Publicystyka
Zdrajca? Nie, amator
Do indolencji obecnego rządu na arenie unijnej powinniśmy już przywyknąć – twierdzi publicysta
Pemier Donald Tusk jest Ryszardem Czarneckim unijnej polityki. Eurodeputowany PiS lubi opowiadać o swoich wpływach w partii. Szef rządu opowiada o swoich wpływach w Europie. Czarnecki szczyci się, iż ma dostęp do ucha prezesa. Tusk szczyci się swoją przyjaźnią z panią kanclerz. Czarnecki poucza tych, którzy rozbijają PiS i polską prawicę. Tusk karci wzrokiem tych, którzy rozbijają jedność Europy. Czarnecki zawsze wie, skąd wieją wiatry, i w odpowiednim momencie potrafi przytulić się do najsilniejszej frakcji w partii. Tusk także posiada tę umiejętność – a jako że w Unii najsilniejszą frakcją jest zawsze Angela Merkel, zatem Tusk przytula się do niej.
Widok europosła PiS, który niezgrabnie odgrywa rolę szarej eminencji swojego ugrupowania, może wzbudzić najwyżej litość. Ale widok premiera RP, który z kolejnego szczytu UE wraca na tarczy, mimo iż wcześniej obiecywał wszystkim złoto i frykasy, wywołuje jednocześnie smutek i irytację.
Wyszło jak zwykle
W ostatnich tygodniach zarówno sam Tusk, jak i jego minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski częstokroć podkreślali, iż nasz kraj stanął właśnie przed jedyną i niepowtarzalną szansą. Po latach niewoli, upokorzeń i gospodarczej zapaści w czasach komunizmu, po trudnym okresie transformacji, po żmudnym procesie dochodzenia do względnego dobrobytu wreszcie możemy stać się jednym z najważniejszych krajów Starego Kontynentu i kreować jego przyszłość.
Urządzono nawet w tym celu spektakl pod tytułem "Europa mówi Sikorskim". Szef polskiej dyplomacji wygłosił brawurowe przemówienie w Berlinie, udzielił wywiadu CNN, zyskał aplauz w anglosaskiej prasie, a Tusk miał na tej fali tylko dopłynąć do Brukseli i ją oczarować.
Niestety, jak mawiał nieodżałowany Wiktor Stiepanowicz Czernomyrdin: "Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle". Najpierw obwieściliśmy, że podpiszemy traktat ustanawiający unię fiskalną (zanim jeszcze ktokolwiek wymyślił doń choćby preambułę), a potem obudziliśmy się z ręką w niebieskim nocniku w złote gwiazdki. Projekt umowy nie pozostawia złudzeń: Polska nadal czeka w przedpokoju i nawet usilne starania premiera, by na zdjęciach ze szczytów występować zawsze w towarzystwie Angeli, na niewiele się zdadzą.
Polska to ma gest
Znamienne, iż po powrocie naszej delegacji do Warszawy rządowa narracja się zmieniła – sukcesem okazało się... uzyskanie "statusu obserwatora". Nie będziemy więc pełnoprawnymi członkami "jądra Unii", ale za to będziemy je pilnie "obserwować".
Należy docenić upór państwowych urzędników, którzy ratowali w ten sposób twarz. Ale na nieszczęście dla Tuska i jego dyplomatów wspomniany projekt ma tylko osiem stron, jest wyjątkowo klarowny i został sporządzony nie po grecku, lecz po angielsku. Tym samym trudniej było ukryć fakt, że rząd opowiada banialuki.
Nie było mowy o żadnym "statusie obserwatora", nie było mowy o żadnych korzyściach, jakie Polska miałaby otrzymać, przystępując do tego elitarnego paktu. "Nikt nie mówił, że w wyniku umowy zostaniemy dopuszczeni do współdecydowania o kwestiach, które dotyczą strefy euro. By tak się stało, musielibyśmy do niej należeć" – twierdzi teraz europoseł PO Paweł Zalewski. Panie pośle, czy nie pamięta pan, jak prezydent Komorowski deklarował w "Gazecie Wyborczej" chęć "bycia w unijnym centrum"?
Intrygujące były też wypowiedzi ministra Pawła Grasia. W jednym z poranków radia TOK FM Graś najpierw zachwalał porozumienie i wymieniał korzyści, jakie przyniesie ono Polsce, po czym stwierdził, że nie wiadomo jeszcze, jaką większością powinno być ratyfikowane w Sejmie, albowiem... jego ostateczny kształt jest wciąż nieznany.
W ubiegły wtorek nastąpił kolejny zwrot: minister finansów Jacek Rostowski stwierdził, że Polska będzie się dopiero starała (sic!) o status obserwatora szczytów eurolandu.


![[?]](http://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)













