Wymiar Sprawiedliwości
Gruba kreska wciąż chroni esbeków
Esbecy i zomowcy, uznani za winnych zbrodni komunistycznych nadal mogą czuć się bezpieczni dzięki ustawie amnestyjnej z grudnia 1989 roku
Wystarczy, że byłym funkcjonariuszom nie grozi więcej niż dwa lata więzienia, a sprawa, nawet w przypadku stwierdzenia ich winy, musi zostać przez sąd umorzona. W dodatku, zdaniem prawników, nowelizacja przepisów niczego by dziś nie zmieniła.
Sąd Okręgowy w Krakowie uwzględnił dziś apelację dotyczącą głośnej sprawy trzech byłych esbeków, skazanych w czerwcu ubiegłego roku za porwanie w 1985 r. w biały dzień dwójki krakowskich opozycjonistów. Choć sąd I instancji uznał ich winnymi bezprawnego pozbawienia wolności Agaty Michałek–Budzicz i Ryszarda Majdzika, nie spędzili za kratami ani dnia. Sąd sprawę bowiem umorzył na podstawie ustawy amnestyjnej z 1989 r.
Teraz sprawa wraca do sądu rejonowego, po tym, jak apelację wnieśli m.in. występujący w tym procesie prokurator IPN oraz pokrzywdzona, dziś oskarżycielka posiłkowa - jedna z porwanych wówczas osób. - Czy kolejny wyrok będzie oznaczał umorzenie? - zastanawia się Agata Michałek-Budzicz, dawna działaczka KPN. Według niej, takie przepisy to kwestia braku woli rozliczenia sprawców komunistycznych przestępstw.
- Nie mogę się pogodzić z tym, że sąd nie orzeka wyższych niż dwa lata więzienia kar. To boli – mówi pokrzywdzona. Tym bardziej, że ta sprawa jest wyjątkowo dobrze udokumentowana. Już w czasach PRL Agacie Michałek udało się bowiem wygrać proces cywilny o naruszenie dóbr osobistych, jaki wytoczyła po owym porwaniu Wojewódzkiemu Urzędowi Spraw Wewnętrznych w Krakowie. W archiwum IPN znaleziono materiały z tamtego procesu, dzięki którym nie było m.in. wątpliwości co do tożsamości kilku esbeków biorących udział w tej akcji.
Także Ryszard Majdzik, drugi z porwanych opozycjonistów nie godzi się z umorzeniem sprawy. Według niego, takie orzeczenia odbierają pokrzywdzonym poczucie sensu składania przed prokuratorem IPN zeznań przeciwko swym dawnym oprawcom.
Prowadzą się nienagannie
To nie jedyna sprawa przeciwko oskarżonym o popełnienie komunistycznych zbrodni byłym funkcjonariuszom SB lub MO, którymi zajmuje się krakowski sąd. W ubiegłym tygodniu rozpoczął się proces sześciu członków tzw. drugiego szeregu – grupy funkcjonariuszy MO, głównie plutonu specjalnego ZOMO, którzy rozbijali demonstracje krakowskich opozycjonistów. Sprawa, prowadzona przez pion śledczy krakowskiego IPN, dotyczy demonstracji z 3 maja 1987 roku pod Wawelem, kiedy to jej uczestników pobito szczególnie brutalnie. Jednemu z demonstrantów milicjanci połamali żebra i żuchwę, innemu - nos.
- Czy finał tego procesu także przesądzi ustawa amnestyjna? – zastanawia się Michałek-Budzicz, która i w tej sprawie składała zeznania. Na rozprawę stawiło się wielu uczestników tamtej demonstracji.
Prokurator Marek Kowalcze, prowadzący to śledztwo, powiedział „Rz”, iż funkcjonariuszom MO grozi do pięciu lat więzienia. Jednak jeśli da się udokumentować tylko ich udział w pobiciu, a nie potwierdzić odpowiedzialność każdego milicjanta za pobicie konkretnego opozycjonisty, zagrożenie karą spadnie do trzech lat więzienia. – Przedwojenny kodeks z 1932 roku przewidywał podwyższenie kar, o ile przestępstwo popełnił funkcjonariusz państwa. Później to się zmieniło. Trudno nam uzyskać w takich sprawach wyrok powyżej dwóch lat więzienia – mówi prokurator Kowalcze.
A stosowanie amnestii w podobnych wypadkach nie jest wyjątkiem. W 2007 r. tarnowski sad uznał byłego funkcjonariusza SB za winnego gróźb wobec aresztowanego w latach 80. opozycjonisty, ale esbeka objęła ustawa amnestyjna.
- W trzech innych przypadkach prokuratorzy pionu śledczego IPN z Małopolski sami od razu wnieśli o umorzenie postępowań, uznając, że nie ma szans, by wyroki dla funkcjonariuszy SB przekroczyły dwa lata więzienia. Gotowe były już akty oskarżenia - mówi prokurator Waldemar Szwiec z krakowskiego IPN.
Prokurator Robert Kopydłowski z Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu z Warszawy powiedział ”Rz”, iż przypadki stosowania ustawy amnestyjnej wobec esbeków, których sprawy trafiły do sądu, zdarzyły się niemal we wszystkich oddziałowych komisjach pionu śledczego IPN w kraju.














