Rozmowa
Dyskusja o pieniądzach dzieli Europę
- Unijne podatki mogą uzupełniać wpłaty z budżetów narodowych do wspólnej kasy – mówi unijny komisarz Janusz Lewandowski
Rz: Ile typów podatków przedstawi pan jako nowe źródła finansowania wspólnotowego budżetu?
Przedstawię siedem lub osiem źródeł finansowania wartych zastanowienia, wybranych z dłuższej listy. Mogą uzupełnić, ale nie wyręczą bezpośrednich wpłat z budżetów narodowych, które stabilizują unijne finanse. Mogą przynieść kilkadziesiąt miliardów euro, ale trzeba uzbierać rocznie około 140 mld.
Część z nich pan już wymienił publicznie, to: wpływy z handlu prawami do emisji CO2, podatek od transakcji giełdowych i opłaty lotnicze. Poda pan wszystkie?
Nie, nie mogę. To delikatna sprawa, sądząc po hałasie medialnym, jaki wywołał mój niewinny wywiad w ”Financial Times Deutschland”. Najpierw trzeba sprawę uzgodnić w gronie komisarzy i zebrać opinie z kilku stolic, które odwiedzę. Proszę pamiętać, że to zaledwie część przeglądu budżetowego. Nie mniej ważna będzie analiza wydatków. Wykonaliśmy zatem chłodne i obiektywne studium porównawcze, oceniając ewentualne źródła finansowania budżetu UE pod kątem technicznej wykonalności, kosztów poboru, spodziewanej wydajności oraz prawno-politycznej dopuszczalności. Nie jest to kłopot urodzaju, bo wszystkie kandydatury są ułomne. Choćby wspomniany przychód ze sprzedaży praw do emisji CO2 – bardzo europejski w swej istocie, istniejący od roku 2005, ale w części już rozdysponowany i w dodatku obciążający bardziej energetykę zbudowaną na węglu. Z kolei transakcje finansowe stanowią źródło wydajne, ale skoncentrowane w londyńskim City i Frankfurcie. Podchodzę więc do sprawy z dystansem, przekonany jednak, że trzeba rozpocząć debatę na serio, bez tabu i na solidnym, liczbowym gruncie. Niezwykle istotny jest klimat, w jakim będzie się toczyła rozmowa o przyszłości budżetu, dziś nieszczególny.
Niepokój o przyszłość i chęć ucieczki pod opiekuńcze skrzydła państwa przeważa nad wiarą, że warto inwestować w europejski projekt, w imię wspólnych wygranych
To nie jest chyba najłatwiejszy moment, by w Europie rozpoczynać debatę na temat przyszłego budżetu Wspólnoty.
Nie jest, bo kryzys z egoizmem idą w parze. Niepokój o przyszłość i chęć ucieczki pod opiekuńcze skrzydła państwa przeważa nad wiarą, że warto inwestować w europejski projekt, w imię wspólnych wygranych. Najwięcej tej wiary jest w Europie Środkowo-Wschodniej. Na Zachodzie, gdzie ludzie od lat przywykli do wygód Europy bez granic, górę biorą nastroje eurosceptyczne. Politykom opłaca się zbierać punkty na krytyce Brukseli. Klimat typowy dla Wysp Brytyjskich przywędrował na kontynent. Jednym trudno wytłumaczyć daniny na rzecz Grecji, inni kojarzą Unię z bolesnymi programami oszczędnościowymi. Na własnej skórze odczułem, że próba wzbogacenia rozmowy o kwestię źródeł finansowania Unii traktowana jest prawie jak zamach na suwerenność finansową poszczególnych krajów. Słyszę coraz częściej, że Komisja Europejska powinna koncentrować się na oszczędnościach. Mogę się z tym zgodzić, jeśli idzie o koszty administracyjne, ale nie sposób mieć ”więcej Europy”, w zgodzie z traktatem lizbońskim, za mniejsze pieniądze. W obecnym klimacie dyskusja o podatkach może raczej pobudzić resentyment antyeuropejski niż ciepłe uczucia wobec Brukseli.
To dlaczego decyduje się pan teraz na przedstawienie takiej analizy?
Po pierwsze, jest to obowiązek nałożony przez państwa członkowskie w roku 2005, by dokonać analizy dochodów, a nie tylko wydatków. Po drugie, wyczułem w kilku stolicach wielką chęć, by obniżyć bezpośrednie wpłaty do Brukseli, a nawet zachętę, by szukać innych źródeł dochodów. Po trzecie, domaga się tego wprost Parlament Europejski, zresztą zgodnie z oryginalnymi zapisami traktatowymi. Trafiłem jednak na niesprzyjający klimat.














