Jan Heweliusz zatonął 20 lat temu

aktualizacja: 14.01.2013, 00:00
Ocaleni pasażerowie "Heweliusza"
Ocaleni pasażerowie "Heweliusza"
Foto: Fotorzepa, Piotr Janowski Pio Piotr Janowski

14 stycznia 1993 roku na Morzu Bałtyckim u
wybrzeży niemieckiej wyspy Rugia w czasie rejsu ze Świnoujścia do
Ystad zatonął polski prom "Jan Heweliusz". W katastrofie zginęło
55 osób

"Jan Heweliusz" został zbudowany w roku 1977 w Norwegii. Od początku nie cieszył się dobrą opinią, przed zatonięciem miał blisko 30 wypadków m.in. awarię silnika, a we wrześniu 1986 roku wybuchł na nim pożar. Armator - Polskie Linie Oceaniczne - wykonał wówczas nielegalny remont i zalał spalony pokład betonem, który go dodatkowo przeciążył, powiększając problemy ze statecznością, które prom miał od początku ze względu na wadliwie zbudowaną nadbudówkę i system balastowy.
"Jan Heweliusz" miał wypłynąć w kolejny rejs ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad 13 stycznia 1993 roku. Tego dnia na Bałtyku szalał sztorm, siła wiatru wynosiła w porywach do 9 stopni w skali Beauforta. Jednak dla doświadczonych marynarzy taka pogoda nie stanowiła przeszkody w żegludze.
Prom miał wyruszyć o godz. 21.30. Okazało się jednak, że uszkodzona jest furta rufowa, czyli klapa zamykająca wnętrze pokładu kolejowo-samochodowego. Naprawa potrwała dwie godziny i o 23.30 prom wypłynął. Na pokładzie znajdowały się 64 osoby: pasażerowie i członkowie załogi, 28 tirów i 10 wagonów kolejowych.
Rejs przebiegał normalnie do ok. godz. 3.30, kiedy na morzu zaczął się sztorm. Prom płynął wówczas wzdłuż wybrzeży Rugii. Ok. godz. 4.00, gdy "Jan Heweliusz" minął północno-zachodni cypel wyspy, huragan uderzył w jego burtę z rzadko spotykaną siłą 12 stopni w skali Beauforta.
Kapitan Andrzej Ułasiewicz próbował ratować jednostkę poprzez ustawienie jej dziobem w kierunku fal, jednak bezskutecznie. O 4.30 kapitan w obliczu coraz większego przechyłu jednostki, kapitan nakazał jej opuszczenie.
Ewakuacja promu była wyjątkowo trudna w związku z silnym wiatrem, wysokimi falami i unoszącym się w powietrzu pyłem wodnym, który utrudniał oddychanie i ograniczał widoczność. Być może utrudniała ją także duża prędkość jaką miał statek z chwili uderzenia huraganu. O godz. 4.40 przechył statku wynosił już 30 stopni. 7 minut później "Jan Heweliusz" po raz pierwszy wysłał sygnał SOS. Odebrały go stacja Rone na Bornholmie, polski prom "Nieborów" i stacja "Arkona-Radio".
Rosnący przechył i ciężkie warunki pogodowe uniemożliwiły załodze spuszczenie szalup, mimo to prowadzono akcję ratunkową, którą kierował drugi oficer, Mariusz Schwebs. Marynarze podawali pasażerom pasy ratunkowe i kapoki. Na wodę spuszczono siedem tratw. Kapitan Andrzej Ułasiewicz, pierwszy oficer Roger Janicki i trzeci oficer Janusz Lewandowski do końca pozostali na mostku kapitańskim.
O godz. 4.50 stacja Witowo-Radio zaalarmowała Polskie Ratownictwo Okrętowe w Gdyni. Przez następne pięć minut stacja "Arkona" prosiła "Heweliusza" o podanie dokładnego położenia. Z tonącego statku doszły tylko słowa: "My position is...". O 5.10 w eterze zapadła cisza. 40 minut później "Jan Heweliusz" przewrócił się stępką do góry, by o godz. 11.00 zatonąć.
Na pomoc statkowi pospieszyły inne jednostki. O 5.15 do akcji ratowniczej przestąpiły promy "Nieborów" i "Kopernik". Pół godziny później dołączyły do nich niemiecki holownik ratowniczy "Arkona" i polski statek "Huragan". O 7.00 nad miejsce tragedii nadleciały niemieckie, duńskie i szwedzkie helikoptery. Z uwagi na wyjątkowe warunki pogodowe akcja ratunkowa była niezwykle trudna. W czasie jej trwania zginęła część rozbitków.
Następnego dnia o godz. 16.45 akcja ratownicza została zakończona. W katastrofie zginęło 55 osób: 20 członków załogi i 35 pasażerów, uratowano zaledwie 9 ludzi. Ciał 10 osób nie odnaleziono. Zatonięcie promu kolejowo-samochodowego "Jan Heweliusz" jest uznawane za największą z katastrof polskich statków w czasie pokoju.
Izby Morskie: szczecińska, gdyńska i odwoławcza w Gdyni, przez 6 lat zajmowały się badaniem przyczyn wypadku. Ostatecznie Odwoławcza Izba Morska w Gdańsku z siedzibą w Gdyni uznała, że prom nie nadawał się do żeglugi, a odpowiedzialnym za to był jego szczeciński armator, spółka "Euroafrica" i właściciel statku, który dopuścił go do eksploatacji wiedząc o jego wadach konstrukcyjnych. Współwinnym tragedii uznano także Polski Rejestr Statków i Urząd Morski w Szczecinie oraz zmarłego w katastrofie dowódcę jednostki, kpt. Andrzeja Ułasiewicza, który zdecydował się wyjść w morze mimo ekstremalnych warunków pogodowych.
Sprawa została skierowana do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w marcu 2005 roku przyznał odszkodowania 4,6 tys. euro za straty moralne każdemu z jedenaściorga krewnych i członków rodzin ofiar katastrofy promu. Według Trybunału, Izby Morskie w Szczecinie i Gdyni nie rozpatrzyły sprawy zatonięcia promu w sposób bezstronny. Zdaniem Trybunału pogwałcona została jedna z zasad Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (ten sam sędzia prowadził postępowanie śledcze, a następnie orzekał jako przewodniczący składu).
Wrak "Jana Heweliusza" osiadł na głębokości 27 metrów.
Komentarz dnia
Żródło:

POLECAMY

KOMENTARZE