaty prezydenckiej wyłania się nie tylko obraz polityków zapatrzonych – co zrozumiałe – w głosy wyborów. Niepokojšce jest, że jest to również obraz dwóch przywódców niespecjalnie zainteresowanych Amerykš w roli mocarstwa œwiatowego, gotowych zaakceptować wersję œwiata skurczonš do kilku obszarów, bo taka jest dziœ bezpieczniejsza. Paradoksalnie – skarleniu ambicji politycznych towarzyszy wzmocnienie militarnych działań ze strony USA, zwłaszcza ataków dronów i operacji sił specjalnych. Taka mieszanka jest niebezpieczna dla wszystkich. Œwiat widziany z Waszyngtonu kurczy się i żaden z kandydatów nie ma ochoty go rozszerzać.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL