Publicystyka

Gross sadza Polskę na ławce hańby

Rzeczpospolita
W kraju „Strach” jest przedmiotem dyskusji, ale na Zachodzie (a pewnie i w Rosji) będzie mieć poważny wpływ na wzmocnienie czarnego obrazu Polski – pisze publicysta
Nie sadzę, by Jan Tomasz Gross napisał książkę fałszującą historię. Ale to książka niesprawiedliwa, powstała z emocji polskiego Żyda, który ma prawo czuć się skrzywdzony przez polskie państwo. Pochodzę z małego miasteczka leżącego na zachodnim Mazowszu. Moje wspomnienia z dzieciństwa nie pozostawiają wątpliwości – antysemityzm był rozpowszechniony (także w moim kręgu rodzinnym). Jest też faktem, że był motywowany mieszanką stereotypów: Żyd – „geszefciarz”, Żyd – przeciwnik wiary katolickiej, Żyd – komunista. Byli nawet tacy, którzy nie potępiali Holokaustu. Gross, przytaczając liczne informacje o prześladowaniu Żydów przez Polaków, o obojętności naszych rodaków na hekatombę Żydów, pisze o rzeczach, które się zdarzyły. O faktach haniebnych, które – niestety – należą do naszego narodowego dziedzictwa. Ale Gross w „Strachu” dokonuje najdalej idących generalizacji. Na ławce hańby sadza nie tylko polskich antysemitów, ale Polskę po prostu.
Czuję się przez Grossa osobiście dotknięty. Przez całe życie, jak potrafiłem, sprzeciwiałem się antysemityzmowi. I nie o mnie przecież tu chodzi, bo w Polsce jest wielu ludzi, którzy robili to samo. Nie chodzi tylko o tych, którzy w czasie okupacji z narażeniem życia ratowali Żydów. Nikt nie może być pewien, że gdyby wtedy żył, byłoby go stać na postępowanie heroiczne. Gross nie chce uznać, że nieprzyjazne zachowania Polaków wobec Żydów wywoływał strach przed niemieckimi represjami Chodzi mi więc raczej o zachowania ogromnej większości Polaków w 1968, gdy rozniecona przez komunistów antysemicka heca nie zyskała poparcia. Studenci się jej sprzeciwili aktywnie, a inni – poza wąską grupą hołoty, która szukała szansy na karierę w systemie komunistycznym – się nie dołączyli. Ale przesłanie książki Grossa – choć formalnie poświęcona jest okresowi wojny i latom tuż powojennym – nie pozostawia wątpliwości: Polska to kraj antysemitów. U Grossa jest oczywiście mowa o „szlachetnych Polakach”, ale to nieliczne wyjątki, które mają niekomfortowy status w polskim społeczeństwie. Nie potrafię ocenić, czy uogólnienie Grossa o polskim antysemityzmie czasów wojny i tuż powojennych jest w świetle rygorów dociekań historycznych w ogóle dopuszczalne. Mam wątpliwości, czy w tej sprawie dopuszczalne jest przekroczenie granicy stwierdzenia „antysemityzm szeroko rozpowszechniony”. Przywołuję osobiste doświadczenie: w moim kręgu rodzinnym – jak już wspomniałem – antysemityzm był obecny, ale wcale nie był powszechnie akceptowany. Moi dziadkowie – „małorolni chłopi” – choć poddani presji osobistego doświadczenia, które mogło ich popchnąć do antysemityzmu (ksiądz przypominający, kto ukrzyżował Chrystusa, żydowski kupiec, który nędznie płacił za jajka), jej nie ulegli. Takich osób było wiele, ale nie wiem, czy dość wiele, by zadać kłam twierdzeniom Grossa. Ale też Gross nie ma dość dowodów, by formułować globalne oskarżenia. Przytoczone przez autora „Strachu” opisy mordów Polaków na Żydach są wstrząsające. I z całą pewnością antysemityzm stanowił istotny motyw tych czynów, ale czy był absolutnie dominujący – jak twierdzi Gross? Można wątpić. Doskonale wiemy, że jakaś część ludzi w pewnych sytuacjach zdolna jest do rzeczy przerażających. Owszem, często przyczyną bywa nienawiść etniczna (jak Turków do Ormian, Ukraińców do Polaków, Serbów do Muzułmanów), ale przecież „bezinteresownie” potrafią też mordować np. kibice piłkarscy. W Polsce czasów wojny (i nie tylko w Polsce) fala bandytyzmu podniosła się szczególnie wysoko. Mam wrażenie, że Gross nie chce tego dostrzec. Przyjmuje, że jeżeli sprawca był antysemitą, to mordował z takich właśnie pobudek. A bywało chyba różnie. Gross – zdaje mi się – nie chce też uznać, że nieprzyjazne (lub niesolidarne) zachowania Polaków wobec Żydów były motywowane ich strachem przed niemieckimi represjami. Uznaje za to, że jeżeli w jakiejś wsi chłopi sprzeciwiali się ukrywaniu Żydów, to wszyscy byli antysemitami. Ale przecież wystarczyło, że był tylko jeden antysemita, który doniósł, by represje spadły na wszystkich. By się bać, nie musieli być zwolennikami Holokaustu. Gross kategorycznie i bez żadnej wątpliwości odrzuca przy tym pogląd, że motywem zachowań Polaków mogło być zaangażowanie Żydów we wspieranie w Polsce systemu komunistycznego. Choć nie szacował udziału antysemitów w zbiorowości Polaków, pracowicie liczy Żydów zaangażowanych w komunizm, a szczególnie w aparat przemocy. Konkluduje „…okazuje się (…) że oprócz czterystu czy pięciuset brunetów o wyostrzonych rysach i obcych duchowi narodowemu poglądach terrorem w komunistycznej Polsce zajmowało się, plus minus, ćwierć miliona lnianowłosych młodzieńców o szerokich twarzach, bardziej półanalfabetów niż zwolenników jakiejkolwiek wyrafinowanej ideologii”. (s. 292) Darujmy sobie komentowanie języka, którym autor się posługuje, ważniejsze jest to, że szersza teza negująca wszelką predylekcję środowisk żydowskich do komunizmu jest fałszywa. Byłoby dziwne, gdyby w historycznych okolicznościach powojennej Polski tej skłonności nie było. Przecież antysemityzm międzywojennej Polski był propagowany przez polityczną prawicę. Przecież polscy Żydzi uratowali się od Holokaustu przede wszystkim w Rosji Sowieckiej i komuniści mogli ich łatwiej pozyskać. Po prostu. Większe niż Polaków uwikłanie Żydów w komunizm nie może być oczywiście argumentem przeciw narodowi żydowskiemu. Ani Polacy z mlekiem matki nie ssali antysemityzmu, ani Żydzi nie byli komunistami z powodu genów.Odwołam się raz jeszcze do własnego doświadczenia. Gdy około 1963 roku rozpocząłem studia na UW, poznałem całą masę polskich Żydów (byli zresztą dla mnie Polakami żydowskiego pochodzenia i nie był to ważny wyróżnik). Prawie zawsze byli zdystansowani (lub zgoła nastawieni opozycyjnie) do komunizmu, ale chyba wszyscy bez wyjątku (lub ich rodzice) należeli do peerelowskich elit: politycznych, naukowych, kulturalnych. I rzecz właśnie w tym, że społeczna wyobraźnia była kształtowana przez postrzeganie składu elit. Absurdem jest zaprzeczać, że wśród elit – wyłanianych przecież od wojny w ramach systemu komunistycznego – ludzie dostrzegali relatywnie wielu Żydów. Stanowiło to pożywkę – niewątpliwie tandetnego – przekonania, że rządzi „żydokomuna”. Ale była to realna okoliczność (inercyjna, ale nie wiecznotrwała) nastrojów antysemickich. Mój żal do Grossa nie wyrasta jednak z jego kategorycznych ocen historycznych. Choć mam co do nich poważne wątpliwości, wcale nie mam pewności, czy racja jest po mojej stronie, gdy twierdzę, że wojenny i powojenny antysemityzm był w Polsce rozpowszechniony, ale nie stanowił esencji postawy Polaków wobec Żydów. Nie wykluczam, że było gorzej, że rację może mieć Gross. Do Grossa mam żal, że nie dostrzegł przemijania polskiego antysemityzmu, że nigdzie nie wskazał, że ten antysemityzm był relatywny. Przeciwnie. Gross – może niezbyt wyraźnie w książce, ale jednoznacznie w publicznych wypowiedziach (np. w rozmowie z Moniką Olejnik w TVN 24) – twierdzi, że nasilony polski antysemityzm trwa. I mówi to w kontekście swojej książki. Tu nie mam wahań – te twierdzenia Grossa są nieprawdziwe i krzywdzące. Ani Polacy z mlekiem matki nie ssali antysemityzmu, ani Żydzi nie byli komunistami z powodu genów I druga sprawa. Gross pisze: „udział Polaków katolików w prześladowaniu i mordowaniu współobywateli – Żydów był zjawiskiem rozpowszechnionym na terenie całego kraju. (…) Potwornym dla Polski zrządzeniem losu przywódcy nazistowskich Niemiec postanowili (…) że będą mordowali Żydów właśnie na terenie Polski (…) W innych częściach świata ludzie nie byli poddani takiej próbie. Francuzów np. los nie wodził na pokuszenie, zmuszając ich do rozstrzygnięcia, jak się zachować…”. (s. 315 i 316). Czy rzeczywiście?Francja Vichy powstała na mocy decyzji francuskiego parlamentu, premierem kolaboracyjnego rządu był faszysta Pierre Laval, a rząd ten wyłapywał francuskich Żydów i państwowymi kolejami posyłał ich Niemcom do zagazowania. Był oczywiście Charles de Gaulle, ale przecież wielu Francuzów popierało rząd Vichy. Według Grossa Polacy nie zdali historycznego egzaminu, a Francuzi nie musieli iść na egzamin. Na pierwszą tezę – zgoda. Na drugą – nie. Francuzi zdawali nieco inny egzamin, ale z tego samego przedmiotu. I oblali go całkowicie. Jeśli wziąć pod uwagę, że antysemityzm jest też (odwrotną) funkcją cywilizacyjnego rozwoju kraju, Francja egzamin ze stosunku do Żydów oblała spektakularnie. Nie krytykuję – jak uczynił to choćby kardynał Dziwisz – decyzji o publikacji książki Grossa. To dobrze, że ta luksusowo wydana książka będzie przez kilkanaście tysięcy Polaków przeczytana. Nadal musimy się mierzyć z naszą historią. Ale jest i druga strona – zewnętrzna opinia o Polsce. W kraju książka jest przedmiotem dyskusji, ale na Zachodzie (a pewnie i w Rosji) będzie mieć poważny wpływ na wzmocnienie czarnego obrazu Polski. Środowiska takie jak „Gazety Wyborczej” biły w ostatnich latach na alarm, wskazując na braci Kaczyńskich jako głównych sprawców kształtowania się czarnego obrazu Polski. Rzeczywiście rząd PiS dostarczył kilku pretekstów. Ale to były tylko preteksty. Problem w tym, że gdy Daniel Cohn-Bendit krzyczał w Strasburgu, że do polskich drzwi puka faszyzm zmieszany z komunizmem, Bronisław Geremek (i nie on jeden) „korzystał z okazji, by być cicho”. W tym samym mniej więcej czasie Adam Michnik pisał (także w „El Pais”): „Polska staje się państwem pełzającego zamachu stanu. Jego finałem ma być system, który istniejące instytucje pozbawi substancji demokratycznej i uczyni fikcją” („GW” z 30.07.2007), a potem, że „…nikt w Polsce nie powinien czuć się bezpieczny (…) [bo] Kaczyński dobrze zna powiedzenie, że mniej ważne jest, kto i jak głosuje, ważniejsze – kto i jak głosy liczy” („GW” z 31.08.07.), a więc de facto przewidywał sfałszowanie wyborów. Europa miała powody, by uwierzyć, że przyjęła do swojego grona straszny kraj. Dziś może wprawdzie odetchnąć, bo PiS przegrało, ale przecież ryzyko nawrotu kaczyzmu-faszyzmu wciąż istnieje. A Polska jest przecież antysemicka. Wszystko się więc może zdarzyć. Nie we Francji, nie w Niemczech, nie w Rosji nawet. W Polsce. Autor jest ekonomistą, był politykiem, liderem Unii Pracy
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL