Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Kraj

Jerzy Pawłowski - szermierz, oficer, skazany za szpiegostwo

Jerzy Pawłowski w 2001 roku
Fotorzepa
Nie mam wcale żalu do swojego kraju i nie czuję się w nim Ÿle. Gdybym myœlał inaczej, to bym wyjechał z Polski, kiedy mi to proponowano - mówił w rozmowie z "Rz" Jerzy Pawłowski, szablista wszech czasów. Dziœ mija 80. rocznica jego urodzin (zmarł w 2005 roku)
Wywiad z archiwum "Rzeczpospolitej" z 2000 roku Był prawnikiem, oficerem Ludowego Wojska Polskiego, malarzem, autorem ksišżek, bioenergoterapeutš. Nade wszystko był jednak szablistš, najlepszym w historii szermierki. Chciał się bić również z systemem politycznym, którego ulubieńcem pozostawał przez długie lata. Za szpiegostwo na 10 lat poszedł do więzienia. Ułaskawiony przez Radę Państwa wyszedł na wolnoœć w 1985 roku. Pierwsza pana olimpiada to Helsinki w 1952 r. Podobno nie mogliœcie pić coca-coli, przed oknami mieliœcie druty kolczaste. Czy to prawda?
Nie pamiętam coca-coli z Helsinek, nie wiem, czy tam już była. Pamiętam natomiast reakcje niektórych ogłupiałych belfrów na warszawskim AWF-ie, którzy czepiali się Ryœka Zuba (szablista, reprezentant kraju - przyp. A.Ł.) za to, że przywiózł coca-colę i częstował chłopaków. O mało go nie zamknęli i nie relegowali z uczelni. Co do drutów kolczastych, nie było ich w sensie dosłownym, ale był bardzo wysoki płot z drucianej siatki, oddzielajšcy nas od zachodnich wrogów. Pewnego dnia przyjechali do wschodniej wioski Amerykanie z wizytš przyjaŸni. Radosne chłopaki wyskakiwały z autobusu, machajšc do nas rękami po przyjacielsku. Pech chciał, że niektórzy wyskakiwali z tego autobusu przez okna. Nie zrobiono nam przy tej okazji specjalnej odprawy kulturalno-oœwiatowej, ale poinformowano surowo, że to były dzikusy, jacyœ zwyrodnialcy, którzy oknem wyłażš. Ekipa była oczywiœcie obficie nasšczona służbš bezpieczeństwa. Takie były czasy. Jak panu poszło w Helsinkach? Z Helsinek pamiętam przede wszystkim to, jak mnie przepraszał Austriak Hubert Loisel. Powiedział, że jestem moralnym zwycięzcš walki, która decydowała o wejœciu do finału szabli. Ja do finału nie wszedłem. Zadałem trafienie, którego nie policzyli, to decydujšce, które zamiast dać mnie, dali Hubertowi. PrzyjaŸniłem się z nim póŸniej, bywałem u niego w Austrii. Był pan na szeœciu olimpiadach. Z której ma pan najmilsze wspomnienia, niekoniecznie sportowe? Fantastycznš olimpiadš była ta meksykańska. I wcale nie dlatego, że zdobyłem tam swój jedyny złoty medal w turnieju indywidualnym, tylko dlatego, że Meksykanie to wspaniali ludzie. Serdeczni, życzliwi, reagujšcy szalenie spontanicznie. Opowiem panu historię. Rok wczeœniej byłem tam na próbie przedolimpijskiej, a ponieważ przepadam za meksykańskš muzykš, chodziłem codziennie wieczorem na Plaza Garibaldi, gdzie grało kilka orkiestr, œpiewano i tańczono "La Palomę". Upodobałem sobie jednš z tych orkiestr, byłem witany okrzykiem "amigo!", płaciłem za "La Palomę" piętnaœcie peso, a potem któregoœ wieczoru przyniosłem muzykom polskš wódkę, co jeszcze naszš przyjaŸń wzmocniło. I proszę sobie wyobrazić, co się dzieje rok póŸniej, na zakończenie igrzysk olimpijskich. Prezydent Meksyku wydaje przyjęcie dla medalistów i niektórych uczestników, wita się z każdym, a kiedy dochodzi do mnie, podaje mi rękę i mówi, że ma dla mnie specjalnš niespodziankę. Odwraca się, daje znak, otwiera się kurtyna, a na małej estradzie jest ta moja zaprzyjaŸniona orkiestra z Plaza Garibaldi, która rżnie "La Palomę". Nie muszę dodawać, jaki byłem wniebowzięty. Nigdy tego nie zapomnę. Złoty medal był tylko skromnym dodatkiem do tej pięknej meksykańskiej olimpiady. Może pamięta pan finałowš walkę z Rosjaninem Markiem Rakitš w tym samym Meksyku? Pokonał go pan jednym trafieniem. Muszę cofnšć się o rok wczeœniej. W Montrealu były mistrzostwa œwiata, tam też walczyłem w finale z Rakitš. Już przed tym finałem zdobyłem tytuł najlepszego szablisty wszech czasów, a do tytułu najlepszego szermierza wszech czasów brakowało mi dwóch punktów. Byłem więc w radosnym nastroju, wszyscy mi gratulowali, aż tu nagle przychodzi do mnie Rakita i mówi: "Jurek, puskaj mienia etu barbu, ty i tak samyj łuczszyj." Ja mu pokrzykuję, żeby się odwalił, nie ma żadnego oddawania walk, ale byłem tyleż radosny, co nieostrożny. Rakita wygrał finał, został mistrzem œwiata, ja tylko wicemistrzem. Po walce znowu do mnie przychodzi i pyta, jak będzie za rok, na igrzyskach w Meksyku. Odpowiadam bez namysłu: "Ja będę pierwszy, a ty będziesz drugi". I tak się stało. Walka była zacięta, Rakita był szermierzem trudnym, zajadłym. I nie był głupi. Wiele lat póŸniej SB rozpowiadała, a polskie media to rozpowszechniały, że CIA kupowała dla mnie walki. A nie chciał nikt kupić u pana walki? Nie sprzedał pan żadnej? Do tego nie było potrzebne aż poœrednictwo CIA. Kiedyœ przyszedł do mnie Rosjanin, nazywał się Nazłymow, i powiedział, żebym mu dał walkę, to on mi da 300 dolarów. Gdyby powiedział: "Jurek, daj mi walkę", to pewnie bym mu dał, ale ta oferta handlowa tak mnie wkurzyła, że mu dowaliłem na planszy. Tym wszystkim, którzy widzieli we mnie handlarza walkami, pazernego na dolary, przypomnę, że jako jedyny szermierz w Polsce dostałem nagrodę De Lorie et Feyerick. Nie ma wyższego odznaczenia i uznania w szermierce za dokonania sportowe i postawę na planszy. To taki szybowcowy Lillienthal. I to nie było coœ, o co zabiegałem, co kalkulowałem, załatwiałem. Dla mnie to było normalne. Jak otrzymałem kiedyœ trafienie, a sędziowie przyznali punkt mnie, to się przyznałem, że mnie trafiono. Węgier Karpati zdobył dzięki temu mistrzostwo œwiata i dziękował mi serdecznie. Działo się to w Rzymie, Włosi byli na mnie wœciekli. Im nigdy nie przychodziło do głowy, że można oddać trafienie. Na pewno pan słyszał, że na turnieju tenisowym w Niemczech pewien szaleniec wstał z trybuny, przesadził ogrodzenie, podbiegł do Moniki Seles i wbił jej nóż w plecy. Chciał w ten sposób pomóc rodaczce Steffi Graf, która nie mogła pokonać na korcie Seles. Podobno panu przytrafiło się coœ podobnego? Tak, to prawda, z tš różnicš, że zakończenie było szczęœliwe. Zdarzyło się to podczas mistrzostw œwiata w Buenos Aires. Wygrałem wtedy z Węgrem Horvatem decydujšcš o tytule mistrza œwiata walkę w turnieju drużynowym. Na bal do Domu Polskiego przyszedł stary emigrant węgierski, nachylił się nad moim stolikiem i zrobił jeden straszliwy błšd: zaczšł mi wymyœlać szpetnie po węgiersku. Nie wiedział, że edukacja szermiercza zaczynała się z Węgrami od klštw. Gdy mu sypnšłem replikš, zaskoczony Węgier zaniemówił i odszedł. Po chwili usłyszałem jakiœ rumor, chciałem się odwrócić, ale mnie przytrzymano, żebym nie widział i nie wiedział, co się za mnš dzieje. A za mnš obezwładniano właœnie tego szaleńca. Ruszył na mnie z nożem sprężynowym, zdšżył wbić ostrze w oparcie krzesła, ale zaraz go poskromiono. Mam ten nóż, jest wœród moich ważnych pamištek. Dlaczego wybrał pan szermierkę? Tupiš, pokrzykujš, nie wiadomo, kto trafił. Nie chciał pan być Cieœlikiem, Chychłš? To wcale nie był pierwszy sport, jaki uprawiałem. Pewnie, że zaczšłem od boksu. Na terenie dawnego Szpitala Ujazdowskiego była hala bokserska. Poszliœmy tam z moim przyjacielem szkolnym, Zygmusiem Grzelakiem i powiedzieliœmy, że chcemy być wielkimi mistrzami, co przyjęto ze zrozumieniem. Zapowiadałem się œwietnie do czasu sparingu z dobrze wytrenowanym chłopakiem, który dał mi kilka razy po głowie. Więcej nie poszedłem. Chciałem tylko bić, a nie wiedziałem jeszcze, że w boksie można również być bitym. W szermierce też jest się bitym, tylko mniej boli. Z boksu nie uciekłem wcale do szermierki. Po drodze była jeszcze lekka atletyka w warszawskiej Polonii. Strasznie chciałem być taki jak Dyzio Ważny (Zenon Ważny, rekordzista Polski w skoku o tyczce - przyp. A.Ł.), skakać o tyczce tak wysoko i pięknie jak on. W wakacje pracowałem w stolarni, żeby zarobić na rower, i tam zrobiłem sobie tyczkę sosnowš. Niestety, trzasnęła przy jednym z pierwszych skoków, omal nie nadziałem się na szpic. Nie mogłem skakać tyle ile Dyzio Ważny, więc zniechęciłem się do tyczki, w ogóle do lekkiej atletyki. Szermierka była dopiero trzecim sportem. Nie miałem do niej specjalnie daleko, bardzo lubiłem Sienkiewicza, w rodzinie nie brakowało tradycji bojowych od dziada pradziada. A jak szermierka, to tylko szabla. Taka szabla, jakš wojowali Wołodyjowski, Skrzetuski, Kmicic. I z takim samym skutkiem. Pierwsze pojedynki toczyłem na podwórzu prawdziwš szablš oficerskš, którš wykopałem w dole na œmieci. Była zniszczona, pordzewiała. Może dobrze dla moich podwórkowych przeciwników, że była zardzewiała i mało ostra. Dlaczego tak wielu ludzi szermierki, w ogóle z pana otoczenia, mówiło, że jest pan zarozumiały, nadęty? Pewnie byłem zarozumiały. Wie pan, byłem taki dobry w tej szabli. Nie tylko zresztš w szabli, bo zdarzyło się kiedyœ, że musiałem wystšpić w naszej szpadowej drużynie i wygrałem z mistrzem œwiata w tej broni aż 5:0. Kiedy byłem prezesem Polskiego Zwišzku Szermierczego, to mówiono, że jestem dyktatorem, przywódcš junty wojskowej, o wszystkim chcę decydować sam. To były takie czasy, że na wysłanie pisma o paszport, na otrzymanie dewiz potrzebna była zgoda zarzšdu, który zbierał się raz na miesišc. Gdybym czekał, aż zbierze się zarzšd, wiele naszych szermierczych ekip nie wyjechałoby na zawody. Decydowałem sam, bo była to koniecznoœć, i uważałem to za normalne. Jedni patrzyli na mnie jak na idola, inni nazywali dyktatorem, nawišzujšc pewnie do munduru majora Ludowego Wojska Polskiego. Pisano też o panu: "Znana była jego namiętnoœć do kart". Czy pan był karciarzem, amatorem hazardu? Nigdy nie byłem hazardzistš sensu stricte. Lubiłem grać w pokera. Była to pewna emocja, rywalizacja. Lubiłem grywać w kasynach, ale grałem dopóty, dopóki wygrywałem. Bilans ogólny musiał być dodatni. Brałem ze sobš tylko 100 dolarów. Wygrywałem ich pieniędzmi. Może dlatego od towarzyszy z SB dostałem ksywę operacyjnš "Gracz". Rozpracowywali "Gracza", nie Jerzego Pawłowskiego. Skoro jesteœmy przy "Graczu". W 1976 roku polski sšd skazał pana na 25 lat pozbawienia wolnoœci za współpracę z wywiadem amerykańskim. W 1984 roku przewodniczšcy Rady Państwa podpisał akt łaski. Rok póŸniej był pan wœród pięciu byłych agentów CIA, których Polska chciała wymienić na swojego asa wywiadu, Mariana Zacharskiego. Czterech przeszło na drugš stronę, pan został. Dlaczego? Kiedy w 1958 roku pierwszy raz wyjeżdżałem do USA na szermiercze mistrzostwa œwiata, amerykański konsul zapytał mnie, czy nie chcę zostać. Odpowiedziałem mu, że jeœli z polskiej ekipy wróci do kraju tylko jeden człowiek, to tym człowiekiem będę ja. I kiedy wiele lat póŸniej, już przy okazji wymiany agentów, znowu zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy nie chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniœci powinni wyjechać do Rosji, jeœli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady. A zna pan zasadę, że ucieczka jest warunkiem przetrwania gatunku? Sugeruje pan, że gdybym wyjechał, czułbym się bezpieczniej. Czy mam przypomnieć, co mówił pułkownik Kukliński w Nowej Hucie przy okazji swojej pierwszej wizyty w kraju od czasu ucieczki do USA? Nie zapomnę jego słów: "Ludzie nie zdajš sobie sprawy, że ja jestem ruinš. Straciłem zdrowie, mam chorš żonę, straciłem dwóch synów". Kiedy otrzymałem ofertę wyjazdu, nie znałem jeszcze doœwiadczeń pułkownika Kuklińskiego, ale przecież jakšœ wiedzę o bezpieczeństwie byłych agentów już miałem. Między innymi takš, że ci, którzy będš ze mnš, mogš ponieœć jakieœ konsekwencje. Nie jest to pewne, ale hipotetycznie możliwe. Żona Szewczenki, ambasadora rosyjskiego przy ONZ, zmarła dwa tygodnie po powrocie do kraju, bo odmówiła pozostania w USA. A jego dzieci - jeden Bóg wie, gdzie one sš. Taka przynajmniej jest moja wiedza o tym, bo trudno powiedzieć, jak było naprawdę. Wtedy, w Berlinie, zdecydowałem się na pozostanie w Polsce, po pierwsze, dlatego że to jest mój kraj, po drugie, dlatego że żona bardzo mnie o to prosiła. To drugie było dla mnie najważniejsze. Po wyjœciu z więzienia napisał pan ksišżkę zatytułowanš "Najdłuższy pojedynek", wydanš w 1994 roku. Ma ona charakter rozrachunkowy: z samym sobš, z przeszłoœciš komunistycznš, z własnym krajem. Jeœli dobrze odczytałem pana intencje, do dzisiejszej Polski ma pan żal o to, że pana zostawia na uboczu, nie rehabilituje. Jesteœmy narodem zatraconym. Jednš z pierwszych ustaw po obaleniu komunizmu, jakš uchwalili Bułgarzy i Rumuni, była ustawa anulujšca wszystkie wyroki polityczne i wiele szpiegowskich. Ci obywatele, którzy pracowali dla wywiadu amerykańskiego, byli rehabilitowani. U nas nie uchwalano podstawowych, życiowych ustaw. Ważniejsza była aborcja, to czy godło państwowe ma być bardziej w lewo, czy bardziej w prawo. Porozumienia "okršgłego stołu" wykluczyły sprawiedliwe osšdzenie przeszłoœci, a "gruba kreska" jest mylnie rozumiana. Chyba byłemu premierowi, Tadeuszowi Mazowieckiemu, o ile go dobrze rozumiem, chodziło o zapomnienie, a nie o przekreœlenie przeszłoœci. Zbrodnie powinny być cały czas œcigane, nie wolno o nich zapominać. Ale nie mam wcale żalu do swojego kraju i nie czuję się w nim Ÿle. Gdybym myœlał inaczej, to bym wyjechał z