Baszar Asad grozi: wojna z Syrią to trzęsienie ziemi

aktualizacja: 30.10.2011, 20:08
Baszar Asad (z prawej) podczas rozmów z szefem dyplomacji Kataru
Baszar Asad (z prawej) podczas rozmów z szefem dyplomacji Kataru
Foto: AFP

Zaatakujcie mnie, a będziecie mieli Afganistan razy dziesięć – tak prezydent Syrii ostrzega Zachód przed interwencją

Baszar Asad nie przebierał w słowach w swoim pierwszym od siedmiu miesięcy wywiadzie dla zachodnich mediów. W rozmowie z dziennikarzem brytyjskiego „Sunday Telegraph" ostrzegł, że jakakolwiek interwencja zbrojna przeciwko jego reżimowi doprowadzi do kryzysu w całym regionie. – Mój kraj to nie Egipt, Tunezja czy Libia – powiedział, nawiązując do państw arabskich, w których rewolucje doprowadziły do obalenia dyktatur. – Syria jest spoiwem Bliskiego Wschodu, jeśli zaczniecie się bawić na jej terenie, wywołacie trzęsienie ziemi.
– Asad chce przestraszyć Zachód, to oczywiste – przekonuje w rozmowie z „Rz" Joshua Landis, dyrektor Ośrodka Studiów Bliskowschodnich na Uniwersytecie Oklahomy. – Z jednej strony wie, że może liczyć na to, iż Rosja i Chiny zawetują w Radzie Bezpieczeństwa ONZ każdą antysyryjską rezolucję, ale z drugiej zdaje sobie sprawę, że jest coraz bardziej bezbronny wobec tego, co moim zdaniem prędzej czy później nastąpi.
Według Landisa, jednego z wybitnych znawców regionu, Baszar Asad wcale nie obawia się zaangażowania Zachodu w stylu libijskim. – Gołym okiem widać, że ani USA, ani Unia Europejska nie palą się do otwartej wojny na Bliskim Wschodzie. Syryjski prezydent bardziej się boi, że Zachód czy jego arabscy sojusznicy zaczną po cichu zbroić rebeliantów.
Syria jest krajem bardzo zróżnicowanym religijnie i etnicznie. Baszar Asad wciąż cieszy się poparciem licznych grup, które wzbogaciły się za rządów jego i jego ojca. Popierają go także mniejszości etniczne, które boją się dominacji sunnitów. Landis: – To wszystko sprawia, że otwarte zaangażowanie się Zachodu w wojnę jest mało prawdopodobne.
Wywiad syryjskiego przywódcy zbiega się w czasie z kolejnymi informacjami o krwawych zamieszkach w kraju. W mieście Homs, które od marca jest centrum antyrządowych zamieszek, wojsko znów otworzyło ogień do demonstrantów. Według opozycji zginęło około 40 osób, w tym 17 żołnierzy. Nie sposób potwierdzić tych danych, bo Homs jest zamknięte dla zachodnich dziennikarzy.
W trwających już ponad pół roku starciach rebeliantów z wojskiem zginęły co najmniej 3 tysiące osób. W piątek Liga Arabska potępiła Baszara Asada za tłumienie protestów, wzywając go do natychmiastowego zaprzestania mordowania cywilów i do rozpoczęcia dialogu z opozycją.
Syryjski prezydent dał w wywiadzie do zrozumienia, że nie zamierza się ugiąć przed tymi żądaniami. – Nie poszliśmy w ślady twardogłowych rządów – mówił Asad, nawiązując do obalonych przywódców Egiptu, Tunezji i Libii. – Po sześciu dniach od wybuchu zamieszek kazałem przeprowadzić reformy polityczne. To nieprawda, że przebiegają zbyt wolno.
W niedzielę w Warszawie przed Ambasadą Syrii demonstrowało kilkudziesięciu zwolenników i przeciwników Baszara Asada. Ci pierwsi trzymali w rękach transparent z napisem „Thank you Russia and China", ci drudzy deptali wizerunek dyktatora z wymalowaną obok swastyką. – Kaddafi też zapowiadał trzęsienie ziemi w razie interwencji Zachodu – mówił „Rz" Eskan Darwich z opozycyjnego Ruchu na rzecz Demokratycznej Syrii. – Tylko dyktatorom się wydaje, że na nich świat się kończy. Ale nie chcę, żeby Asad skończył jak Kaddafi. Niech go postawią przed sądem.

POLECAMY

KOMENTARZE