Teraz ja, czyli kto rządzi na polskich drogach

aktualizacja: 28.12.2007, 00:13
Foto: EAST NEWS

W niewielu sytuacjach życiowych tak wyraźnie ujawnia się nasza osobowość, temperament, stosunek do świata i ludzi – a także problemy psychiczne – jak podczas prowadzenia samochodu

Przed nami powroty ze świąt i wyjazdy noworoczne. Może tym razem trochę odpuścimy...
Psychologowie transportu lubią powtarzać: „Pokaż mi, jak jeździsz, a powiem ci, kim jesteś”. Dotyczy to zresztą nie tylko jednostek, ale i społeczeństw. Ruch drogowy odbija jak w lustrze różny w różnych krajach stosunek do norm prawnych i kulturę relacji między ludźmi.
W krajach, gdzie w przepisach kodeksu drogowego widzi się gwarancję bezpieczeństwa wszystkich obywateli, a zasada równości wobec prawa jest bezwzględnie przestrzegana, np. w Skandynawii, wykroczenia drogowe są rzadkością. Z nonszalancji na drogach znani są natomiast Włosi.
Ale we Włoszech lekceważenie znaków drogowych to przejaw głównie fantazji i chęci popisania się przed innymi, rodzaj pawiego ogona. Wykroczenia nie są na ogół skierowane przeciw innym, a włoscy kierowcy, choć ogarnięci duchem sportowej rywalizacji, potrafią też ze sobą życzliwie współpracować.
Inaczej jest w Polsce. U nas na drogach żartów nie ma. Trwa na nich nieustanna batalia o to, kto okaże się ważniejszy i lepszy od innych.
– Wynika to z naszego wybujałego indywidualizmu, braku umiejętności współpracy i nierespektowania praw i interesów innych. Ponadto hierarchie w naszym społeczeństwie są wciąż nieustabilizowane, a to prowokuje do ciągłych prób zwiększenia swojego prestiżu oraz poprawienia samopoczucia w każdy możliwy sposób, także na drodze – twierdzi Andrzej Markowski, wiceprezes Stowarzyszenia Psychologów Transportu w Polsce.
Obrazek na zatłoczonej drodze: kierowca, który przed chwilą, nie zważając na ciągłe linie i ograniczenie prędkości, wyprzedził naraz kilka samochodów, rozpaczliwie hamuje na widok patrolu policji, niemal doprowadzając do wypadku. Oznacza to przeważnie, że do ryzykownych wyczynów za kierownicą skłania go nie pewność siebie, lecz lęk.
Psychologowie transportu badający przyczyny wypadków drogowych doskonale znają ten typ kierowcy i uważają go za jeden z najbardziej niebezpiecznych. Rzecz w tym, że niemało osób zagubionych w życiu i bojących się na co dzień świata i ludzi, najbezpieczniej czuje się za kierownicą samochodu. Świadomość, że oddzieleni są blachą karoserii od nieprzyjaznego otoczenia, zawsze skłonnego do krytycznych uwag i spojrzeń, dodaje im skrzydeł. Ale gdy na drodze pojawia się np. niespodziewana przeszkoda, wpadają w panikę. Wykonują wtedy zaskakujący dla innych, często fatalny w skutkach manewr, który kończy się hamowaniem czy ucieczką na inny pas ruchu, wprost pod inny samochód.
Kierowcy, dla których jazda samochodem to okazja, by udowodnić swą wyższość i wyjątkowość – określani przez psychologów jako agresywni – to plaga polskich dróg. Na każdym kroku starają się okazać, że przepisy drogowe, dobre dla innych, ich nie dotyczą. Ich specjalnością jest całkowite lekceważenie ograniczeń prędkości, bezustanne przeskakiwanie z pasa na pas, tylko dlatego że pojawiło się przed nimi trochę wolnego miejsca, zajeżdżanie drogi, popędzanie innych światłami.
Ten typ kierowcy to głównie mężczyźni. Ale trafiają się wśród nich i kobiety, które osiągnęły wysoką pozycję zawodową. Te z nich, które kierują np. większymi zespołami pracowników lub zarządzają firmami, potrafią być na drodze nawet bardziej agresywne niż panowie.
– Agresywna jazda samochodem umożliwia mistyfikowanie rzeczywistości. Ani w pracy, ani w domu nie można bezkarnie okazywać swojej domniemanej wyjątkowości czy domagać się szczególnych przywilejów – podkreśla Andrzej Markowski. W gruncie rzeczy agresja za kierownicą i stała chęć sprawdzania się na drodze jest przejawem ukrytej niepewności oraz niedojrzałości emocjonalnej i społecznej. Ktoś, kto jest całkowicie pewien swojej pozycji i wie, że jest akceptowany przez otoczenie, nie musi wciąż tego potwierdzać.
Wyjątkowo niesympatycznym gatunkiem kierowcy są tzw. wychowawcy. To przeważnie ludzie co najmniej w średnim wieku lub starsi, którzy uważają, że ich pozycja życiowa jest niższa od tej, na jaką zasłużyli. Przykre uczucie, że są lekceważeni, rekompensują sobie w ruchu drogowym poprzez karanie i pouczanie innych kierowców. W ten sposób chcą udowodnić, że są od nich lepsi.
Za swe powołanie uważają tępienie nie tylko wykroczeń czy nonszalancji, ale także przypadkowych błędów na drodze, a nawet naruszania niepisanych zwyczajów, choćby były one szerzej nieznane. Ich sposób jazdy bywa nawet bardziej agresywny i niebezpieczny niż kierowcy agresywnego. Środki wychowawcze służące przywracaniu ładu na drodze to np. hamowanie po wyprzedzeniu dla napiętnowania domniemanego czy rzeczywistego niewłaściwego zachowania wyprzedzanego czy blokowanie samochodu, który nieprawidłowo wyprzedza. Takie demonstracje bywają groźniejsze niż ich przyczyna i nierzadko kończą się wypadkiem. – Charakterystyczne, że „wychowawcy”, choć innym nie wybaczają, sami dość często łamią przepisy – podkreśla Andrzej Markowski.
Większość niebezpiecznych zachowań na drodze wynika z chęci sprawdzenia się i udowodnienia swego znaczenia w konfrontacji z innymi kierowcami. Zdarzają się jednak osoby, których nie tylko rywalizacja, ale i inni uczestnicy ruchu drogowego kompletnie nie interesują. Jako że chodzi przeważnie o kobiety, ukuto obrazową, choć niezbyt elegancką, nazwę na wynikające z tego zachowania: syndrom słodkiej idiotki. Kontakt na drodze z takim kierowcą ze słodyczą wcale się jednak nie kojarzy.
Osoba z syndromem słodkiej idiotki nie rozumie lub udaje że nie rozumie sensu przepisów i zwyczajów drogowych. Kierując się wyłącznie infantylnym egoizmem, przestrzega ich tylko wtedy, gdy nie godzą w jej interes i wygodę. Kierowca taki może przejechać skrzyżowanie na czerwonym świetle, bo mu to pasowało – i nie widzi w tym nic złego. Zastawienie innych na parkingu uważa za rzecz naturalną.
Na drogach rzadko spotykamy wyróżnione przez psychologów czyste typy niebezpiecznych kierowców. Większość z nich ma w różnych proporcjach cechy dwóch, a nawet trzech z nich. Jak się ocenia, styl jazdy aż co czwartego polskiego kierowcy ma wynikające z przyczyn psychologicznych wyraźne cechy patologiczne, niebezpieczne w ruchu drogowym. To jeden z powodów, że jeździ się u nas tak trudno.

POLECAMY

KOMENTARZE