Polski, kiedy mi to proponowano. We wspomnianej ksišżce przyznaje się pan również do współpracy z WSW i z polskim kontrwywiadem wojskowym. Musiał pan, czy chciał współpracować? Podpisałem zobowišzanie tajnego współpracownika WSW, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza Armii Krajowej. W 1950 roku zaczynał się terror. Poinformowałem natychmiast mojš rodzinę, że mnie złamali. Chciałem jš chronić, tak samo jak dla bezpieczeństwa rodziny nie wyjechałem do USA. Natomiast z wywiadem amerykańskim nie musiałem współpracować, lecz chciałem. Zgłosiłem się sam. To jest cały urok mojej osoby. Może to nie jest trafna przenoœnia, ale całe życie chciał pan trzymać szablę w dłoni. Po wyjœciu z więzienia, pan, mężczyzna po pięćdziesištce, zjawia się na planszy i chce startować z dzieciakami. Narobił pan strasznego zamieszania. Chciałem startować z radoœci, chciałem walczyć, szermierka była mojš pasjš. Zadzwoniłem do Polskiego Zwišzku Szermierczego, rozmawiał ze mnš wiceprezes Adam Lisewski. Zapytałem go, czy zwišzek ma coœ przeciwko temu, żebym wzišł udział w zawodach. Lisewski powiedział: nie ma żadnych przeszkód formalnych, startuj. Potem, jak Judasz, wyparł się wszystkiego. Zaczęła się kampania przeciwko mojej osobie, dowiedziałem się, że jestem wrogiem publicznym numer jeden tego systemu politycznego. Mam takie pismo informujšce, że kontakty sportowe ze mnš uważa się za szkodliwe dla PRL, dla działaczy, trenerów i sportowców. Prezes tego zwišzku, Ryszard Parulski, który mnie publicznie opluwał, tłumaczył się przede mnš, że był wezwany na dywanik przez ówczesnego ministra sportu, Bolesława Kapitana, i otrzymał polecenie, żebym nie pokazywał się na planszy. Gdyby nie ta nagonka, mogłem jeszcze wystartować w mistrzostwach œwiata. Marzyłem o tym. Ale siła złego na jednego. Co pan dzisiaj robi? Żyję normalnie, jako mistrz olimpijski dostaję rentę sportowš. Dużo pracowałem w ostatnich latach jako bioenergoterapeuta. Dzięki uprzejmoœci ordynatora jednego z warszawskich szpitali pomagałem pacjentom. Ale to jest dla mnie bardzo wyczerpujšce. Wolę posiedzieć w domu, trochę pomalować. Od czasu do czasu będę przyjmował pacjentów. Przesłaniem bioenergoterapii nie jest biznes, ale pomoc. Lubię pomagać ludziom. Sierpień 2000 Jerzy Pawłowski - Zdobywca pięciu medali olimpijskich. W klasyfikacji indywidualnej złoty (1968) i srebrny (1956), w drużynowej dwa srebrne (1956 i 1960) i bršzowy (1964). - Zdobywca jedenastu medali na mistrzostwach œwiata: w klasyfikacji indywidualnej trzy złote (1957, 65 i 66), dwa srebrne (67 i 71); w klasyfikacji drużynowej trzy złote (59,62, 63), jeden srebrny (54) i dwa bršzowe (57,58). - Był 12 razy indywidualnym mistrzem Polski i 13 razy zdobywał ten tytuł w turniejach drużynowych. - Szablista wszech czasów, drugi w klasyfikacji szermierza wszech czasów za Włochem Eduardo Mangiarottim. - W plebiscycie ogłoszonym w 1974 r. wybrany na najlepszego sportowca 30-lecia PRL. Wyprzedził wtedy Irenę Szewińskš i Józefa Schmidta. - Zwycięzca dwóch plebiscytów "Przeglšdu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski (1957, 1968). - W kwietniu 1974 r. aresztowany za współpracę z wywiadem amerykańskim, w 1975 r. skazany na 25 lat więzienia. Ułaskawiony w 1984 r. przez Radę Państwa.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL