Ekonomia

Spór o euro – przyjąć jak najszybciej czy odkładać jak najdłużej

Sławomir Skrzypek
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
W poniedziałek uczestnicy kolejnej debaty „Rz” i NBP z cyklu „Euro w Polsce. Nadzieja czy zagrożenie?” spierali się, jakie będą koszty i korzyści przyjęcia wspólnej waluty oraz kiedy powinno to nastąpić. Odpowiadali również na pytania studentów i pracowników naukowych SGH i Uniwersytetu Warszawskiego.
Żaden ekonomista nie kwestionuje, że Polska musi przyjąć euro. Do tego zobowiązał się rząd podpisując Traktat Akcesyjny do Unii Europejskiej oraz społeczeństwo w referendum zatwierdzającym ratyfikację tego dokumentu. Ale niektórzy eksperci uważają, że im szybciej nowa waluta wejdzie nad Wisłą do obiegu, tym więcej zyska gospodarka. Inni argumentują, że pośpieszne przyjęcie euro jest szkodliwe dla gospodarki i Polska powinna jak najdłużej odwlekać moment akcesji do eurolandu. – Konieczna jest dokładna analiza kosztów i korzyści. Narodowy Bank Polski przygotowuje raport w tej kwestii. Ale odpowiedź na pytanie, kiedy wstąpimy do euro, należy już do rządu – mówił prezes NBP Sławomir Skrzypek.
Jednym z najgorętszych zwolenników szybkiego przyjęcia euro jest prof. Stanisław Gomułka, emerytowany profesor London School of Economics, były doradca ministra finansów i prezesa NBP, a także rosyjskiego premiera Jegora Gajdara (autora reform rynkowych w Rosji w 1991 r.). Jego zdaniem najważniejszym dla gospodarki skutkiem przyjęcia euro będzie dostęp do zagranicznych oszczędności.
– Polska jest krajem doganiającym kraje rozwinięte, o niskim poziomie oszczędności. Akces do strefy euro daje większy i bezpieczniejszy dostęp do oszczędności zagranicznych, co oznacza wyższy wzrost inwestycji i przez to gospodarki. W Irlandii to napływ inwestycji zagranicznych był przyczyną cudu gospodarczego – mówił Gomułka. Przypomniał on, że niska stopa oszczędności w Polsce wynika m.in. z wysokiego poziomu wydatków publicznych (państwo zadłużając się korzysta z oszczędności Polaków, sprzedając im obligacje). Sprawia to, że kredyt w Polsce jest trudniej dostępny niż w strefie euro, co chociażby widać po wyższych długoterminowych stopach procentowych nad Wisłą. Jego zdaniem ryzyko kursowe sprawia, że zadłużanie się za granicą jest dla polskich przedsiębiorców utrudnione, wpływa również na decyzje firm z innych krajów rozważających inwestycje w Polsce. Gdyby to ryzyko zniknęło, zwiększone inwestycje mogłyby – zdaniem profesora – zwiększyć wzrost gospodarczy Polski o 1 pkt proc. rocznie. – Bezpieczniejszy dostęp do oszczędności zagranicznych pozwoliłby zwiększyć udział inwestycji w PKB z około 20 do około 30 proc. – uważa Gomułka. – Oczywiście rosnące zadłużenie odbywa się poprzez wzrost deficytu na rachunku obrotów bieżących. Jeżeli kraj znajduje się w innej strefie walutowej, wtedy wysoki deficyt może doprowadzić do destabilizacji gospodarki. Jeżeli waluta jest wspólna, wtedy deficyt ten może być dużo wyższy bez zagrożenia dla gospodarki – mówił Gomułka. Dodał również, że wyeliminowanie ryzyka kursowego ma duże znaczenie dla eksporterów, chociaż korzyść dla gospodarki z tego tytułu jest niższa niż z tytułu zwiększonych inwestycji. Prof. Gomułka nie chciał on odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, kiedy Polska powinna wejść do strefy euro. Ale przyznał, że największe korzyści z przyjęcia euro mogą odnieść kraje doganiające Europę Zachodnią. Im mniej zaległości do nadrobienia, tym mniejsze są korzyści. – Dla takich krajów, jak Szwecja, czy Wielka Brytania, korzyści z przyjęcia euro są marginalne. Jego zdaniem kosztem przyjęcia euro może być wyższa inflacja, wynosząca około 4 – 5 proc. Polska utraci również możliwość prowadzenia polityki pieniężnej, co sprawi, że jedynym sposobem oddziaływania na inflację będzie polityka budżetowa. W podobnym tonie wypowiadał się prof. Witold Orłowski, były doradca prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, obecnie ekonomista w firmie doradczej PricewaterhouseCoopers. Wskazywał, że przewidywalność kursu walutowego ma duże znaczenie dla inwestorów, czy to w krajach rozwijających się, czy rozwiniętych. – Niedawno Honda ogłosiła, że nie zbuduje kolejnego zakładu w Wielkiej Brytanii, ponieważ silny funt sprawia, że eksport z tego kraju staje się coraz mniej opłacalny.Orłowski argumentował również, że przyjęcie euro będzie korzystne dla polskich producentów. Sprawi, że nominalny kurs złotego przestanie się umacniać. – A w długim okresie złoty będzie się umacniał, ponieważ wydajność pracy w Polsce zwiększa się szybciej niż Niemczech czy Francji – mówił profesor. W takiej sytuacji zatrzymanie wzrostu kursu polskiej waluty będzie silnym impulsem wspierającym eksport. Przyjęcie euro – zdaniem Orłowskiego – doprowadzi również do spadku krótkookresowych stóp procentowych, czyli niższych kosztów kredytu. Sprawi to, że wzrost gospodarczy będzie szybszy. Ale jednocześnie może wzrosnąć inflacja oraz presja płacowa ze strony pracowników. To będzie jeden z kosztów przyjęcia euro. Jednocześnie Orłowski przyznał, że ważną kwestią społeczną i polityczną będzie przejściowy wzrost cen. Handlowcy mogą bowiem zaokrąglać ceny w złotych na ceny w euro. – To nie jest problem, którym zajmują się makroekonomiści. Ale taka sytuacja może wystąpić. Może to nie być widoczne w inflacji, ale ludzie mogą to odczuć. Jego zdaniem problemowi temu można zaradzić poprzez odpowiednie przygotowanie społeczeństwa oraz rozwiązania techniczne, takie jak ściślejsza kontrola działań sprzedawców. Tak uczyniła np. Słowenia. – W 1993 r. kiedy wprowadzano w Polsce VAT wszystkim wydawało się, ze ceny muszą wzrosnąć. A jednak dzięki odpowiednim rozwiązaniom udało się tego uniknąć, mimo że rok wcześniej dużo bardziej stabilne Czechy odczuły wzrost cen po wprowadzeniu tego podatku. Zdaniem ekonomisty PricewaterhouseCoopers Polska mogłaby wstąpić do strefy euro już za kilka miesięcy, ponieważ obecnie spełnia wszystkie kryteria z Maastricht. Jednak musiałaby już od dwóch lat przebywać w mechanizmie kursowym ERMII, który jest przedpokojem dla oczekujących do wejścia do eurolandu. A nie przebywa. Dlatego obecnie najwcześniejszy możliwy termin to za 2,5 roku. Tylko, że zdaniem Orłowskiego już niedługo problemem może stać się rosnąca inflacja. Po przeciwnej stronie barykady ustawił się profesor Andrzej Kaźmierczak ze Szkoły Głównej Handlowej, autor wielu publikacji z dziedziny polityki pieniężnej. Jest on zwolennikiem odłożenia przyjęcia euro w Polsce do drugiej połowy przyszłej dekady. Swoją argumentację podzielił na dwie części. W pierwszej tłumaczył, że przyjęcie euro w Polsce jest sprzeczne z tzw. teorią optymalnego obszaru walutowego. Mówi ona, że wspólną walutę mogą posiadać państwa o zbieżnym cyklu koniunkturalnym, których gospodarki podobnie reaguję na tzw. szoki asymetryczne (przykład takiego szoku: jeżeli na świecie spadnie popyt na samochody, to mocno odczują to gospodarki krajów kraje o dużym udziale przemysłu samochodowego, na inne kraje nie będzie to miało większego wpływu – przyp. IM). – Czy cykl koniunkturalny w Polsce i strefie euro jest zbieżny? Wątpię. A nawet jeżeli tak, to tempo wzrostu gospodarczego takich krajów jak Francja czy Niemcy nie jest dla nas ideałem. Różne są również reakcje na szoki zewnętrzne – mówił Kaźmierczak. Dlatego – jego zdaniem – w takiej sytuacji Polska powinna zachować suwerenną politykę pieniężną, aby utrzymywać bardzo szybkie tempo wzrostu gospodarczego. Poddanie się polityce Europejskiego Banku Centralnego może być dla Polski niekorzystne. – Niektóre badania wskazują, że jedną walutę mogą mieć kraje o różnym poziomie rozwoju. Ale musi temu towarzyszyć napływ funduszy z krajów bardziej rozwiniętych do mniej rozwiniętych. Tymczasem po zakończeniu obecnej perspektywy finansowej Unii Europejskiej w 2013 r. Polska może już nie otrzymywać tylu funduszy, co obecnie – wskazywał Kaźmierczak. Drugą część swojej argumentacji profesor poświęcił kwestionowaniu argumentów za przyjęciem euro, które jego zdaniem są najczęściej przytaczane. – Mówi się o kwestii kreacji handlu między krajami przyjmującymi wspólną walutę. Ale są badania, które wskazują, że dzięki przyjęciu euro handel między krajami strefy zwiększył się o około 5 – 10 proc. Każdy musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to dużo, czy mało. Z moich obserwacji wynika, że szybszy wzrost dwustronnego handlu notują Dania i Szwecja, posiadające różne waluty, niż Francja i Niemcy, które przyjęły wspólną walutę – mówił Kaźmierczak. Dodał również, że o napływie inwestycji zagranicznych nie decyduje kurs walutowy, ale warunki prowadzenia działalności dla inwestorów w danym kraju. Podobnie od kursu nie zależy – zdaniem profesora – dostęp do oszczędności zagranicznych. – To jest mit. Dostęp do kredytów nie zależy od tego, czy są dwie waluty, czy jedna, ale od standingu finansowego firm. Polskie przedsiębiorstwa są w dobrej kondycji finansowej i coraz bardziej zadłużają się za granicą. - Dziwi mnie również argument o spadku stóp procentowych po przyjęciu euro. Z tego co widzę, Europejski Bank Centralny podnosi ostatnio stopy procentowe – mówił Kaźmierczak. (Obecnie główna stopa EBC wynosi 4 proc. i w ostatnich dwóch latach była podnoszona siedmiokrotnie. W Polsce główna stopa procentowa wynosi 4,75 proc., a do przyszłego roku może sięgnąć 5,25 – 5,5 proc. – przyp. IM). Sceptyczny wobec przyjmowania wspólnej waluty jest również prof. Jacek Karwowski z Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, zajmujący się m.in. kwestiami finansów międzynarodowych i bankowości centralnej. – Argumenty za i przeciw przyjęciu euro znane są od dawna. Problemem jest oszacowanie tych kosztów i korzyści. Nie można sprowadzać wszystkiego do jednego mianownika, porównywać skutków, które nie są porównywalne – mówił profesor. - O jakości życia i dochodu narodowego decydują inne czynniki niż waluta. Oczywiście przy założeniu, że inflacja jest niska. Ważne są takie czynniki, jak np. swoboda prowadzenia działalności gospodarczej – wskazywał Karwowski. Jego zdaniem polska Rada Polityki Pieniężnej jest w stanie zapewnić niski poziom inflacji. – U nas brakuje wiary, że bank centralny jest w stanie prowadzić stabilną politykę pieniężną. Są takie osoby, które uważają, że grozi nam powrót do dwucyfrowej inflacji. Ja uważam, że nie ma co się bać. Zdaniem prof. Karwowskiego euro to natomiast projekt zmierzający głównie do ściślejszej integracji politycznej Unii Europejskiej. – Czasami jest to próba zjednoczenia na siłę – mówił. Przypomniał jednocześnie argumenty ekonomistów, których zdaniem strefa euro nie przetrwa bez ściślejszej integracji politycznej, ponieważ wiele decyzji gospodarczych mających wpływ na kwestie monetarne będzie musiało być podejmowanych na szczeblu wspólnotowym. W dyskusję ekonomistów włączyli się również studenci i pracownicy naukowi Szkoły Głównej Handlowej. Jeden ze studentów stwierdził, że argumentacja o nieistnieniu optymalnego obszaru walutowego między Polską a strefą euro jest wątpliwa. – Kiedy powstawała strefa euro powszechne w Europie było przekonanie, że kraje mające ją tworzyć nie tworzą optymalnego obszaru walutowego. A mimo to zdecydowano się na ten projekt. Może zatem wierzono, że po przyjęciu wspólnej waluty gospodarki krajów członkowskich zintegrują się jeszcze bardziej i taki obszar stworzą. - Rzeczywiście kryteria z Maastricht określające warunku przyjęcia euro nie zwracają uwagi na istnienie optymalnego obszaru walutowego. Ale na przykład w Szwecji czy Finlandii powołano komitaty, które miały badać zgodność tych krajów z takich obszarem - odpowiadał uczestniczący w panelu dr Cezary Wójcik, dyrektor Biura ds. Integracji ze Strefą Euro przy Narodowym Banku Polskim. Przypomniał równocześnie, że nawet gdy nie istnieje optymalny obszar walutowy , kraje mogą sobie z tym poradzić i przyjąć wspólną walutę. – Są mechanizmy dostosowawcze, które pozwalają dostosować się do występujących szoków asymetrycznych, jak elastyczne finanse publiczne i elastyczny rynek pracy. Z kolei prof. Witold Orłowski na pytania o szoki asymetryczne odpowiedział: - Oczywiście istnieje ryzyko, że mogą wystąpić. Ale im większa wymiana handlowa ze strefą euro, tym to ryzyko jest mniejsze. Pojawiły się także pytania, czy spadek stóp procentowych nie spowoduje bańki spekulacyjnej w niektórych branżach, jak np. w Hiszpanii w branży nieruchomości. – Istnieje ryzyko, że ujemna realna stopa procentowa (stopa nominalna pomniejszona o inflację – przyp. IM) sprawi, że środki mogą być wydawane na nietrafione inwestycje. Należy bardzo dokładnie przeanalizować to zagrożenie – odpowiadał Wójcik. Z kolei prof. Stanisław Gomułka stwierdził, że takie zagrożenie może ujawnić się po okresie 10 – 15 lat od przyjęcia euro. – Nie oczekiwałbym problemów z tym związanych na początku integracji ze strefą euro. Wątpliwości wzbudziła również jedna z wypowiedzi prof. Andrzeja Kaźmierczaka, w której stwierdził, że w Polsce powinno odbyć się referendum w sprawie przystąpienia do euro. Przysłuchujący się debacie przypomnieli, że polskie społeczeństwo zobowiązało się do przyjęcia euro w referendum zatwierdzającym przystąpienie do strefy euro. – Referendum powinno mieć miejsce, ponieważ mogą pojawić się koszty przyjęcia euro – odpowiadał Kaźmierczak. – Nie zadeklarowaliśmy, kiedy mamy przyjąć wspólną walutę. Możemy skorzystać z precedensu Szwecji, która posiada takie same warunki jak Polska, a zorganizowała referendum. Mówiąc o kosztach przyjęcia euro Kaźmierczak stwierdził, że szybkie spełnienie kryteriów z Maastricht będzie wymagało cięć wydatków budżetowych, głównie na cele społeczne. Odczują to – jego zdaniem – najuboższe warstwy społeczne. Dlatego Kaźmierczak uważa, że proces zmniejszania wydatków na cele socjalne powinien być rozłożony w czasie. „Euro w Polsce. Nadzieja czy zagrożenie?” – cykl debat organizowanych przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski na temat kosztów i korzyści przystąpienia Polski do strefy euro, oraz ewentualnego terminu przyjęcia wspólnej waluty.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL