Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Lekkoatletyka

Maria Kwaśniewska Maleszewska: Ja bym za siebie nie wyszła

Maria Kwaœniewska na igrzyskach w Berlinie w 1936 roku
YouTube
Prowadziłam sanitarkę w bombardowanej, palšcej się Warszawie w pierwszych dniach wrzeœnia. Kierowcę zabili, nie było komu jeŸdzić, jeŸdziłam ja. Po wyzwoleniu skończyło się to moim drugim zamšżpójœciem - mówiła oszczepniczka Maria Kwaœniewska w rozmowie z "Rz"
5 lat temu, 17 paŸdziernika 2007 roku, w wieku 94 lat zmarła Maria Kwaœniewska-Maleszewska, oszczepniczka, medalistka olimpijska. Fragment wywiadu z archiwum "Rzeczpospolitej", maj 2000 Jak to było w sporcie przed wojnš? Czy łatwiej było o dżentelmenów? Gdy sięgam pamięciš wstecz, mam wrażenie, że dziwnie wyższa była moralnoœć. Pomijajšc nawet tych ludzi, których po wojnie wynieœliœmy na ołtarze. Bo przecież wielu naszych sportowców, olimpijczyków tak wspaniale spisało się w momencie zagrożenia dla ojczyzny. Inne było wychowanie młodzieży. Wiem z autopsji, że bardzo krótko trzymano mnie w domu. Byłam jedynaczkš, oczkiem w głowie rodziców i starszych braci, ale dyscyplina była przeogromna. Punktualnoœć powrotów do domu, żadnego pałętania wieczorami po mieœcie. To były rzeczy oczywiste. Szkoła bardzo pomagała. Pamiętam, że w moim gimnazjum w Łodzi nauczycielki dyżurowały na deptaku. Wypatrywały uczennic, a każda musiała być w berecie, ze znaczkiem szkoły, w mundurku. Nie wolno było się poruszać tak jak teraz. Obyczajowoœć się zmieniła diametralnie. I myœlę, że ten luz dany młodzieży po wojnie nie za bardzo korzystnie wpłynšł na samodyscyplinę.
A wojna? Jak pani przetrwała wojnę? Sport nie był mi wtedy w głowie, na pewno... Wraz z kolegami, tak myœlę, dobrze spełniliœmy obowišzek wobec ojczyzny. Byliœmy patriotami. Ten patriotyzm był w nas. Dwudziestolecie międzywojenne może było zbyt krótkie, żeby poczuć się zupełnie wyzwolonym. Cišgle wisiał nad nami ten bicz, ale kiedy przyszło zagrożenie, nie było jednego zawodnika, który by nie stanšł do walki. Kusociński, Lokajski i agent numer jeden, czyli Szajnowicz, Zabierzowski, Głuszek - to wszystko byli młodzi ludzie, młodzi sportowcy. A przecież sš to bohaterowie. Pani była z nimi, trzymaliœcie się razem. Co pani robiła w czasie wojny? Po pierwsze wróciłam pod pršd do Warszawy 2 wrzeœnia. Byłam przecież faworytkš na olimpiadę w Tokio w czterdziestym roku. Siedziałam we Włoszech, wysłana na stypendium przez Polski Zwišzek Lekkiej Atletyki z najlepszymi trenerami. Najpierw na Wybrzeżu Lazurowym, potem w Genui. Mieszkałam nad samym morzem. Przyjechałam do kraju pod pršd. Już się mówiło o wojnie, więc mogłam zostać. Wszyscy mnie do tego namawiali, ale ja nie chciałam. Na granicy w Zebrzydowicach patrzyli na mnie trochę jak na wariata. Tabuny ludzi wyjeżdżały z kraju, a ja wracałam do Warszawy, chociaż nie bardzo miałam czym i jak. Podróżowałam różnymi œrodkami lokomocji, wozami, pocišgami. W końcu trafiłam. Ponieważ w roku trzydziestym ósmym skończyłam kurs sanitarny, przeciwlotniczy, natychmiast mnie zmobilizowano do sanitarki przeciwlotniczej w Warszawie na Wybrzeżu Koœciuszkowskim, gdzie rozpoczynałam swojš pierwszš pracę zawodowš, w elektrowni warszawskiej, w 1938 roku. Tam właœnie nosiłam żołnierzy, m. in. z okopów znad Wisły. Potrafiłam na ramieniu przenieœć postrzelonego młodego żołnierzyka... Za to należy się medal. Był medal dla pani? Dostałam Krzyż Walecznych. Miałam za sobš kurs samochodowy. Prowadziłam sanitarkę w bombardowanej, palšcej się Warszawie w pierwszych dniach wrzeœnia. Kierowcę zabili, nie było komu jeŸdzić, jeŸdziłam ja. Po wyzwoleniu skończyło się to moim drugim zamšżpójœciem, z dyrektorem naczelnym elektrowni, inżynierem i słynnym komendantem obrony elektrowni Wybrzeża Koœciuszkowskiego, panem Julianem KoŸmińskim. Wyniosłam się z Warszawy do podmiejskiej Podkowy Leœnej. Ile razy była pani zamężna? To już moja osobista sprawa. W każdym razie trzy razy miałam œlub w koœciele. I to dwa razy na Jasnej Górze. Miałam wszystkie niezbędne papiery. Jestem trzykrotnš wdowš, więc chyba jestem jakimœ unikatem. I jestem wierna. Po trzecim zamšżpójœciu nie zamierzałam już nigdy zawierać czwartego zwišzku małżeńskiego. Jedno było studenckie, jedno wojenne, a to trzecie było najprawdziwsze w sensie prawdziwego uczucia. Moim trzecim mężem był Wołodia Maleszewski, znany przecież wszystkim (koszykarz, a potem trener reprezentacji Polski koszykarzy - zmarł w roku 1983 - przyp. m.j.) Naprawdę było i uczucie, i nareszcie zawišzanie rodziny. To były niesłychanie ciężkie lata dla nas, ale nie chcę tych lat wspominać. Nie chcę wrogom robić przykroœci. Opowiadać kto, kiedy i gdzie tak nas strasznie przyciskał do ziemi. Byłam w szóstym miesišcu cišży i nie wiedziałam, czy mój mšż wróci, czy nie wróci, bo cišgle był na przesłuchaniach. Chciał być prawnikiem. Był naprawdę do tego przygotowany. Miał wielkš inteligencję, mógł być naprawdę dobrym prawnikiem. Niestety wyrzucili go z uczelni po jednym semestrze, bo był synem prezydenta Wilna, którego NKWD zamordowało w Wilnie w 1939 roku. Nie ma co wracać do tych faktów, gorycz została już dawno przełknięta. Zgodnie z zasadami Ojca Œwiętego, którego zawsze będę uważać za pierwszego Polaka w naszej historii - chociaż bardzo kochałam dziadka Piłsudskiego - uważam, że umieć przebaczać to bardzo ważna rzecz. Ja się tego nauczyłam. Dlatego dziœ nie chcę mieć wrogów i nie pamiętam wrogów. A pamięta pani Hitlera? Oczywiœcie, że pamiętam. To słynna historia: zaprosił paniš do loży na olimpiadzie w Berlinie. Pani była trzecia w rzucie oszczepem, dwie Niemki przed paniš. Jak to przebiegało? Nie lubię tego wspominać, ale tak było. Hitler zaprosił do loży wszystkie trzy oszczepniczki. Byli tam też Göring, Goebbels i inni. Wiem, że kiedy gratulował pani medalu, palnęła pani coœ, co potem Goebbels musiał odkręcać. Co to było? Kiedy Hitler powiedział: "Gratuluję małej Polce", ja mu na to: "Wcale nie czuję się mniejsza od pana". Bo on miał 1,60 w czapce, a ja 1,66 wzrostu. Więc był ogólny œmiech. Prasa niemiecka podawała potem, że Hitler gratulował nie małej Polce, a małej Polsce. Nie wiedzieli już, jak z tego wybrnšć. Uznano paniš za najpiękniejszš sportsmenkę olimpiady w Berlinie. Pewnie wódz chciał mieć twarzowš fotkę. Były takie głupoty. Na każdej olimpiadzie wybierajš najładniejszš dziewuchę. Takie tam głupstwa. A to zdjęcie w loży w Hitlerem... Do tej pory dostaję z Niemiec wory listów z proœbš o autografy. To mnie denerwuje. Straciłam częœć rodziny na Wschodzie i na Zachodzie. Hitler czy Stalin - obu bym powiesiła na szubienicy. Ale Niemcy do tego inaczej podeszli. Z domu wyniosłam brak sympatii dla Niemców, jeszcze większy niż dla Ruskich. Stšd jestem taka, jaka jestem. Ale to zdjęcie z Hitlerem pomogło wielu Polakom. Uratowało wiele istnień. W Pruszkowie mi pomogło. To był słynny obóz, w którym Niemcy rozdzielali ludzi - kobiety oddzielnie, mężczyŸni oddzielnie: starsi do Oœwięcimia, młodzi do obozów pracy, itd. Był w tym obozie tzw. barak chorych. Z tego baraku wyprowadzało się ludzi po stu, stu pięćdziesięciu... Jak pani to robiła? Po prostu, pokazywałam przy bramie tę mojš fotografię z Hitlerem. Żandarmi traktowali jš jak ausweis. Bili w czapę i przepuszczali mi transport. Co było dalej? Wyprowadzałam ludzi na zewnštrz do Pruszkowa, potem brałam do Podkowy do domu. W moim domu miałam obóz przejœciowy. Przewinęło się wiele osób, znanych i nieznanych. Mieszkała u mnie Ewa Szelburg-Zarembina, Stasio Dygat. Mieszkał taki chłopiec z przestrzelonym płucem, który dziœ ma 70 lat i nadal pisze do mnie kartki. Jest pani samarytankš, pani Marysiu. Tak, i wyniosłam to z domu. Matka i ojciec bardzo pomagali ludziom. Nie tylko w sensie dawania pieniędzy. Starzy łodzianie do dzisiaj pamiętajš, że wszystkie owoce z naszego sadu szły do szpitala. Jako 12-letnia dziewczyna jeŸdziłam z chłopcami, żeby dostarczyć te owoce i inne produkty. Dużo biedy było w Łodzi. W stosunku do biednych zawsze miałam opiekuńcze cišgoty. Nie tylko wobec biednych. Również wobec skrzywdzonych. Ponad trzydzieœci lat przyjaŸni się pani z Ewš Kłobukowskš. Ona paniš traktuję jak matkę. Wy wszyscy jesteœcie moimi dziećmi, a o Ewie, którš skrzywdzono, nie mogę mówić. Już dawno ta sprawa jest nieaktualna. Idea olimpijska jest dla pani czymœ ważnym, jednak dzisiaj został z niej wyłšcznie szkielet słów, których życie nie potwierdza. Sport się zmienia, bo œwiat się zmienia. Pleni się doping i skrajny materializm. Tam, gdzie wchodzi w grę pienišdz, za pienišdzem idzie zło - chcemy czy nie chcemy. Kiedyœ sport był romantyczny. Ale nie możemy żyć przeszłoœciš. Musimy myœleć do przodu, nie gubišc tego, co było i jest ważne. Sport nawet zmaterializowany, moralnie skrzywiony i tak ma wartoœci, których nie wolno stracić. Ideały olimpijskie sš dzisiaj zmęczone, ale sš. Dopóki istniejš, choćby na papierze, warto się wysilać, bo cišgle jest przed nami cel. Kocha pani sportowców. Za co? Za to, że chcš do czegoœ dšżyć; że chcš być lepsi od siebie. A ci, którzy na nas patrzš, niech nie patrzš z zazdroœciš, tylko niech robiš to samo. Jak ktoœ ma forsę, niech sobie kupi rakietę i idzie grać w tenisa. Jak nie ma forsy, niech bierze dresy i biega po œcieżce zdrowia, ale niech coœ ze sobš robi i w sposób szlachetny wyładowuje się w sporcie. To jest przesłanie proste i łatwe do spełnienia, które sportowcy adresujš do społeczeństwa przez samš w nim obecnoœć. Kiedyœ, pamiętam, wzięłam dres i pobiegłam do Parku Saskiego. Poczštkowo patrzyli na mnie jak na wariatkę. Starsza pani pod 70-tkę, a tu raptem biega, robi wygibasy przy drzewie itd. Na drugi dzień przychodzi do mnie starsza pani: czy ja się mogę do pani przyłšczyć. I tak się zrobiła grupa starszych kobiet, około 35. Ja potem weszłam w wir swoich spraw i przestałam przychodzić, ale została moja następczyni, pani 65-letnia. I do dzisiejszego dnia kilka pań jeszcze tam biega. Jest to spontaniczna forma sportu i bardzo dobrze. Jaka pani właœciwie jest? Jakby pani siebie okreœliła? Mam do siebie dużo zastrzeżeń. Jestem za bardzo spontaniczna, ekspresyjna. Rozpiera mnie cišgle energia. Budzę się w nocy i myœlę o różnych sprawach: jakby pomóc temu czy tamtemu. W tej chwili mam problemy, z którymi muszę się sama uporać, a one nie dotyczš mnie. Sobie poœwięcam najmniej uwagi i czasu. Powinnam już z tym skończyć, ale myœlę sobie: nie mogę, bo los przedłużył ci życie w jakimœ celu. Widocznie żšdajš od ciebie, żebyœ jeszcze coœ dobrego zrobiła. Jaka jestem?... Ja bym za siebie za mšż nie wyszła. Mam dwoje dzieci i dwoje wnuczšt. Rodzina nie ma ze mnie pociechy, rzadko bywam w domu. Tak było zawsze. Mówiłam dzieciom i mówię wnukom: nie możecie się podpierać ani matkš, ani babciš. Pracujcie sami na siebie, na własnš pozycjš. Mnie nikt nie pomagał. W trudnych chwilach borykałam się sama, a tragedie nie sš mi obce. Nie obchodzę imienin ani urodzin. Nie obchodzę dlatego, że 46 lat temu moja matka zmarła na moich rękach dokładnie w dzień moich imienin i urodzin, bo mam je jednego dnia. Jaka jestem?... Kocham samotnoœć, kocham przyrodę. Żadnej istoty nie pozbawię życia. Za głupiš muchš będę latać po domu ze œcierkš, aż jš przepędzę, ale nie zabiję. Ale przede wszystkim kocham ludzi. Ludzie nie sš doskonali, bywajš Ÿli i co z tego? Mamy stać i patrzeć, jak zło zwycięża? Mamy uciekać, gdy kogoœ bijš, gdy komuœ potrzeba naszej pomocy? Mamy żyć wyłšcznie własnymi sprawami, robić szmal, kariery i nie przejmować się innymi, ludzkš biedš, ludzkimi nieszczęœciami? Przenigdy! Nie na tym polega życie. Nawet największy drań potrafi się pohamować, a nawet zmienić na lepsze, gdy zamiast agresji, której się spodziewa, trafia na trochę ludzkiego ciepła. Własnym przykładem można zdziałać wiele, więcej niż nam się zdaje. Człowiek ma rozum, żeby myœleć, i serce, żeby kochać. Tylko wtedy jest pełnym człowiekiem, żyje pełniš życia. Nam się wydaje, że ideały olimpijskie umarły, ale tak nie jest. One się cišgle odradzajš w młodych sercach, w banalnych okolicznoœciach. Dekorujšc pewnš dziewczynkę, powiedziałam jej: trenuj pilnie, a za rok albo dwa będziesz stała na pierwszym miejscu, a nie na trzecim. I po roku to dziecko do mnie podchodzi i mówi: - "Miała pani rację, dzisiaj wygrałam." Zawsze, kiedy jadę w teren - a jeżdżę do dużych miast i małych dziur - wyrywam z PKOl-u jakieœ znaczki, naklejki, proporce. Przecież nie mogę wyjœć do młodzieży z pustymi rękami. Wtedy już rozdałam większoœć pamištek i gdy podeszła ta dziewczynka, miałam ostatniš naklejkę, więc jej dałam. I wiesz co Mareczku, to dziecko tę głupiš naklejkę PKOl wzięło i niosło jak relikwię. Czy to nie jest piękne? MARIA KWAŒNIEWSKA-MALESZEWSKA urodziła się 15 sierpnia 1913 roku w Łodzi, zmarła 17 paŸdziernika 2007 roku w Warszawie. Występowała w barwach ŁKS i AZS Warszawa. Bršzowa medalistka w rzucie oszczepem na olimpiadzie w 1936 roku w Berlinie. Złoty medal na Œwiatowych Igrzyskach Kobiet w roku 1934. 13-krotna mistrzyni Polski w rzucie oszczepem, trójboju i pięcioboju (1931 - 46), 5-krotna rekordzistka Polski. Reprezentantka Polski w siatkówce i koszykówce. Współzałożycielka Klubu Olimpijczyka, działaczka PKOl i PZLA. Jako pierwszy Polak odznaczona w 1978 roku bršzowym medalem Orderu Olimpijskiego. Maj 2000 Obejrzyj film Leni Riefenstahl "Olympia", z zapisem startu Marii Kwaœniewskiej na igrzyskach w Berlinie
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL