Masowa edukacja degeneruje

aktualizacja: 30.09.2012, 17:57
Aleksander Nalaskowski,  pedagog
Aleksander Nalaskowski, pedagog
Foto: Fotorzepa, Marcin Łobaczewski MŁ Marcin Łobaczewski

Młodzi ludzie nie mają dziś elementarnej wiedzy o literaturze pięknej, a nawet o klasycznym kinie. Dziwi ich, dlaczego zabraniam żuć gumę na zajęciach - mówi profesor nauk humanistycznych w rozmowie z Michałem Płocińskim

Rozpoczyna się rok akademicki. Pan stwierdził kiedyś, że rodzice oczekują od szkoły „edukacji w stylu pop", a czego oczekują od wyższej uczelni studenci?
Bardzo często niczego, studia to dla nich czas przewegetowania. Podobnie studia doktoranckie - idą na nie często ci, którzy albo po pięciu latach studiowania nie znaleźli pracy, albo ci, którym nie chce się jeszcze zaczynać poważnej pracy. W tej chwili te studia kończą się bez konieczności zrobienia doktoratu, czyli można sobie pięć lat nic nie robić i dostać dyplom ukończenia studiów doktoranckich.
Odpłatność studiów jest więc potrzebna?
Inaczej się chyba nie da; dawno runął mit oświaty bezpłatnej. Tak jak seminaria duchowne są płatne (chyba od wieków), tak i inne studia powinny wiązać się z jakąś odpłatnością, może niewielką, ale taką, by chociaż złamać pewną psychologiczną barierę i by studiowali ci, którym naprawdę zależy i którym to się przyda. Oczywiście dla najlepszych można wymyślić system stypendialny, ale rzeczy darmowych się nie docenia. Zadajmy sobie pytanie, czy stać nas dziś na to, by za publiczne pieniądze kształcić legion nieuków, którzy mają potem te dyplomy za nic i których te dyplomy inni mają za nic, bo to działa w dwie strony. Ale nie można wprowadzać odpłatności tylko po to, by łatać dziurę w budżecie.
Upiecze się dwie pieczenie na jednym ogniu...
Tylko że to jest bardzo niebezpieczny sposób myślenia. Na edukacji nie można oszczędzać, bo to inwestycja, więc czy stać nas, by w to nie inwestować?... Możemy oczywiście być gubernią taniej siły roboczej, tylko to trzeba narodowi jasno powiedzieć. Może rząd uważa, że Polacy są genetycznie uszkodzeni, nie mają dobrych mózgów i nigdy nie będą wymyślali rakiet? Może dlatego nie chce wyrzucać pieniędzy na jakąś tam edukację... Być może dlatego zmierzamy do nieuchronnego końca. System kształcenia to ciągłość. Zaczyna się od przedszkola, a kończy w laboratorium odkrywców. Nie będzie noblistów bez dobrych przedszkoli i szkół.
Swoich studentów też tak krytycznie pan ocenia?
Na każdym roku, na którym wykładam, zawsze znajdzie się jakaś para żywo zainteresowanych oczu, która ustawia mnie emocjonalnie: wydaje mi się, że wszyscy są tacy fajni i słuchający. Potem na egzaminie okazuje się, że spośród reszty wielu nie rozumie najprostszych rzeczy. To jest trochę taki problem niespasowania: my jako profesorowie jesteśmy jeszcze mocno XIX-wieczni, reprezentujemy pewną kindersztubę, tradycję szacunku dla uczelni, autorytetu profesora itd., za to studenci oczekują chyba innej generacji wykładowców. My się z trudem przebijemy ze swoimi kamizelkami, zegarkami na łańcuszku czy punktualnością i poprawną polszczyzną.
Kanon kulturowy jednak zawsze podlegał ewolucji.
Ale studentów dziwi dziś nawet to, dlaczego zabraniam żuć gumę na zajęciach. Muszę tłumaczyć, że to nieeleganckie, ale dla młodych ludzi to archaiczne pojęcie. Właśnie dlatego powszechnie uważa się, że studenci są coraz gorsi, bo te różnice między nami są coraz większe. Wartości takie jak okazywanie szacunku innym, ustępowanie miejsca starszym, kultura wyrażania się (zwłaszcza w miejscach publicznych) to już relikty przeszłości. Do tego młodzi ludzie nie mają elementarnej wiedzy o literaturze pięknej czy nawet o klasycznym kinie, dlatego też bardziej współczesne dzieła zupełnie inaczej interpretują niż my. Tak samo jest z wartościami estetycznymi - studenci mają problemy z dostrzeganiem tego, co my nazywamy pięknem, bo ukształtowani są na zupełnie innej estetyce.
Myśli pan, że mamy do czynienia z jakimś przełomem cywilizacyjnym?
Dla mnie to nawet nie tyle przełom, ile wręcz kanion Kolorado -  to olbrzymia przepaść. Ale w trakcie przełomu nigdy nie docenia się jego roli, a prawdopodobnie spowoduje on poważne zmiany. Dokonają się pewne przewartościowania etyczne: może się zmienić np. wartość małżeństwa czy w ogóle wartość życia. Przecież dzisiejsze boje o edukację są taką walką starego z nowym. W kulturze postfiguratywnej to ojciec przekazywał wszystko synowi, a dziś, zobaczmy, ilu rzeczy się uczymy od własnych dzieci. W konsekwencji tych zmian to, co dla nas jest absolutnie nieetyczne, dla „nowego" będzie już jak najbardziej dopuszczalne, bo my nie dajemy rady przekazywać im wartości podstawowych.
Powinniśmy przekonywać społeczeństwo do wychowywania w duchu konserwatywnych wartości?
Ludzie sami muszą się przekonać, że tradycyjne wartości są bardzo ważne. Nikomu, kto kompletnie nie rozumie tej potrzeby, nikt z zewnątrz tego nie wytłumaczy. Niestety, naród buduje się przez lata, a psuje w czasie jednej generacji. Prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie się przed tym bronić, więc przebudzenie prawdopodobnie nastąpi dopiero wtedy, gdy już będzie za późno.
Dlaczego nie doceniamy dobrego wychowania?
Ten problem zaczął się na początku lat 90. Ludzie zaczęli się szybko dorabiać, niestety głównie w myśl zasady, że pierwszy milion trzeba ukraść. I teraz tak: mam swój drogi dom, zatrudniam pracowników, znam odpowiednich ludzi, więc jestem bardzo ważny. To nic, że za tym nic nie stoi, żadne wykształcenie czy poziom kultury... Jestem ważny, więc co tam jakiś intelektualista, który zarabia 1200 zł miesięcznie, będzie mi tu się mądrzył... Takie myślenie przechodzi potem na dzieci. Wychowanie i wykształcenie przestają być traktowane poważnie.
Co więc się liczy dla pracodawców?
Oni też myślą w kategoriach „pop"; oczekują pracowników, którzy będą cyborgami umiejącymi konkretne rzeczy, i tyle. A przecież bardzo ważne jest to, jak się ktoś wysławia, bo to naprawdę świadczy o człowieku. Tak jak świadczą o nas książki, jakie trzymamy na półkach. Do tego przecież w wielu zawodach język jest bardzo ważny, bo jak taki lekarz ma komuś wytłumaczyć, co mu dolega, skoro on ma problem z używaniem przyimków?
Jednak dzisiejszy świat podobno wymusza ścisłą specjalizację, więc może rzeczywiście wiedza ogólna to przeżytek?
O ścisłej specjalizacji mówi się także w sporcie, jednak dla każdego sportowca podstawą jest przecież trening ogólnorozwojowy. Piłkarze nie tylko kopią piłkę, a ciężarowcy nie tylko dźwigają sztangę. Wiedza ogólna to nie jest coś, co jest nam potrzebne tu i teraz, ale to wiedza, która nas kształtuje. Rzadko kto pamięta z liceum przekrój eugleny zielonej albo przebieg funkcji, ale to nie znaczy, że to nie było nam do niczego potrzebne. My po prostu nie doceniamy tej wiedzy, która nas ukształtowała i której, naturalnie, już nie pamiętamy.
W liceum ma być większy nacisk na profile edukacyjne -  np. w klasie humanistycznej będzie mniej fizyki. Ten pomysł też się panu nie podoba?
Mój nauczyciel fizyki mawiał, że „fizyka kształtuje mięśnie mózgu", podobnie matematyka. Wykształcenie ogólne buduje grunt pod wiedzę szczegółową. Bez opanowania logiki nie jesteśmy w stanie napisać dobrego reportażu, a bez elementarnej znajomości literatury, metaforyki, skutecznie nie wytłumaczymy pacjentowi, co mu dolega.
Liceum nie uczy już wysławiania się?
Uczyło, gdy było małą akademią, która dawała naprawdę szerokie wykształcenie. Nie każdy był w stanie je opanować, więc do liceów szli tylko najlepsi uczniowie. Kolejna selekcja była na studiach i człowiek z dyplomem należał już do elity elit. Jednak reszta miała alternatywę #<\a> oni kończyli zawodówki i pracowali potem w zakładach rzemieślniczych. Ale kto dziś naprawia zegarki, obciąga guziki, kto wszywa zamki? Nikomu nie potrzeba już grawerów czy modystek. Wszystkie produkty przychodzą do nas taniej z Chin i Tajwanu. Lokalni przedsiębiorcy więc zbankrutowali, a wraz z nimi odeszły i szkoły zawodowe.
Ale dlaczego dzisiejsze licea nie kształcą już na tak wysokim poziomie?
Bo masowy uczeń nie jest w stanie sprostać tak wysokim wymaganiom intelektualnym. Poprawność polityczna nie pozwala jednak, by tylko 30 proc. uczniów zdawało egzaminy, więc obniżono poziom matury. Licealiści lądują potem, niejako z musu, na studiach, bo nie ma dla nich pracy, więc to taka edukacja zastępcza, a nie wyższa. Tylko że bycie studentem daje im pewien status, a wtedy oczekują oni zniżek, stypendiów i tego, że edukacja będzie bezpłatna itd. Część studentów oczywiście na siebie zarabia, innych utrzymują rodzice, ale i ci mają różne roszczenia. Masowość prowadzi do degeneracji systemu. To zaś prowadzi do braku zaufania pracodawców do dyplomów, co skutkuje tym, że ludzi po studiach i tak zatrudnia się na najniższych stanowiskach i najwyżej potem się ich awansuje, jeśli naprawdę coś potrafią.
Ci, którzy skończyli dobre studia, chyba więc sobie poradzą.
Wystarczy dokładnie przyglądać się dyplomom: kto absolwenta uczył, jakie miał oceny, o czym pisał prace itd. Gdybyśmy tak czynili, to okazałoby się, że ludzi z wyższym wykształceniem jest zdecydowanie mniej, niż oficjalnie się twierdzi, bo rynek sam by pokazał, które dyplomy są prawdziwe, a których miejsce jest w koszu.
Do kosza nadają się dyplomy z uczelni prywatnych?
To nie takie proste. Na wielu uczelniach prywatnych też pracują wybitni profesorowie i świetnie wykładają. Ministerstwo stara się wyrównać poziom do najlepszych, stawiać na nauczanie wiedzy praktycznej, tworzyć na siłę konkurencję między uczelniami, ale dobrych uczelni nie stworzy się za pomocą takich sztuczek. To takie magiczne myślenie: wprowadźmy więcej biurokracji i akademicy będą lepiej uczyć.
A co znaczy to „lepiej"?
Zadaniem uczelni wyższej powinno być uczenie poszukiwania prawdy. To prawda jest istotą, posłaniem i misją nauki. Dobra uczelnia musi dawać nie tylko potrzebną wiedzę, ale także pewien potencjał rozwojowy. Marne uczelnie dają tylko wiedzę i nic poza tym, nie dają impetu, kopa rozwojowego. Co prawda przepływa się rzekę z tą uczelnią, ale pływać potrafi się tylko w tej konkretnej rzece, a dobra szkoła uczy pływać w każdym zbiorniku wodnym. Uczelnia nie nauczy wszystkiego, dlatego nie wierzę w sens położenia nacisku na wiedzę praktyczną. Moim zdaniem naprawdę nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria.
Aleksander Nalaskowski - pedagog, profesor nauk humanistycznych, były dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu. W 1989 roku założył eksperymentalne liceum Szkoła Laboratorium, którego jest dyrektorem.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE