Publicystyka
Kartel szkodzący państwu
Prawo jest fundamentem państwa. Ale w Polsce oddane zostało ono korporacji. Wyobrażenie, że sama się ona zreformuje, jest bardziej niż naiwne. Mogą to zrobić tylko politycy
Nie chcemy nadzoru ministra sprawiedliwości – wołali kilka dni temu podczas nadzwyczajnego zebrania w Warszawie sędziowie. – Ministerstwo Sprawiedliwości wypowiedziało nam wojnę – deklarował przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa (KRS). Można odnieść wrażenie, że znowu wróciliśmy do czasów ministra Ziobry, który czołowo zderzył się ze środowiskiem prawniczym. Oburzenie sędziów wywołują propozycje zmian, jakie zgłosi minister Andrzej Czuma, zwłaszcza okresowa ocena sędziów i redukcja uprawnień KRS.
Napięcie ponadpartyjne
Od czterech lat napięcie między władzą wykonawczą a sędziami trwa i to bez względu na partię, która władzę sprawuje. Po wojnie, jaką środowisko prawnicze toczyło z ministrem Zbigniewem Ziobrą, zabrakło tylko czasu, aby antagonizm między niezwykle ostrożnym Zbigniewem Ćwiąkalskim a sędziami przeszedł w fazę gorącą. Harmonia trwała przed 2005 rokiem zwłaszcza za czasów SLD. Wymiar sprawiedliwości działał jak działał. Władza specjalnie się do niego nie wtrącała i prawie wszyscy byli zadowoleni. Prawie, bo niezadowolony był ogół społeczeństwa, który uważał, że w Polsce wymiar sprawiedliwości funkcjonuje fatalnie, co zresztą potwierdzały wszystkie statystki i liczba procesów przegrywanych przez Polskę przed Trybunałem Europejskim.
W 2005 roku głównym hasłem PiS była reforma wymiaru sprawiedliwości właśnie. W dużej mierze zablokowana została ona przez bunt środowiska wspieranego przez establishment III RP. PO, która bunt ów wspomagała, po dojściu do władzy kontentowała się opowiadaniem o „odpolitycznieniu“ jakoby niezwykle przez PiS uzależnionej od siebie prokuratury, czyli, można było rozumieć, zdjęciu z rządu odpowiedzialności za tę instytucję. Stan rzeczy nie pozwala jednak, jak widać, zostawić spraw własnemu biegowi. A ocena wymiaru sprawiedliwości przez Polaków nie ulega zmianie. Pokazały to choćby sondaże przeprowadzone niedawno przez „Rzeczpospolitą“, z których wynika, że np. ok. 70 proc. respondentów uznaje polskie sądy za niesprawiedliwe. Inne statystki wskazują, że prestiż zawodu sędziowskiego w Polsce jest niższy nawet niż w czasie PRL.
A sędziowie? Sędziowie chcieliby większego komfortu pracy i wyższych pensji oraz aby nikt nie do nich się wtrącał. Jak powiedziała szefowa stowarzyszenia Iustitia – dopóki nikt nie będzie chciał wpłynąć na wyroki sądów, dopóty Polska pozostanie państwem prawa. Tym samym dała wyraz powszechnemu wśród polskich prawników utożsamieniu państwa prawa z państwem prawników. A to fundamentalnie różne rzeczy.
Geneza, czyli historia, głupku!
Wszystko, jak to w III RP, zaczęło się w PRL, czyli przy Okrągłym Stole. To w trakcie tych rokowań zagwarantowana została polityczna nieodwoływalność sędziów. Wydawałoby się: cywilizacyjne osiągnięcie – pod warunkiem wszakże, że zasada ta działa w całości. Tzn. na początku sędziowie powoływani są zgodnie z zasadami państwa prawa i dlatego nie mogą być z politycznych względów odwoływani.
Sęk w tym, że nikt (łącznie z Sądem Najwyższym) nie uznaje PRL za państwo prawa. Trudno więc przyjąć, że w takim państwie sędziowie nominowani byli zgodnie z właściwymi normami. Nie znaczy to, że nie było wśród nich wielu uczciwych i kompetentnych ludzi. Z pewnością jednak niewysokie standardy regulowały funkcjonowanie tej zbiorowości.
Natomiast już od upadku komunizmu całe środowisko zwarło szeregi, aby bronić wszystkich członków korporacji. Ta korporacyjna mentalność naznaczyła jego postawę i nie zmieniła się na jotę po dziś dzień. Nikt z sędziów nie został rozliczony za usługową działalności względem aparatu represji totalitarnego państwa. W latach 90. wprowadzono ustawę o pozbawieniu uprawnień sędziów, którzy w PRL sprzeniewierzyli się niezawisłości. Pozostała ona martwa, gdyż została zbojkotowana przez sędziów, a komisja dyscyplinarna nie wyciągnęła konsekwencji wobec nikogo. Może wystarczy przykład sędziego Andrzeja Węglowskiego, który w latach 80. skazał na dwa i pół roku więzienia człowieka przyłapanego z prosiakiem, na którym widniał napis: „ja głosuję“. Sędzia ów był wzorcowym przykładem przedstawiciela aparatu represji, m.in. nadzorował weryfikację swoich kolegów. Kilka lat temu wspomniana komisja na oczywiście niejawnym posiedzeniu oczyściła go z wszystkich zarzutów.













