Gaz łupkowy - co z eksploatacją gazu łupkowego?

aktualizacja: 07.09.2011, 23:57
Grzegorz Pytel
Grzegorz Pytel
Foto: __Archiwum__

Wiele licencji na poszukiwanie gazu łupkowego w Polsce dostały firmy, które – najdelikatniej rzecz ujmując – do liderów branży naftowo-gazowej
nie należą. Niektóre z nich mają nieprzejrzystą strukturę właścicielską – zauważa ekspert z Instytutu Sobieskiego

Z prowadzeniem długoterminowych przedsięwzięć jest jak z zapinaniem koszuli. Jeżeli zaczniemy zapinać ją od złego guzika, to nie zostanie zapięta poprawnie. Albo po drodze będzie fałd, albo na końcu guziki równo się nie zejdą. Jeżeli zarządzanie złożami gazu łupkowego nie jest uporządkowane na samym początku – na etapie przyznawania licencji poszukiwawczych prywatnym spółkom, to albo w przyszłości pojawi się „fałd", za jaki będzie można uznać konieczność uporządkowania relacji z inwestorami, albo na końcu podatnicy za to zapłacą przez niezmaksymalizowanie przychodów państwa.
Kraje takie jak Norwegia lub Kanada już to przerabiały. Kraje afrykańskie nadal to przerabiają i mimo że mają mnóstwo bogactw naturalnych, nie przekłada się to na wysoki poziom rozwoju.

Rzut monetą, czyli w poszukiwaniu skarbów

Obecnie przez media przetaczają się debaty, czy Polska ma duże ilości gazu łupkowego czy nie, czy zostanie to potwierdzone i czy można je będzie wydobywać z dużym zyskiem. Jedno, co można powiedzieć z pewnością: jak jest naprawdę, nie wiadomo.
Poszukiwanie bogactw naturalnych przypomina loterię. Na podstawie pewnych przesłanek – wiedzy o ziemi – można czasami dojść do wniosku, że istnieją realne szanse, że dane bogactwo naturalne istnieje na pewnym obszarze i zostanie znalezione oraz że będzie zyskowne w eksploatacji. W takich warunkach firmy często przystępują do poszukiwań. Nadal jest to jednak loteria, czyli działanie, którego skutki nie są w 100 procentach przewidywalne, ale obarczone dużym ryzykiem porażki.
Po jednej stronie są poniesione koszty w przypadku nieznalezienia złóż, które można ekonomicznie eksploatować. Po drugiej – potencjalne zyski pomniejszone o szansę znalezienia tych złóż. Jeżeli druga strona daje większy wynik od pierwszej, wtedy jest uzasadnienie ekonomiczne dla prowadzenia prac poszukiwawczych. Problemem tego podejścia jest to, że wiele parametrów składających się na szanse sukcesu oraz koszty są w dłuższej perspektywie słabo przewidywalne. Dlatego też w ocenach zakłada się duże marginesy bezpieczeństwa, czyli możliwość pomyłki. Np. zaniżając szanse sukcesu i zawyżając koszta.
W miarę prowadzenia prac poszukiwawczych i pozyskiwania wiedzy równanie strat i zysków jest na bieżąco przeliczane. Jeżeli koszty zaczną przeważać nad zyskami, staje się to mocnym sygnałem alarmowym. Oczywiście ze względu na sporą arbitralność ocen różne firmy mogą mieć różne parametry równania, łącznie z ryzykiem, jakie są przygotowane podjąć. Zatem nie ma jednej odpowiedzi.
Kolejnym elementem w planowaniu firm prowadzących poszukiwania bogactw naturalnych jest zastosowanie metod statystycznych. Można to zilustrować np. rzutem monetą. Jeżeli tylko raz nią rzucimy, to szansa, że uzyskamy zakładany wynik, np. orła, jest pół na pół. Zatem niezbyt wielka. Jeżeli natomiast rzucimy 100 razy, to liczba orłów będzie zbliżona do 50. Im więcej dokonamy prób, tym bardziej liczba orłów będzie zbliżona do połowy wyników. Zatem ustalając, że naszym sukcesem w rzucaniu monetą będzie np. uzyskanie 40 procent orłów, czyli założymy 10-procentowy margines bezpieczeństwa, szanse na sukces są – przy dużej liczbie prób – prawie pewne.
To właśnie ta statystyczna metoda powoduje, że firmy poszukujące bogactw naturalnych budują bardzo szerokie portfele inwestycyjne. Bo statystka działa na wielkich liczbach. Stąd też poszukiwanie bogactw naturalnych jest biznesem bogatych firm, których budżety pozwalają zbudować odpowiednio duże, zdywersyfikowane portfele.

Pomieszanie ról

W Polsce działają największe światowe firmy poszukujące gazu łupkowego. Nie gwarantuje to jednak jego znalezienia. Świadczy tylko o tym, że bilans kosztów i spodziewanych zysków nadal wypada na korzyść zysków.
Firmy, które poszukują w Polsce gazu łupkowego, nie chcą się wypowiadać na ten temat, oprócz tego, co muszą obowiązkowo raportować. Po pierwsze, zawsze są to spekulacje, po drugie, jest to zdradzanie tajemnic własnej kuchni biznesowej. Niemniej na obecnym etapie w ich interesie leży, by istniało przekonanie, że polskie złoża gazu łupkowego są bardziej ryzykowne i niepewne ekonomiczne, niż wynika to z ich wewnętrznych ocen.
Takie przekonanie jest kapitałem na przyszłość. We wszelkich dyskusjach i kontaktach z rządem w przyszłości, jeżeli w grę będzie wchodziła podwyżka podatku lub innych danin na rzecz państwa od wydobytego surowca, będą miały mocny argument w ręku: „myśmy bardzo dużo ryzykowali, mogliśmy ponieść olbrzymie straty, zatem podwyżka jest podważaniem wiarygodności Polski jako kraju przyjaznego dla inwestorów". Natomiast w interesie państwa i podatników jest stworzenie przekonania, że firmy te wchodzą na prawie pewne złoża. Chodzi o to, aby rząd mógł naciskać na maksymalnie wysokie opłaty w przyszłości.
Kraje afrykańskie mają mnóstwo bogactw naturalnych, ale nie przekłada się to na wysoki poziom rozwoju
Zasada opodatkowania firm wydobywających bogactwa naturalne jest bardzo prosta w teorii: firmy te należy opodatkowywać w jak największym stopniu, tak aby społeczeństwo będące właścicielem tych bogactw miało z tego jak najwięcej, ale jednocześnie nie na tyle wysoko, aby firmy te wycofały się ze swojej działalności. Ponieważ jest to zawsze sytuacja dynamiczna, państwo musi się przygotować na wieczną bitwę z prywatnymi firmami o pieniądze. Jeżeli tego nie zrobi, rozwój wydobycia gazu łupkowego będzie skutkował – podobnie jak w krajach trzeciego świata – powstaniem niewielkiej ilości gigantycznych fortun, a budżet państwa i tak będzie świecił pustkami.
Zastanawiające więc, że przedstawiciele władz często głośno studzą publiczne nastroje, kwestionując realność perspektyw wydobycia gazu łupkowego w Polsce. Czyli działają w bezpośrednim interesie komercyjnym firm poszukujących tego gazu w Polsce. Na przykład minister Henryk Jezierski stwierdził: „Jeśli ktoś mnie pyta, ile mamy gazu łupkowego w Polsce, jako główny geolog kraju odpowiadam – zero. Dopóki nie zostaną przedstawione dokumentacje geologiczne, potwierdzone zasoby – nie ma takiego gazu w Polsce". W podobnym tonie wypowiedział się Paweł Poprawa z Państwowego Instytutu Geologicznego: „Komercyjna produkcja gazu łupkowego jest niemożliwa". A powinni twierdzić  – oczywiście w granicach racjonalnej oceny np. amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej – że Polska jest gazowym eldorado.

Kto pierwszy, ten lepszy

I to właśnie w konfrontacji tak przeciwnych stanowisk powinien się ucierać kompromis pomiędzy interesem prywatnych firm poszukujących gazu łupkowego, chcących płacić jak najmniejsze podatki, a interesem państwa, pozwalający mu maksymalizować dochody z wydobycia gazu łupkowego w przyszłości.
To właśnie różni sposoby zarządzania bogactwami naturalnymi w takich krajach jak Norwegia, Kanada lub Australia od krajów Trzeciego Świata, np. w Afryce, które też mają gospodarkę wolnorynkową, a pozytywnych efektów eksploatacji swoich bogactw naturalnych nie widzą.
Jak określił to Paweł Poprawa, w Polsce przyznano licencje na poszukiwanie gazu łupkowego na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy". Nie było procesu sprawdzenia – nazywanego w Norwegii pre-qualification – czy firmy chcące się starać o licencje mają wystarczające zasoby kapitałowe, technologiczne i operacyjne know-how. Poszukiwanie – i w konsekwencji wydobycie – gazu łupkowego jest przedsięwzięciem wyjątkowo zaawansowanym technologicznie i kapitałochłonnym. Tylko potężne firmy są w stanie podjąć się rozwoju złóż.
Tymczasem w Polsce wiele licencji dostały firmy, które – najdelikatniej rzecz ujmując – do liderów branży naftowo-gazowej nie należą. Niektóre z nich mają nieprzejrzystą strukturę właścicielską.
Podstawową zasadą w zarządzaniu znacznymi dobrami publicznymi (a do takich należą złoża gazu łupkowego) jest udzielanie licencji lub koncesji po cenach wolnorynkowych. Jeżeli bowiem licencje na gaz łupkowy nie przedstawiałyby wartości, to żadna komercyjna firma by o nie nie wystąpiła. Jeżeli natomiast przedstawiały, to obowiązkiem państwa było znaleźć ich wartość rynkową poprzez przeprowadzenie kampanii marketingowej oraz przetargu.
Tymczasem obowiązujące w Polsce prawo pochodzi ze słusznie minionego okresu, kiedy poszukiwanie bogactw naturalnych było domeną monopoli państwowych, i przez ponad 20 lat nie zostało zmienione. Jakoś nie zauważono, że elementy wolnego rynku są istotną częścią efektywnego gospodarowania także bogactwami naturalnymi. W rezultacie w krótkim czasie rozdano prawie wszystkie licencje na poszukiwanie gazu łupkowego firmom, z których wiele nie miało nawet zamiaru podjąć działalności poszukiwawczej, bo nie było ich na nią stać ani nie wiedziały, jak się do tego zabrać. Co więcej, obszary licencyjne są olbrzymie, a zobowiązania inwestycyjne niewielkie.

Sukces... teraz i dla wybranych

Niektóre z tych firm zamiast wziąć się do prac w terenie, rozpoczęły intensywną kampanię marketingową swoich licencji. Czyli rozpoczęły działania, które powinny być domeną państwa: oferowanie dostępu do licencji poszukiwawczych na gaz łupkowy firmom, które realnie są w stanie prowadzić takie poszukiwania. Oferta oparta jest na prostej zasadzie tzw. dysproporcjonalnej wymiany. Oferujący proponuje realnemu inwestorowi, aby podjął się proporcjonalnie większych zobowiązań poszukiwawczych niż proponowany w zamian za to udział w licencji.
Dla przykładu, w pewnym uproszczeniu: aktualny koncesjonariusz proponuje realnemu inwestorowi przejęcie 70 proc. udziału w licencji w zamian za przejęcie 100 proc. kosztów (i ryzyka) na siebie. W ten sposób koncesjonariusz zostaje z 30-proc. udziałem, nie mając żadnych zobowiązań ani ryzyka. Proces ten jest często quasi-przetargiem pomiędzy potencjalnymi inwestorami. Oczywiście koncesjonariusz wykonał sporą pracę marketingową. Ale po pierwsze, ta praca, czyli oferowanie bogactw naturalnych inwestorom, jest prerogatywą państwa, a po drugie, biorąc pod uwagę wielkość koncesji, nawet kilka procent zachowanych bez ryzyka i zobowiązań inwestycyjnych ma dużą wartość jeszcze przed odkryciem gazu. Oczywiście w przypadku odkrycia wartość ta znacznie wzrośnie.
Jest też inna strona licencji poszukiwawczych, która umyka uwadze. Ponieważ sprzedaże kontroli licencji mogą się odbywać poza granicami Polski i strony mogą uzgodnić ich wartość dowolnie (czyli mogą wynosić cokolwiek), mogą one służyć w najlepszym przypadku do międzynarodowej optymalizacji podatkowej, a nawet, przy braku przejrzystości właścicielskiej, do prania brudnych pieniędzy i – w najgorszych przypadkach – do rozliczeń w świecie przestępczym (narkotyki, terroryzm).

Ostatni dzwonek

Opisane patologie to wierzchołek góry lodowej. Są jeszcze inne, przypominające praktyki z zachodniej Afryki, gdzie granica pomiędzy biznesem prywatnym a interesem publicznym jest niemożliwa do określenia. Na przykład praca w charakterze konsultantów przedstawicieli organów państwa. Te patologie dzieją się na naszych oczach.
Mimo że niewskazane byłoby kwestionowanie już zawartych kontraktów i umów, państwo ma sporo instrumentów, aby ten stan rzeczy naprawić. Ważne, aby przedstawiło swoje oczekiwania wobec firm szukających gazu łupkowego: jakie mają cele oraz konkretne propozycje rozwiązań, takich jak eliminacja powyżej przedstawionych zjawisk patologicznych. I tak jak prywatny biznes potrafi przekonywać rząd do swoich rozwiązań, często używając jako straszaka groźby wycofania się z inwestycji, tak rząd musi się nauczyć „przekonywać" prywatne firmy, używając siły prawotwórczej, zwłaszcza w zakresie danin finansowych na rzecz państwa, i w ten sposób uzyskiwać jak najlepsze warunki dla podatników.
Warto wziąć pod uwagę przykład Kanady i Norwegii. Bez sukcesu prywatnych firm poszukujących gazu łupkowego Polska też nie osiągnie sukcesu. Jednak firmy mogą odnieść gigantyczny sukces bez udziału polskiego społeczeństwa. Los wielu krajów dotkniętych przekleństwem bogactw naturalnych (od Turkmenistanu poprzez Ukrainę po Gwineę Równikową) powinien już dzisiaj być ostrzeżeniem. Ale sukces Kanady i Norwegii – przykładem.
Autor jest ekspertem w dziedzinie energetyki i gospodarki w Instytucie Sobieskiego
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE