Ostatni niezłomni

aktualizacja: 17.12.2007, 19:25
Foto: IPN

Michał Krupa „Wierzba”, Andrzej Kiszka „Dąb” i Józef Franczak „Lalek” walczyli z komunistami aż do początku lat 60.

21 października 1963 roku w obławie funkcjonariuszy SB i ZOMO we wsi Majdan Kozic Górnych na Lubelszczyźnie zginął Józef Franczak „Lalek”, ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego. Został wydany w ręce bezpieki przez krewnego zwerbowanego do współpracy z SB. Jego siostry, dopiero 20 lat później, mogły złożyć ciało w rodzinnym grobowcu.
W pierwszych latach po wojnie w antykomunistycznej konspiracji uczestniczyło około 150 tys. osób. W wyniku represji, działań operacyjnych UB, kolejnych amnestii ich liczba po 1947 roku zmalała do około 2 tys. Na początku lat 50. w lasach pozostawało jeszcze około 250 – 400 walczących. W 1953 roku bezpieka rozbiła ostatnie zorganizowane oddziały partyzanckie. W tym czasie na „stopie nielegalnej” pozostawało jeszcze kilkadziesiąt osób. Amnestia z kwietnia 1956 roku doprowadziła do tego, że stan ten stopniał do kilkunastu.
Wśród tych ostatnich leśnych były m.in. oddziały mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy” i ppor. Stanisława Marchewki „Ryby” działające na Białostocczyźnie. Ten pierwszy mimo ujawnienia w 1947 roku, inwigilowany w następnych latach, w 1950 roku powrócił do lasu. Zginął podczas rozbrajania posterunku MO w Przytułach 23 sierpnia 1954 roku.
Drugi z nich zerwał z konspiracją już na początku 1946 roku, ujawnił się wiosną 1947 roku, ale pod koniec 1952 roku UB, dążąc do zlikwidowania oddziału „Bruzdy”, przypomniała sobie o nim. Szantażem zmuszony do współpracy, z Łodzi przybył w Łomżyńskie, aby – jak liczył UB – wejść do oddziału „Bruzdy”, a w dogodnym momencie „wystawić” go na strzał. Po dotarciu do oddziału o wszystkim powiedział swojemu dawnemu dowódcy i przyłączył się do niego. Po śmierci „Bruzdy” objął dowództwo nad dwoma pozostałymi partyzantami, Tadeuszem Wysockim i Wacławem Dąbrowskim. Udało się im wytrwać do marca 1957 roku. Zimy spędzali w specjalnie wybudowanym bunkrze w zabudowaniach Apolinarego Grabowskiego w Jeziorku nieopodal Łomży, a lata na nadbiebrzańskich bagnach.
Przez długi czas pozostawali nieuchwytni. Momentem przełomowym było pozyskanie do współpracy siostry Wysockiego. 3 marca 1957 roku do akcji wkroczyła oczekująca w pobliżu zabudowań grupa operacyjna SB i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Doszło do wymiany strzałów miedzy funkcjonariuszami SB i „Rybą”, w wyniku której ten ostatni poległ.
Jeszcze dłużej ukrywali się Michał Krupa „Wierzba” i Andrzej Kiszka „Dąb”. Historia ich działalności konspiracyjnej była bardzo podobna. Pierwszy z nich był żołnierzem AK, a drugi partyzantem oddziału Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. Po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich przez kilka miesięcy obaj służyli w MO. Od 1945 roku byli partyzantami oddziału Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”. W kwietniu 1947 roku Kiszka się ujawnił, ale już od jesieni tego roku w obawie przed aresztowaniem zaczął się ukrywać. W 1949 roku przyłączył się do oddziału Adama Kusza „Garbatego”, w którym nieprzerwanie służył Krupa. Obaj przedarli się przez pierścień okrążenia UB – KBW w sierpniu 1950 roku, kiedy został rozbity ich oddział. Krupa ukrywał się samodzielnie do momentu aresztowania 11 lutego 1959 roku. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie z 30 listopada 1959 roku został skazany na 15 lat więzienia, a po zastosowaniu amnestii zwolniono go w 1965 roku.
Natomiast Andrzej Kiszka do listopada 1952 roku był w oddziale Józefa Kłysia „Rejonowego”. W 1954 roku ponownie zorganizował grupę zbrojną. Przez następne lata ukrywał się samotnie w zbudowanym w lesie bunkrze. Ujęty 30 grudnia 1961 roku przez grupę operacyjną MO i SB. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Lublinie
z 25 lipca 1962 roku został skazany na karę dożywotniego więzienia. Sąd Najwyższy zmniejszył karę do 15 lat więzienia. Więzienie opuścił 3 sierpnia 1971 roku.
Ostatnim partyzantem polskiego podziemia niepodległościowego był sierż. Józef Franczak „Laluś”, „Lalek”. Jego życiorys jest typowy dla wielu z pokolenia Kolumbów. Urodził się w 1918 roku w małej podlubelskiej wiosce Majdan Kozic Górnych. Nie mając środków na dalsze kształcenie zgłosił się do Szkoły Podoficerskiej Żandarmerii w Grudziądzu, a następnie służył w Równem na Wołyniu. We wrześniu 1939 roku walczył z Sowietami, udało mu się zbiec z niewoli i powrócić w rodzinne strony. W czasie okupacji niemieckiej był żołnierzem ZWZ i AK, dowodził drużyną, a następnie plutonem. Prowadził też zajęcia w konspiracyjnej szkole podoficerskiej.Po wkroczeniu Armii Czerwonej znalazł się w szeregach organizowanego przez komunistów „ludowego” WP. Stacjonował w Kąkolewnicy, gdzie Sąd Polowy II Armii „ludowego” WP skazywał na kary śmierci byłych żołnierzy AK. Prawdopodobnie w pierwszych miesiącach 1945 roku zdezerterował. Początkowo ukrywał się w okolicach Łodzi, a następnie na Pomorzu.
Rozpoznany, powrócił w rodzinne strony, ale tutaj już w czerwcu 1946 roku wpadł w obławę grupy operacyjnej wojewódzkiego UB w Lublinie. Podczas transportu uciekł wraz z dziewięcioma innymi aresztantami, zabijając m.in. trzech funkcjonariuszy bezpieki. Na krótko dołączył do jednego z pododdziałów zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”.
Na początku 1947 roku zgłosił się do oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Po akcji ujawnieniowej z wiosny 1947 roku został dowódcą jednego z pododdziałów. Wraz ze swoimi partyzantami (było ich zazwyczaj od czterech do sześciu) patrolował podległy mu teren na pograniczu powiatów lubelskiego i krasnostawskiego; zbierali informacje dotyczące aresztowań i operacji przeprowadzanych przez aparat represji, a także na temat osób współpracujących z UB oraz najbardziej gorliwych funkcjonariuszy UB i MO. Z powodu małej liczebności patroli działalność zbrojna w owym czasie była znacznie ograniczona. Sprowadzała się do zasadzek na małe patrole milicyjne, akcji ekspropriacyjnych oraz wykonywania kar chłosty lub śmierci na konfidentach i aktywistach komunistycznych. Patrole musiały ciągle uchodzić przed ścigającymi je grupami operacyjnymi UB – KBW.
Po stratach w zasadzce z maja 1948 roku jego pododdział przestał istnieć. Z pięciu partyzantów poległo dwóch, a dwóch zostało rannych (z których jeden zmarł). Bez szwanku wyszedł jedynie „Laluś”. W kolejną zasadzkę wpadł sam w Wigilię 1948 roku. W czasie walki ranił jednego z milicjantów, sam też został ranny w brzuch. Od tego czasu nie posiadał już zorganizowanego pododdziału zbrojnego, ale utrzymywał łączność z kontynuującymi walkę zbrojną. Jego towarzysze ginęli w walce lub wpadali w ręce UB w wyniku kombinacji operacyjnych. Jemu nadal udawało się umykać przed tropiącymi go funkcjonariuszami UB, niejednokrotnie dopisywało mu niesamowite szczęście.
Jego sposób ukrywania się był nieco inny niż Kiszki i Krupy. Nie starał się budować świetnie zamaskowanych bunkrów, aby przebywać w nich przez wiele miesięcy. Był w ciągłym ruchu, często zmieniając kwatery. Jak szacowali funkcjonariusze UB/SB, jego siatka współpracowników liczyła około dwustu osób, co jest liczbą imponującą, tym bardziej że za udzielanie pomocy tak „niebezpiecznemu bandycie” groził kilkuletni wyrok więzienia.
Franczak poważnie zastanawiał się nad skorzystaniem z uchwalonej 27 kwietnia 1956 roku amnestii i powrotem do normalnego życia. W rozmowie z jednym ze swoich współpracowników miał powiedzieć, że gdyby miał gwarancję, że otrzymałby wyrok mniejszy niż 15 lat więzienia, to zdecydowałby się na ujawnienie. Jednak po konsultacjach z jednym z lubelskich adwokatów zrezygnował, bo ten miał mu wyjaśnić, że za popełnione przez niego przestępstwa groziła mu kara dożywotniego więzienia.
W rozmowach ze swoimi współpracownikami mówił, że w najbliższym czasie w Polsce musi dojść do zmiany ustroju, a on zrobi wszystko, aby do tego dotrwać. Pragnienie powrotu do normalnego życia powodował związek z Danutą Mazur z Wygnanowic, z którego 11 stycznia 1958 roku urodził się syn Marek. Oboje podejmowali próby sformalizowania swojego związku. Kończyły się one niepowodzeniem, gdyż księża, obawiając się prowokacji SB, odmawiali udzielenia ślubu.Funkcjonariusze UB/SB używali przeróżnych sposobów, aby go wytropić. Pozyskiwano konfidentów, którzy z jednej strony mieli penetrować jego rodzinę i środowisko pomocników, z drugiej próbowali ustalić jego kryjówkę. W domach członków najbliższej rodziny „Lalusia” oraz jego najbliższych współpracowników instalowano aparaturę podsłuchową; w zabudowaniach sąsiadujących organizowane były tzw. zakryte punkty obserwacyjne, w których dwóch – trzech funkcjonariuszy spędzało po kilka tygodni w oczekiwaniu na pojawienie się „Lalusia”. Bezskutecznie.
Na początku 1963 roku funkcjonariuszom Wydziału III SB KW MO w Lublinie udało się wyselekcjonować człowieka, który mógł przyczynić się do ujęcia lub likwidacji „Lalusia”. Był to Stanisław Mazur – bratanek ojca Danuty Mazur, mieszkający wtedy w Lublinie. Na podstawie „materiałów kompromitujących” oficerom SB udało się go zwerbować jako tajnego współpracownika; nadano mu ps. Michał. Przez kolejne miesiące dojeżdżał do Wygnanowic, spotykał się ze swoimi krewnymi, a jednocześnie współpracownikami „Lalusia”. Jako bliski krewny darzony był przez nich zaufaniem. W sierpniu 1963 roku udało mu się spotkać z „Lalusiem”.Przez następne trzy miesiące SB przy pomocy TW „Michała” coraz bardziej osaczała „Lalusia”. 20 października 1963 roku agent wyposażony w aparaturę podsłuchową spotkał się z „Lalusiem”. W okolicy oczekiwała grupa likwidacyjna złożona z dziesięciu oficerów operacyjnych SB i 60 funkcjonariuszy ZOMO. Akcja zakończyła się fiaskiem z powodu awarii środków łączności posiadanych przez agenta, trudnych warunków terenowych oraz wyznaczenia spotkania na wieczór. Następnego dnia rano TW „Michał” przekazał swojemu oficerowi prowadzącemu, że poprzedniego dnia udało mu się ustalić markę i numer rejestracyjny motocykla, którym „Laluś” został przywieziony na spotkanie.
21 października 1963 roku zorganizowano grupę operacyjną składającą się z dwóch oficerów SB i 35 funkcjonariuszy ZOMO, którą dowieziono w okolice wsi Majdan Kozic Górnych. O godz. 15.45 zabudowania Wacława Becia – właściciela motocykla – zostały okrążone. „Laluś” zauważywszy zbliżającą się obławę, próbował – udając gospodarza – przejść przez linię obstawy. Gdy został wezwany do zatrzymania się, wydobył pistolet, oddał kilka strzałów i zaczął uciekać. Przebiegł ok. 300 metrów, po czym został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł. W prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie przeprowadzono sekcję zwłok i pozbawiono je głowy, a następnie złożono w bezimiennym grobie na cmentarzu komunalnym przy ul. Unickiej. Dzięki pomocy pracownika cmentarza rodzinie udało się ustalić miejsce pochówku. Dopiero w 1983 roku siostry „Lalusia” przeniosły prochy do rodzinnego grobowca, na cmentarzu parafialnym w Piaskach.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE