Wyzwoleni z technicznej perfekcji

aktualizacja: 14.10.2012, 22:21
Przemysław Pokrycki „Ślub No. 1”, 2008
Przemysław Pokrycki „Ślub No. 1”, 2008
Foto: Fotorzepa, Przemysław Pokrycki PP Przemysław Pokrycki

Dziś pstrykają już prawie wszyscy. Ale czy to znaczy, że przybyło nam artystów i dobrych zdjęć?

Sylwetki prawie 100 współczesnych fotografów (od tych zajmujących się modą, reportażem, portretami, po tych przeglądających archiwa), ponad 500 kolorowych zdjęć i przegląd najważniejszych trendów proponuje „Decydujący moment". Zobacz galerię zdjęć
To pierwsza książka podsumowująca ostatnią dekadę w fotografii. Dekadę, w której upowszechniły się aparaty cyfrowe. Telefonami komórkowymi robi się profesjonalne sesje. Zdjęcia ogląda się przede wszystkim na monitorach, a coraz to nowych kadrów jest tyle, że oczy aż robią się czerwone. Dziesięciolecie zaczęło się fenomenem umieszczania zdjęć na fotoblogach, a kończy dominacją Facebooka, do którego zdjęcia płyną z naszych smartfonów  rzeką szerszą od Amazonki i Wołgi razem wziętych.
– Amatorską fotografię napędza Facebook. Robię fotę, wrzucam do sieci i czekam na reakcję. Coraz więcej osób nie wysyła już do siebie esemesa, tylko samo zdjęcie. To rodzaj komunikacji ze światem. Nazywam to emofotografią, bo opowiada prawie wyłącznie o przeżyciach samego autora: ja widzę, ja jem, ja jadę – mówi Adam Mazur, autor książki o nowych zjawiskach w polskiej fotografii po roku 2000.
– Fotografia jak żadna inna dziedzina sztuki zależy od technologii i co kilka, kilkanaście lat, kiedy tylko na rynku pojawi się nowy wynalazek, wszystko w niej się zmienia. Wszystko, nawet tak podstawowe kategorie jak: kto to jest fotograf? Co to jest dobre zdjęcie? Po co się je robi? Kto na nim zarabia? Przestawiają się klocki i zasady ustawia się od nowa – mówi Kuba Dąbrowski, fotograf wykształcony w czeskiej Opavie, a pracujący w Warszawie, Mediolanie, Paryżu. – Jeszcze parę lat temu sam gest trzymania komórki do fotografowania kojarzył się raczej obciachowo. Aż do pojawienia się programu Hipstamatic.
Prosta rzecz, którą najtrudniej było wymyślić – aplikacja, która nieuniknione niedoskonałości miniaturowego aparatu zmienia w korzyści. Zestaw algorytmów przetwarza zdjęcie, by sprawiało wrażenie, jakby wykonał je ktoś znający się na technice fotografowania: podbicie kontrastu, przebarwienia, łuny, wpadające światło. Klatki prawie zawsze wyglądają superatrakcyjnie. Nawet te „z niczego".
Wielu zawodowych fotografów twierdzi, że technika i masowość fotografii doprowadziły ją do pauperyzacji, sprowadziły do ładnej widokówki. Nie zgadza się z tym Łukasz Trzciński, fotograf: – Dzisiejsza fotografia wyzwoliła nas z przymusu technicznej perfekcji, która przez lata ograniczała. Liczy się to, co chcesz powiedzieć swoimi zdjęciami, nikt nie dyskwalifikuje cię tylko dlatego, że źle coś skadrowałeś albo dostarczyłeś wadliwą odbitkę.
Wszyscy są jednak zgodni: mamy taki przesyt zdjęć, że trzeba na nowo zapytać: do czego służy fotografia?
– Ciągle wierzę, że do  tego, by dokumentować świat. Aby ludzie za 50 lat wiedzieli, jak żyliśmy na początku XXI wieku. Dlatego masowość ma zalety: ten obraz życia będzie bardziej bezpośredni – mówi Kuba Dąbrowski. – Kiedyś agencja Magnum wysyłała swoją gwiazdę Martina Parra z Anglii do Chin, by zrobił materiał o tamtejszej klasie średniej. Dziś można obejrzeć ten proces, przeglądając amatorskie zdjęcia w Internecie.
– Fotografia jest jak urządzanie mieszkań: wszyscy się na tym znają. Efekt jest taki, że w polskich domach królują ściany żółte, łososiowe, ciężkie Swarzędze. Trudno zrozumieć ludziom, że najlepsze dla nich byłyby ściany białe i proste meble z Ikei – śmieje się Mikołaj Długosz, fotograf i kurator.
Odpowiednikiem kolorowych ścian są zdjęcia z Iphone'a, mebli z Ikei – najprostsze możliwe kadry przy naturalnym świetle. Coraz więcej osób wybiera właśnie to drugie. Konrad Pustoła dokumentuje niedokończone domy, Przemysław Pokrycki uroczystości rodzinne (chrzest, wesela, pogrzeby). Inni za pomocą zdjęć oswajają historyczne demony: Elżbieta Janicka wybiera się z aparatem w dzielnice, które powstały na gruzach getta warszawskiego, Wojciech Wilczyk wybiera budynki, w których kiedyś mieściły się synagogi, Andrzej Kramarz miejsca, gdzie dochodziło do masowych mordów podczas II wojny światowej.
Krzysztof Zieliński w cyklu „Millennium School" dokumentuje szkołę swego dzieciństwa. Jeszcze inni jak Nicolas Grospierre ociepla nam architekturę modernizmu, do niedawna wzgardzane bloki z wielkiej płyty, opuszczone ośrodki wczasowe.
– Nastąpiło totalne rozmycie tożsamości. Trudno dziś postawić granicę między fotografią mody, komercyjną a sztuką. A może jeszcze inaczej: fotograf musi dziś robić sesje dla komercyjnych klientów, umieć zdobyć grant za granicą, odnaleźć się w galerii – twierdzi Mazur.
Rośnie jednak grupa twórców, którzy odmawiają dokładania się do wzbierającego oceanu zdjęć. – Nie mam zaufania do ludzi, którzy lubią fotografować – deklaruje wprost Trzciński, który stoi za projektem „Take Me", opartym na zdjęciach zamieszczanych na portalach randkowych przez kobiety z Europy Wschodniej.
Długosz wywołał parę lat temu burzę, wybierając do serii „Real Foto" autentyczne zdjęcia zamieszczone na portalu internetowym Allegro.pl. Dziś rolą fotografa jest coraz częściej porządkowanie i wybieranie z chaosu, z ogromu obrazów znaczących całości, które nie przytłoczą, lecz sprawią, że wyobraźnia widza zacznie pracować w inny sposób.
Na jeszcze inną strategię wskazuje Jakub Śwircz, kurator przygotowujący książkę o współczesnej kulturze wizualnej. – Część twórców sięga po rożnego rodzaju konstrukcje, wykonuje specjalne obiekty, pracuje niemal rzeźbiarsko i dopiero efekt tej pracy staje przed obiektywem aparatu. Przypomina to pracę filmowca, konstruktora lub rzeźbiarza. W tym kontekście wystarczy spojrzeć na prace Bownika, Filipa Berendta czy Anny Orłowskiej. To są rzeczy trudne w realizacji. Długotrwałe, pieczołowicie przygotowywane i również pochłaniające środki finansowe.
Dzisiejsi 20–30-latkowie z aparatami w dłoni to pokolenie tanich biletów lotniczych, podróży bez paszportu, znajomych rozsianych po całej Europie. Wystawa Roberta Franka w Londynie? Dla wielu to nie kłopot.
– Niedawno byłem na spotkaniu z takimi ludźmi i mówili o Terrym Richardsonie czy Ryanie McGinleyu jak o swoich kolegach. Jest w tym doza bezczelności, zapatrzenia się w nich jak we współczesnych celebrytów. Ale wiedza jeszcze nikomu nie przeszkadza – mówi Mazur.
– Wiem, że to trudny i fascynujący czas dla wszystkich zajmujących się fotografią. Nikt nie wie, co się wykluje. Studentom daję jedną radę: nikogo nie słuchajcie, bo wszyscy są zagubieni nie mniej niż wy! Myślcie i róbcie po swojemu – żartuje Dąbrowski, wykładający na Akademii Fotografii.
KOMENTARZ DNIA
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE