Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Wolni Polacy Joanny Lichockiej - Ziemkiewicz

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Liczba ludzi zaangażowanych w aktywne obalanie III RP oraz ich pasja czyni „drugi obieg" znacznie silniejszym i nieporównanie bardziej twórczym od pierwszego – pisze publicysta
Film Joanny Lichockiej "Przebudzenie" skłonił Łukasza Warzechę do kilku sceptycznych refleksji. Na pierwszy rzut oka wydajš się one zdroworozsšdkowe, w istocie oparte sš na fałszywych przesłankach. Film, przypomnę, portretuje ludzi, którzy za swš misję uznali upamiętnianie tragedii smoleńskiej i domaganie się jej wyjaœnienia. Poetę, menedżera w młodoœci zaangażowanego w działalnoœć opozycyjnš, którš po roku 1989 uznał na wiele lat za zakończonš i już niepotrzebnš, wchodzšcego w dorosłoœć harcerza i kilka innych osób połšczył odruch moralnego sprzeciwu wobec triumfujšcej podłoœci, kłamstwa i wobec agresji skrzykniętych pod smoleński krzyż przez prorzšdowe media "młodych z fejsbuka". W osobach bohaterów filmu sportretowane jest całe œrodowisko, z którym identyfikuje się autorka i dla którego swój film zrobiła. Rzecz jest emocjonalnie mocna, narracyjnie sprawna i jako dzieło, zapis czasu, nie podlega dyskusji. Sceptycyzm Warzechy dotyczy przesłania. Oskarża on sportretowanych w filmie "wolnych Polaków" (bo tym zaczerpniętym z Rymkiewicza okreœleniem posługujš się autorka i jej bohaterowie) o dwa grzechy. Pierwszy, że zamykajš się w sferze symboli, w quasi-metafizycznym przeżywaniu kolejnego rozdziału narodowej martyrologii, zamiast działać skutecznie. Drugi, że zadowalajš się tworzeniem i wypełnianiem własnej niszy wewnštrz społeczeństwa, odwracajš się plecami do reszty Polski, nie szukajš porozumienia z niš i sposobów jej pozyskania.

Budowanie na pogardzie

Warzecha zapomina chyba, a powinien pamiętać, że w tej niszy nikt nie zamknšł się sam z własnej woli. Wypchnięcie poza debatę publicznš i postawienie poza nawiasem "nowoczesnego społeczeństwa" dużej częœci społeczeństwa – tej religijnej, majšcej urobione poglšdy patriotyczne i antykomunistyczne – było w sferze mentalnej aktem założycielskim III RP i dokonało się u samego jej zarania, w momencie rozpadu zwycięskiego Komitetu Obywatelskiego, zwanego wojnš na górze. Zmieniały się potem totemy, którymi znakowano obszar wykluczenia, nie zmieniała się zasada, że III RP nie jest dla wszystkich. Ci, którzy głosowali na Wałęsę, ci, którzy głosujš na PC i ZChN, ci, którzy słuchajš Radia Maryja, byli tu od zawsze tymi gorszymi: elity i zawłaszczane przez nie media poddawały ich nieustajšcej tresurze wstydu i szyderstwa, kreowały na groŸny, ciemny motłoch, który jeœli nie zniszczył dotšd rodzšcej się demokracji i "reform", to tylko dzięki nieustajšcej intensywnej straży "ludzi przyzwoitych i na poziomie", z salonem michnikowszczyzny na czele. Zmieniajš się pełnišcy obowišzki Orwellowskiego Emanuela Goldsteina, natomiast mechanizm się nie zmienia i nie zmieni, bo wynika on z całej założycielskiej konstrukcji III RP, która zakładała, że œwiatła elita "z obu stron historycznego podziału", wznoszšc się ponad stare uprzedzenia, modernizuje i przeprowadza Polskę do Europy, nie oglšdajšc się na społeczeństwo, w swej masie nierozumiejšce tego procesu. Wymagało to budowania "nowoczesnej", "europejskiej" elity, elity modernizacyjnej, zdolnej masom imponować, którš stworzono metodš "ochrzczenia" elity peerelowskiej przez bohaterów i intelektualistów opozycyjnych. A jedynym realnym spoiwem takiej elity jest wspólnie przeżywana niechęć i pogarda wobec "ciemnej", nienowoczesnej częœci Polaków, odrzucenie i szyderstwo okazywane ich systemowi wartoœci i ich symbolom. W pierwszych latach niepodległoœci dawny "inteligent pracujšcy" przeradzajšcy się w przedstawiciela "biurowej klasy œredniej" budował swe poczucie przynależnoœci do nowoczesnej, europejskiej i lepszej częœci społeczeństwa na noszeniu koszulki z napisem "Bendem Prezydentem" i rechotaniu z prostactwa Wałęsy, dziœ buduje je na pogardzie dla "pisowców". Nie miejmy jednak złudzeń, że gdyby Jarosław Kaczyński albo PiS nagle zniknšł, tak jak po wykonanym przez okršgłostołowe elity polityczne zwrotem "konkordatowym" zniknęli z mediów "katoliccy ajatollahowie", "czarni" i "zetchaenowcy", debata publiczna przestałaby być jednym wielkim judzeniem na polski ciemnogród. W cišgu kilku dni wykreowano by nowego wroga, by nadal mieć kim straszyć i na kim skupiać pogardę "młodych, wykształconych z dużych miast".

Samowykluczenie

Ruch, który zrodziła tragedia smoleńska, a bardziej bezprecedensowa kompromitacja państwa i jego elit, którš nazwałem tragediš posmoleńskš, jest w oczywisty sposób reakcjš na próbę wykluczenia i pozbawienia głosu tych, którzy widzš w sobie, w moim przekonaniu słusznie, prawdziwych dziedziców ducha i tradycji "Solidarnoœci", ukradzionej i zawłaszczonej przez zblatowanych w Magdalence cwaniaczków. A poprzez "Solidarnoœć" – całej tradycji polskiej walki o wolnoœć, prawdę i sprawiedliwoœć. Niewštpliwie fakt, iż takš tragedię można było w wolnej Polsce tak łatwo zamieœć pod dywan, obłożyć tak zmasowanym kłamstwem i tak dać się Rosji potraktować przy jej wyjaœnianiu, to szok, który dla eksplozji energii "wolnych Polaków" odegrał rolę decydujšcš. W połšczeniu z przekroczeniem przez Tuska wszelkich granic przyzwoitoœci w posługiwaniu się do celów politycznych brutalnoœciš, agresjš i fałszem (co symbolizowała postać Palikota), musiał on stać się momentem założycielskim nowej, innej Polski. Jak można jednak zarzucać "emigrację wewnętrznš" (Warzecha nie używa tego terminu, ale o to w jego zarzucie chodzi) tym ludziom, którzy właœnie wyrwali się z biernoœci, poœwięcajš bezinteresownie swój czas, swojš pasję, siły, nierzadko i pienišdze, Polsce? Którzy przecież nie ograniczajš się do wzdychania na rocznicowych mszach, ale zrobili dokładnie to, co postulował przed laty Kuroń: zaczęli "zakładać komitety". Lista samych klubów "Gazety Polskiej" przekroczyła 250 pozycji, a przecież oprócz nich działajš jeszcze rozmaite stowarzyszenia i ruchy tworzšce finansowš i organizacyjnš strukturę o zasięgu porównywalnym z zasięgiem ignorujšcych ich mediów. Bez jakiegokolwiek wsparcia, przy nieustannym rzucaniu kłód pod nogi (proszę spróbować choćby tylko wynajšć salę na "niebłagonadiożnš" imprezę w miejscowoœci, w której szafarzem lokalnych posad i pieniędzy jest PO z jej "stronnictwami sojuszniczymi"). Zważywszy jak lubiš się oni sami dumnie okreœlać "drugi obieg" jest w stanie mimo to produkować co kilka tygodni film, który rozpowszechniany całkowicie poza oficjalnym obiegiem dociera do kilku milionów widzów i wchłania przez swojš dystrybucję kilku-, niekiedy nawet kilkunastotysięczne nakłady ksišżek, to stereotyp "niszy" staje się mocno dyskusyjny. Oczywiœcie, dało to "wolnym Polakom" poczucie siły, które skłania do odpłacania elitom tš samš monetš. Wykluczeni sami zaczęli wykluczać. To sytuacja zupełnie inna niż w najlepszych czasach Piotra Wierzbickiego, Tomasza Wołka czy Cezarego Michalskiego, kiedy to największym marzeniem liderów prawicowej opinii (nie wyłšczajšc braci Kaczyńskich) pozostawało zostać uznanym przez Adama Michnika za godnego dopuszczenia do dyskusji. Salon michnikowszczyzny bardzo stracił na uroku (bo różnica między tym sprzed dwóch dekad a tym obecnym jest ta sama, co między towarzystwem z obiadów czwartkowych u króla Stasia a bywalcami herbatek u generałowej Zajšczkowej), a Salon Odrzuconych stracił kompleksy i z odzyskanš dumš powtarza dziœ elitom III RP słowa Piłsudskiego: "jechał was pies, Polska takich nie potrzebuje". Nowy więc nie jest podział. Nowe jest to, że ten podział został zaakceptowany także przez drugš stronę, że odrzucenie stało się po Smoleńsku obustronne. Dotychczasowa, jak to rubasznie ujmuje lud, "dyskusja d... z batem" zmieniła się w obustronne mordobicie. I kiedy liczni intelektualiœci, jakby spadli z księżyca, nagle z obłudnym zdziwieniem dostrzegajš, że Polacy nie potrafiš już ze sobš rozmawiać nawet w rodzinach, przy œwištecznym stole, trzeba rację przyznać Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi: "to się już nie sklei".

Odwrócenie mocy biegunów

Nie podzielam jednak przekonania Warzechy, że to musi się okazać zabójcze dla "drugiego obiegu", a nie jego przeciwników. Błšd, jak sšdzę, wynika z obrazowego stereotypu Polski podzielonej narzucajšcego trwałoœć różnic. Na Polskę trzeba patrzeć jak na 30 milionów stalowych opiłków, które starajš się do siebie przycišgnšć dwa magnetyczne bieguny, mówišc hasłowo: "patriotyczny" i "modernizacyjny". W ostatnich latach siła przycišgania tego drugiego była nieporównanie wyższa, obietnica nowoczesnoœci, akceptacji w Europie i otwartego kredytu konsumpcyjnego uznawana była przez masy za atrakcyjniejszš od swojskoœci. To stworzyło złudzenie ogromnej przewagi elity III RP nad tymi, których wykluczyła i zamknęła w "pisowskim" rezerwacie. Ale do mas dociera właœnie, wraz z podwyżkami, œwiadomoœć, że zostały bardzo oszukane. Za zaparcie się siebie i oddanie Europie miały bowiem zyskać w niej i na to poszły nieograniczonego w hojnoœci sponsora. A teraz okazuje się, że weszliœmy do Unii po to, żeby jš ratować przed bankructwem. A obiecana nowoczesnoœć, już nie tylko na kolei i w służbie zdrowia, ale prawie w każdej dziedzinie zamiast Europy przypomina coraz bardziej "Misia" Barei. Szykuje się więc rychłe odwrócenie mocy biegunów. Tym bardziej że liczba ludzi zaangażowanych dziœ w aktywne obalanie III RP na razie w sferze kultury i symboli oraz ich pasja czyni "drugi obieg" znacznie silniejszym i nieporównanie bardziej twórczym od pierwszego. Porównywanie, jak to czyni salon, liczby uczestników marszów smoleńskich z liczbš widzów "X Faktor" to przejaw chciejstwa elit. Porównajmy jš raczej z liczbš osób, który przy gigantycznym wsparciu mediów i celebrytów oraz wielomilionowych dotacjach dla postępowych organizacji i wydawnictw udaje się zwabić na imprezy w rodzaju "kolorowej niepodległej" albo z liczbš podpisów, które przy równie potężnym nagłoœnieniu zdołano zebrać pod żšdaniem parytetów czy pełnej legalizacji aborcji. Autor jest publicystš tygodnika  "Uważam Rze"
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL