Jerzy Pawłowski - szermierz, oficer, skazany za szpiegostwo

aktualizacja: 25.10.2012, 00:00
Jerzy Pawłowski w 2001 roku
Jerzy Pawłowski w 2001 roku
Foto: Fotorzepa

Nie mam wcale żalu do swojego kraju i nie czuję się w nim źle. Gdybym myślał inaczej, to bym wyjechał z Polski, kiedy mi to proponowano - mówił w rozmowie z "Rz" Jerzy Pawłowski, szablista wszech czasów. Dziś mija 80. rocznica jego urodzin (zmarł w 2005 roku)

Wywiad z archiwum "Rzeczpospolitej" z 2000 roku
Był prawnikiem, oficerem Ludowego Wojska Polskiego, malarzem, autorem książek, bioenergoterapeutą. Nade wszystko był jednak szablistą, najlepszym w historii szermierki. Chciał się bić również z systemem politycznym, którego ulubieńcem pozostawał przez długie lata. Za szpiegostwo na 10 lat poszedł do więzienia. Ułaskawiony przez Radę Państwa wyszedł na wolność w 1985 roku.
Pierwsza pana olimpiada to Helsinki w 1952 r. Podobno nie mogliście pić coca-coli, przed oknami mieliście druty kolczaste. Czy to prawda?
Nie pamiętam coca-coli z Helsinek, nie wiem, czy tam już była. Pamiętam natomiast reakcje niektórych ogłupiałych belfrów na warszawskim AWF-ie, którzy czepiali się Ryśka Zuba (szablista, reprezentant kraju - przyp. A.Ł.) za to, że przywiózł coca-colę i częstował chłopaków. O mało go nie zamknęli i nie relegowali z uczelni. Co do drutów kolczastych, nie było ich w sensie dosłownym, ale był bardzo wysoki płot z drucianej siatki, oddzielający nas od zachodnich wrogów. Pewnego dnia przyjechali do wschodniej wioski Amerykanie z wizytą przyjaźni. Radosne chłopaki wyskakiwały z autobusu, machając do nas rękami po przyjacielsku. Pech chciał, że niektórzy wyskakiwali z tego autobusu przez okna. Nie zrobiono nam przy tej okazji specjalnej odprawy kulturalno-oświatowej, ale poinformowano surowo, że to były dzikusy, jacyś zwyrodnialcy, którzy oknem wyłażą. Ekipa była oczywiście obficie nasączona służbą bezpieczeństwa. Takie były czasy.
Jak panu poszło w Helsinkach?
Z Helsinek pamiętam przede wszystkim to, jak mnie przepraszał Austriak Hubert Loisel. Powiedział, że jestem moralnym zwycięzcą walki, która decydowała o wejściu do finału szabli. Ja do finału nie wszedłem. Zadałem trafienie, którego nie policzyli, to decydujące, które zamiast dać mnie, dali Hubertowi. Przyjaźniłem się z nim później, bywałem u niego w Austrii.
Był pan na sześciu olimpiadach. Z której ma pan najmilsze wspomnienia, niekoniecznie sportowe?
Fantastyczną olimpiadą była ta meksykańska. I wcale nie dlatego, że zdobyłem tam swój jedyny złoty medal w turnieju indywidualnym, tylko dlatego, że Meksykanie to wspaniali ludzie. Serdeczni, życzliwi, reagujący szalenie spontanicznie. Opowiem panu historię. Rok wcześniej byłem tam na próbie przedolimpijskiej, a ponieważ przepadam za meksykańską muzyką, chodziłem codziennie wieczorem na Plaza Garibaldi, gdzie grało kilka orkiestr, śpiewano i tańczono "La Palomę". Upodobałem sobie jedną z tych orkiestr, byłem witany okrzykiem "amigo!", płaciłem za "La Palomę" piętnaście peso, a potem któregoś wieczoru przyniosłem muzykom polską wódkę, co jeszcze naszą przyjaźń wzmocniło. I proszę sobie wyobrazić, co się dzieje rok później, na zakończenie igrzysk olimpijskich. Prezydent Meksyku wydaje przyjęcie dla medalistów i niektórych uczestników, wita się z każdym, a kiedy dochodzi do mnie, podaje mi rękę i mówi, że ma dla mnie specjalną niespodziankę. Odwraca się, daje znak, otwiera się kurtyna, a na małej estradzie jest ta moja zaprzyjaźniona orkiestra z Plaza Garibaldi, która rżnie "La Palomę". Nie muszę dodawać, jaki byłem wniebowzięty. Nigdy tego nie zapomnę. Złoty medal był tylko skromnym dodatkiem do tej pięknej meksykańskiej olimpiady.
Może pamięta pan finałową walkę z Rosjaninem Markiem Rakitą w tym samym Meksyku? Pokonał go pan jednym trafieniem.
Muszę cofnąć się o rok wcześniej. W Montrealu były mistrzostwa świata, tam też walczyłem w finale z Rakitą. Już przed tym finałem zdobyłem tytuł najlepszego szablisty wszech czasów, a do tytułu najlepszego szermierza wszech czasów brakowało mi dwóch punktów. Byłem więc w radosnym nastroju, wszyscy mi gratulowali, aż tu nagle przychodzi do mnie Rakita i mówi: "Jurek, puskaj mienia etu barbu, ty i tak samyj łuczszyj." Ja mu pokrzykuję, żeby się odwalił, nie ma żadnego oddawania walk, ale byłem tyleż radosny, co nieostrożny. Rakita wygrał finał, został mistrzem świata, ja tylko wicemistrzem. Po walce znowu do mnie przychodzi i pyta, jak będzie za rok, na igrzyskach w Meksyku. Odpowiadam bez namysłu: "Ja będę pierwszy, a ty będziesz drugi". I tak się stało. Walka była zacięta, Rakita był szermierzem trudnym, zajadłym. I nie był głupi. Wiele lat później SB rozpowiadała, a polskie media to rozpowszechniały, że CIA kupowała dla mnie walki.
A nie chciał nikt kupić u pana walki? Nie sprzedał pan żadnej? Do tego nie było potrzebne aż pośrednictwo CIA.
Kiedyś przyszedł do mnie Rosjanin, nazywał się Nazłymow, i powiedział, żebym mu dał walkę, to on mi da 300 dolarów. Gdyby powiedział: "Jurek, daj mi walkę", to pewnie bym mu dał, ale ta oferta handlowa tak mnie wkurzyła, że mu dowaliłem na planszy. Tym wszystkim, którzy widzieli we mnie handlarza walkami, pazernego na dolary, przypomnę, że jako jedyny szermierz w Polsce dostałem nagrodę De Lorie et Feyerick. Nie ma wyższego odznaczenia i uznania w szermierce za dokonania sportowe i postawę na planszy. To taki szybowcowy Lillienthal. I to nie było coś, o co zabiegałem, co kalkulowałem, załatwiałem. Dla mnie to było normalne. Jak otrzymałem kiedyś trafienie, a sędziowie przyznali punkt mnie, to się przyznałem, że mnie trafiono. Węgier Karpati zdobył dzięki temu mistrzostwo świata i dziękował mi serdecznie. Działo się to w Rzymie, Włosi byli na mnie wściekli. Im nigdy nie przychodziło do głowy, że można oddać trafienie.
Na pewno pan słyszał, że na turnieju tenisowym w Niemczech pewien szaleniec wstał z trybuny, przesadził ogrodzenie, podbiegł do Moniki Seles i wbił jej nóż w plecy. Chciał w ten sposób pomóc rodaczce Steffi Graf, która nie mogła pokonać na korcie Seles. Podobno panu przytrafiło się coś podobnego?
Tak, to prawda, z tą różnicą, że zakończenie było szczęśliwe. Zdarzyło się to podczas mistrzostw świata w Buenos Aires. Wygrałem wtedy z Węgrem Horvatem decydującą o tytule mistrza świata walkę w turnieju drużynowym. Na bal do Domu Polskiego przyszedł stary emigrant węgierski, nachylił się nad moim stolikiem i zrobił jeden straszliwy błąd: zaczął mi wymyślać szpetnie po węgiersku. Nie wiedział, że edukacja szermiercza zaczynała się z Węgrami od klątw. Gdy mu sypnąłem repliką, zaskoczony Węgier zaniemówił i odszedł. Po chwili usłyszałem jakiś rumor, chciałem się odwrócić, ale mnie przytrzymano, żebym nie widział i nie wiedział, co się za mną dzieje. A za mną obezwładniano właśnie tego szaleńca. Ruszył na mnie z nożem sprężynowym, zdążył wbić ostrze w oparcie krzesła, ale zaraz go poskromiono. Mam ten nóż, jest wśród moich ważnych pamiątek.
Dlaczego wybrał pan szermierkę? Tupią, pokrzykują, nie wiadomo, kto trafił. Nie chciał pan być Cieślikiem, Chychłą?
To wcale nie był pierwszy sport, jaki uprawiałem. Pewnie, że zacząłem od boksu. Na terenie dawnego Szpitala Ujazdowskiego była hala bokserska. Poszliśmy tam z moim przyjacielem szkolnym, Zygmusiem Grzelakiem i powiedzieliśmy, że chcemy być wielkimi mistrzami, co przyjęto ze zrozumieniem. Zapowiadałem się świetnie do czasu sparingu z dobrze wytrenowanym chłopakiem, który dał mi kilka razy po głowie. Więcej nie poszedłem. Chciałem tylko bić, a nie wiedziałem jeszcze, że w boksie można również być bitym.
W szermierce też jest się bitym, tylko mniej boli.
Z boksu nie uciekłem wcale do szermierki. Po drodze była jeszcze lekka atletyka w warszawskiej Polonii. Strasznie chciałem być taki jak Dyzio Ważny (Zenon Ważny, rekordzista Polski w skoku o tyczce - przyp. A.Ł.), skakać o tyczce tak wysoko i pięknie jak on. W wakacje pracowałem w stolarni, żeby zarobić na rower, i tam zrobiłem sobie tyczkę sosnową. Niestety, trzasnęła przy jednym z pierwszych skoków, omal nie nadziałem się na szpic. Nie mogłem skakać tyle ile Dyzio Ważny, więc zniechęciłem się do tyczki, w ogóle do lekkiej atletyki. Szermierka była dopiero trzecim sportem. Nie miałem do niej specjalnie daleko, bardzo lubiłem Sienkiewicza, w rodzinie nie brakowało tradycji bojowych od dziada pradziada. A jak szermierka, to tylko szabla. Taka szabla, jaką wojowali Wołodyjowski, Skrzetuski, Kmicic. I z takim samym skutkiem. Pierwsze pojedynki toczyłem na podwórzu prawdziwą szablą oficerską, którą wykopałem w dole na śmieci. Była zniszczona, pordzewiała. Może dobrze dla moich podwórkowych przeciwników, że była zardzewiała i mało ostra.
Dlaczego tak wielu ludzi szermierki, w ogóle z pana otoczenia, mówiło, że jest pan zarozumiały, nadęty?
Pewnie byłem zarozumiały. Wie pan, byłem taki dobry w tej szabli. Nie tylko zresztą w szabli, bo zdarzyło się kiedyś, że musiałem wystąpić w naszej szpadowej drużynie i wygrałem z mistrzem świata w tej broni aż 5:0. Kiedy byłem prezesem Polskiego Związku Szermierczego, to mówiono, że jestem dyktatorem, przywódcą junty wojskowej, o wszystkim chcę decydować sam. To były takie czasy, że na wysłanie pisma o paszport, na otrzymanie dewiz potrzebna była zgoda zarządu, który zbierał się raz na miesiąc. Gdybym czekał, aż zbierze się zarząd, wiele naszych szermierczych ekip nie wyjechałoby na zawody. Decydowałem sam, bo była to konieczność, i uważałem to za normalne. Jedni patrzyli na mnie jak na idola, inni nazywali dyktatorem, nawiązując pewnie do munduru majora Ludowego Wojska Polskiego.
Pisano też o panu: "Znana była jego namiętność do kart". Czy pan był karciarzem, amatorem hazardu?
Nigdy nie byłem hazardzistą sensu stricte. Lubiłem grać w pokera. Była to pewna emocja, rywalizacja. Lubiłem grywać w kasynach, ale grałem dopóty, dopóki wygrywałem. Bilans ogólny musiał być dodatni. Brałem ze sobą tylko 100 dolarów. Wygrywałem ich pieniędzmi. Może dlatego od towarzyszy z SB dostałem ksywę operacyjną "Gracz". Rozpracowywali "Gracza", nie Jerzego Pawłowskiego.
Skoro jesteśmy przy "Graczu". W 1976 roku polski sąd skazał pana na 25 lat pozbawienia wolności za współpracę z wywiadem amerykańskim. W 1984 roku przewodniczący Rady Państwa podpisał akt łaski. Rok później był pan wśród pięciu byłych agentów CIA, których Polska chciała wymienić na swojego asa wywiadu, Mariana Zacharskiego. Czterech przeszło na drugą stronę, pan został. Dlaczego?
Kiedy w 1958 roku pierwszy raz wyjeżdżałem do USA na szermiercze mistrzostwa świata, amerykański konsul zapytał mnie, czy nie chcę zostać. Odpowiedziałem mu, że jeśli z polskiej ekipy wróci do kraju tylko jeden człowiek, to tym człowiekiem będę ja. I kiedy wiele lat później, już przy okazji wymiany agentów, znowu zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy nie chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniści powinni wyjechać do Rosji, jeśli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady.
A zna pan zasadę, że ucieczka jest warunkiem przetrwania gatunku?
Sugeruje pan, że gdybym wyjechał, czułbym się bezpieczniej. Czy mam przypomnieć, co mówił pułkownik Kukliński w Nowej Hucie przy okazji swojej pierwszej wizyty w kraju od czasu ucieczki do USA? Nie zapomnę jego słów: "Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ja jestem ruiną. Straciłem zdrowie, mam chorą żonę, straciłem dwóch synów". Kiedy otrzymałem ofertę wyjazdu, nie znałem jeszcze doświadczeń pułkownika Kuklińskiego, ale przecież jakąś wiedzę o bezpieczeństwie byłych agentów już miałem. Między innymi taką, że ci, którzy będą ze mną, mogą ponieść jakieś konsekwencje. Nie jest to pewne, ale hipotetycznie możliwe. Żona Szewczenki, ambasadora rosyjskiego przy ONZ, zmarła dwa tygodnie po powrocie do kraju, bo odmówiła pozostania w USA. A jego dzieci - jeden Bóg wie, gdzie one są. Taka przynajmniej jest moja wiedza o tym, bo trudno powiedzieć, jak było naprawdę. Wtedy, w Berlinie, zdecydowałem się na pozostanie w Polsce, po pierwsze, dlatego że to jest mój kraj, po drugie, dlatego że żona bardzo mnie o to prosiła. To drugie było dla mnie najważniejsze.
Po wyjściu z więzienia napisał pan książkę zatytułowaną "Najdłuższy pojedynek", wydaną w 1994 roku. Ma ona charakter rozrachunkowy: z samym sobą, z przeszłością komunistyczną, z własnym krajem. Jeśli dobrze odczytałem pana intencje, do dzisiejszej Polski ma pan żal o to, że pana zostawia na uboczu, nie rehabilituje.
Jesteśmy narodem zatraconym. Jedną z pierwszych ustaw po obaleniu komunizmu, jaką uchwalili Bułgarzy i Rumuni, była ustawa anulująca wszystkie wyroki polityczne i wiele szpiegowskich. Ci obywatele, którzy pracowali dla wywiadu amerykańskiego, byli rehabilitowani. U nas nie uchwalano podstawowych, życiowych ustaw. Ważniejsza była aborcja, to czy godło państwowe ma być bardziej w lewo, czy bardziej w prawo. Porozumienia "okrągłego stołu" wykluczyły sprawiedliwe osądzenie przeszłości, a "gruba kreska" jest mylnie rozumiana. Chyba byłemu premierowi, Tadeuszowi Mazowieckiemu, o ile go dobrze rozumiem, chodziło o zapomnienie, a nie o przekreślenie przeszłości. Zbrodnie powinny być cały czas ścigane, nie wolno o nich zapominać. Ale nie mam wcale żalu do swojego kraju i nie czuję się w nim źle. Gdybym myślał inaczej, to bym wyjechał z Polski, kiedy mi to proponowano.
We wspomnianej książce przyznaje się pan również do współpracy z WSW i z polskim kontrwywiadem wojskowym. Musiał pan, czy chciał współpracować?
Podpisałem zobowiązanie tajnego współpracownika WSW, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza Armii Krajowej. W 1950 roku zaczynał się terror. Poinformowałem natychmiast moją rodzinę, że mnie złamali. Chciałem ją chronić, tak samo jak dla bezpieczeństwa rodziny nie wyjechałem do USA. Natomiast z wywiadem amerykańskim nie musiałem współpracować, lecz chciałem. Zgłosiłem się sam. To jest cały urok mojej osoby.
Może to nie jest trafna przenośnia, ale całe życie chciał pan trzymać szablę w dłoni. Po wyjściu z więzienia, pan, mężczyzna po pięćdziesiątce, zjawia się na planszy i chce startować z dzieciakami. Narobił pan strasznego zamieszania.
Chciałem startować z radości, chciałem walczyć, szermierka była moją pasją. Zadzwoniłem do Polskiego Związku Szermierczego, rozmawiał ze mną wiceprezes Adam Lisewski. Zapytałem go, czy związek ma coś przeciwko temu, żebym wziął udział w zawodach. Lisewski powiedział: nie ma żadnych przeszkód formalnych, startuj. Potem, jak Judasz, wyparł się wszystkiego. Zaczęła się kampania przeciwko mojej osobie, dowiedziałem się, że jestem wrogiem publicznym numer jeden tego systemu politycznego. Mam takie pismo informujące, że kontakty sportowe ze mną uważa się za szkodliwe dla PRL, dla działaczy, trenerów i sportowców. Prezes tego związku, Ryszard Parulski, który mnie publicznie opluwał, tłumaczył się przede mną, że był wezwany na dywanik przez ówczesnego ministra sportu, Bolesława Kapitana, i otrzymał polecenie, żebym nie pokazywał się na planszy. Gdyby nie ta nagonka, mogłem jeszcze wystartować w mistrzostwach świata. Marzyłem o tym. Ale siła złego na jednego.
Co pan dzisiaj robi?
Żyję normalnie, jako mistrz olimpijski dostaję rentę sportową. Dużo pracowałem w ostatnich latach jako bioenergoterapeuta. Dzięki uprzejmości ordynatora jednego z warszawskich szpitali pomagałem pacjentom. Ale to jest dla mnie bardzo wyczerpujące. Wolę posiedzieć w domu, trochę pomalować. Od czasu do czasu będę przyjmował pacjentów. Przesłaniem bioenergoterapii nie jest biznes, ale pomoc. Lubię pomagać ludziom.
Sierpień 2000
Jerzy Pawłowski
- Zdobywca pięciu medali olimpijskich. W klasyfikacji indywidualnej złoty (1968) i srebrny (1956), w drużynowej dwa srebrne (1956 i 1960) i brązowy (1964).
- Zdobywca jedenastu medali na mistrzostwach świata: w klasyfikacji indywidualnej trzy złote (1957, 65 i 66), dwa srebrne (67 i 71); w klasyfikacji drużynowej trzy złote (59,62, 63), jeden srebrny (54) i dwa brązowe (57,58).
- Był 12 razy indywidualnym mistrzem Polski i 13 razy zdobywał ten tytuł w turniejach drużynowych.
- Szablista wszech czasów, drugi w klasyfikacji szermierza wszech czasów za Włochem Eduardo Mangiarottim.
- W plebiscycie ogłoszonym w 1974 r. wybrany na najlepszego sportowca 30-lecia PRL. Wyprzedził wtedy Irenę Szewińską i Józefa Schmidta.
- Zwycięzca dwóch plebiscytów "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski (1957, 1968).
- W kwietniu 1974 r. aresztowany za współpracę z wywiadem amerykańskim, w 1975 r. skazany na 25 lat więzienia. Ułaskawiony w 1984 r. przez Radę Państwa.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE