Plus Minus

Niech rząd się weźmie za PUP-ę

Zacietrzewieni ultraliberałowie zawsze będą twierdzili, że państwo nie ma żadnej roli do odegrania w rozwoju kraju: państwowa ma być armia i kluczowe instytucje władzy, reszta powinna być prywatna.
Chociaż z instytucjami władzy też różnie bywa, bo formalnie w przeszłości właścicielami wielu banków centralnych były prywatne banki komercyjne, a w niektórych przypadkach pozostało tak do dzisiaj.

Ekonomiści mniej zacietrzewieni powiedzą, że w większości przypadków sektor prywatny lepiej realizuje powierzone zadania niż publiczny, ale państwo ma istotną rolę do odegrania, bo musi dla sektora prywatnego stworzyć właściwe warunki funkcjonowania (mało biurokracji, niskie podatki, brak barier wejścia etc.) oraz stworzyć właściwe mechanizmy kontroli jakości we wrażliwych sektorach, tak żeby ludzie masowo nie zaczęli solić zupy solą do posypywania jezdni: sektor prywatny w pogoni za zyskiem gotów jest ciąć koszty, kupując taniej skażoną sól.
Ale rząd ma też do odegrania inną ważną rolę. W sektorze prywatnym często horyzont jest krótki, zarząd lub właścicieli interesuje zysk w danym roku, rzadko myśli się kategoriami na 10 lub 20 lat do przodu. Dlatego obowiązek długoterminowego planowania strategicznego musi na siebie wziąć państwo. Co więcej, może się okazać, że sektor prywatny nie dostarczy pewnych usług w wystarczającej ilości bez interwencji państwa po prostu dlatego, że w krótkim okresie mu się nie opłaca. Wtedy konieczna jest interwencja państwowa, która poprzez dopłaty obniża ceny płacone przez obywateli i zwiększa popyt na kluczowe usługi. Niestety, w wielu przypadkach państwo źle zrozumiało tę ważną rolę i nie tylko stymuluje popyt na ważne usługi, ale uznaje, że skoro płaci publiczne pieniądze za te usługi, to będzie je również samo oferowało. Takie posunięcie prowadzi do nieprawdopodobnych patologii: koszty oferowania usług rosną, państwo ma problemy finansowe, musi wycofywać dotacje i po jakimś czasie popyt na te usługi maleje.
Zilustruję powyższe tezy przykładem z zakresu edukacji. Wszelkie inicjatywy w tej dziedzinie muszą być planowane w długim okresie, bo taka jest natura demografii: nie sposób zmienić dzietności ani systemu edukacji z roku na rok. Z badań wiemy, że edukacja przedszkolna dzieci jest kluczowa dla ich rozwoju: w wieku 3 – 5 lat pozyskuje się kluczowe kompetencje, jeśli więc dziecko zostanie tej edukacji pozbawione, ma utrudniony start w życie dorosłe, potem mniej zarabia, odkłada mniej na emeryturze i musi pracować jak niewolnik do 70. roku życia albo i dłużej, żeby nie głodować na starość. Rząd zdaje sobie z tego sprawę i wie, że bez dofinansowania kosztów edukacji przedszkolnej te usługi byłyby za drogie, mało dzieci chodziłoby do przedszkola, przez co w długim trwaniu rozwój kraju byłby wolniejszy. (To zagrożenie zresztą ciągle wisi nad Polską: według raportu NIK z czerwca 2011 roku prawie połowa dzieci w Polsce nie chodzi do przedszkola i jest to jeden z najgorszych wskaźników w Europie.). Rząd dofinansowuje więc przedszkolaki: w Warszawie jest to kwota około 800 złotych miesięcznie na dziecko w przedszkolu publicznym. I tutaj rola rządu (samorządu) powinna się kończyć: resztę powinien wziąć na siebie sektor prywatny świadcząc usługi, rodzic powinien wybierać przedszkole, a pieniądze powinny „iść za dzieckiem". Rząd (kurator) powinien tylko kontrolować jakość edukacji przedszkolnej, są proste i sprawdzone metody, np. za pomocą śledzenia „ścieżek kariery" przedszkolaków i ankietowania rodziców. Tymczasem rząd (samorząd) poszedł o krok za daleko i uznał, że będzie też sam świadczył usługi przedszkolne. I zaczęły się patologie: jak grzyby po deszczu powstają przedszkola publiczne, których koszt budowy czasami nawet 10-krotnie przekracza koszt budowy przedszkola prywatnego i które mają dwukrotnie wyższe bieżące koszty funkcjonowania. Tzw. darmowe przedszkole publiczne kosztuje podatnika kilkakrotnie więcej niż przedszkole prywatne. Jeśli tych ostatnich byłoby więcej, za te same pieniądze publiczne moglibyśmy zaoferować wysokiej jakości edukację przedszkolną wszystkim dzieciom w Polsce. Minister finansów w końcu wziął się do cięcia wydatków, bo dług publiczny szybko rośnie. Najlepszą metodą ograniczenia wydatków jest prywatyzacja usług publicznych w taki sposób, żeby zwiększyć ich powszechność i poprawić jakość. Zamiast ciąć na ślepo siekierą, niech rząd się lepiej weźmie za PUP-ę: Prywatyzację Usług Publicznych. Autor jest profesorem i rektorem Uczelni Vistula w Warszawie
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL