Publicystyka

Zamieszki w Londynie i kryzys rodziny - Magierowski

Marek Magierowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Upadkowi brytyjskiej cywilizacji są winne tamtejsze elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większości polityków hasłem przewodnim stało się: „nie drażnić społeczeństwa" – uważa publicysta „Rzeczpospolitej".
Kiedy jeden 20-latek włamuje się do salonu z telefonami komórkowymi i wynosi z niego kilka nokii, jest zwykłym złodziejem. Gdy 500 zakapturzonych  20-latków rozbija witryny i kradnie dwa tysiące telefonów – o, to już zupełnie co innego. Wtedy mamy do czynienia ze "społecznym buntem" ludzi zdesperowanych i wykluczonych, bezbronnych ofiar dzikiego kapitalizmu. Gdyby brytyjscy policjanci zabili w strzelaninie jakiegoś białego skinheada, znanego ze swoich rasistowskich wybryków, media nie wyrażałyby żalu i nie roztrząsały, czy funkcjonariusze przypadkiem nie nacisnęli na spust zbyt szybko.
Ale policjanci zabili śniadoskórego, obwieszonego złotem handlarza narkotyków i sprowokowali jego kumpli do wywołania "społecznego buntu". A to już zupełnie co innego.

Laptop hitem

Mam nadzieję, że czytelnicy "Rzeczpospolitej" nie zapomnieli jeszcze czasów, gdy pewne rzeczy nazywano po imieniu. Człowiek, który o godzinie 2 w nocy rozwala młotem szybę sklepu jubilerskiego i pospiesznie ładuje do kieszeni swój łup (jak zdarzyło się z wtorku na środę w Bristolu) nie jest żadnym buntownikiem ani nawet anarchistą. Jest zwykłym bandziorem. Ludzie, którzy w Birmingham wtargnęli do sklepu z markowymi ubraniami, nie są "zdesperowaną młodzieżą". Są zgrają oprychów.
W jednej z dzielnic Londynu splądrowano magazyn H&M. Według świadków złodzieje byli na tyle bezczelni, że... przymierzali ciuchy na miejscu, żeby przypadkiem nie plądrować bez sensu. Publicystka "Guardiana" zauważyła, że jak na biednych bezrobotnych, walczących o słuszną sprawę, "buntownicy" byli zaskakująco mało zainteresowani sklepami z żywnością, natomiast wyjątkową popularnością cieszyły się laptopy. Zapewne kradli je po to, by szukać ofert pracy przez Internet. Londyn stał się polem bitwy. Mieszkańcy metropolii są zszokowani. A nie powinni, bo tego wybuchu można było się spodziewać od lat. Gdy się nie opróżnia kloaki, to szambo – niestety – w końcu wybija. Pewnych prawd przyrody nie da się przeskoczyć. Upadkowi brytyjskiej cywilizacji, jaką dotąd znaliśmy, są winne brytyjskie elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większości polityków hasłem przewodnim stało się: "nie drażnić społeczeństwa". Nie drażnić dotkliwymi reformami, nie drażnić przypominaniem o obowiązkach, nie drażnić złymi ocenami w szkole ani gadaniem o "moralności". Moralność została wyrugowana z języka debaty publicznej, za to niepodzielnie króluje freedom. Dlatego Brytyjczycy mają kłopot z odróżnieniem dobra od zła. Można olewać szkołę, nie czytać książek i mieć wszystko gdzieś, a jak zabraknie na szykowne spodnie, to się je po prostu buchnie z H&M. Bezkarnie. Można zajarać skręta na przerwie między lekcjami, bo i tak nikogo to nie obchodzi. Można sobie pograć w fajną gierkę na PlayStation i zarzynać seryjnie przeciwników za pomocą piły mechanicznej, bo mamusia nie ma nic przeciwko temu. Można spędzić całą noc przy komputerze, oglądając pornole, bo mamusia i tak nie zajrzy do pokoju (o tatusiach nie wspominam, bo na Wyspach większość tatusiów ma już zazwyczaj nowe żony). 15-letnie dziewczyny mogą się ścigać w "zaliczaniu" kolejnych kolegów z klasy, a potem spokojnie się wyskrobać – mamusie o niczym się nie dowiedzą. A w nagrodę wyzwolone dziewczęta dostaną jeszcze od państwa paczkę prezerwatyw czekającą w dystrybutorze na szkolnym korytarzu. Oraz obejrzą filmik sfinansowany przez Ministerstwo Zdrowia, z którego się dowiedzą, jaką straszną rzeczą jest... zajście w ciążę. Nigdy w życiu żadnemu brytyjskiemu urzędasowi nie przyjdzie do głowy, żeby sfinansować kampanię ostrzegającą przed zgubnymi skutkami pornografii. Albo namawiać nastolatki do tego, by jednak zaczynały współżycie płciowe nieco później, kiedy będą bardziej dojrzałe. Co to, to nie. Najważniejsze, żeby nie zaszły w ciążę. A poza tym mogą robić, co chcą: oralnie, analnie, od przodu, od tyłu, na boku. Totalny freedom. I totalna sieczka w mózgu.

Szkoła zła

W 2010 roku torysi zaprosili na swój kongres niejaką Katharine Birbalsingh, skromną nauczycielkę, która w swoim blogu opisywała fatalny stan brytyjskiego szkolnictwa. Szybko zyskała sławę jako odważna kobieta mówiąca głośno to, co inni przekazywali sobie szeptem. Dziś Birbalsingh ma stały felieton w "Daily Telegraph". W jednym z ostatnich tekstów wspominała spotkanie z grupą czarnoskórych rodziców, z którymi wspólnie zastanawiała się, jak nie dopuścić do tego, by ich dzieci zeszły na złą drogę: "Postanowiłam nie owijać niczego w bawełnę. Powiedziałam im, że czarni Brytyjczycy często nie chcą wziąć odpowiedzialności za samych siebie. Rodzice kupują dzieciom komórki i telewizory, pozwalają im na wysyłanie esemesów w trakcie lekcji czy na oglądanie MTV do pierwszej w nocy. Mówiłam o braku zaufania do nauczycieli, o tym, że nie należy bronić za wszelką cenę własnego dziecka, gdy nauczyciel mówi, że ono źle się zachowuje. Upierałam się, że powinni zabrać swoje pociechy do Muzeum Historii Naturalnej, zorganizować piknik w parku, spędzać więcej czasu w gronie rodzinnym. Mówiłam im też o tym, jak fatalnie funkcjonują nasze szkoły. Nie dlatego jednak, że nauczyciele są rasistami, którzy dyskryminują Czarnych, lecz dlatego, że cały system edukacyjny jest skonstruowany tak, iż od dzieci za mało się wymaga – od wszystkich dzieci, niezależnie od koloru skóry". Birbalsingh wskazała jednak na głębsze podłoże dzisiejszych problemów: "Wszystko w naszym państwie, od szkolnictwa poprzez wymiar sprawiedliwości aż po świadczenia społeczne opiera się na zasadzie, którą można streścić jednym zdaniem: "To nie jest twoja odpowiedzialność". Mamy to już we krwi. Zawsze, gdy mówię o odpowiedzialności – nauczycieli, ojców, matek, zwykłych obywateli – jestem za to besztana. Nikt już nie chce rozmawiać o osobistej czy wspólnej odpowiedzialności, absolutnie nikt".

Czy coś się zmieni?

Niektórzy twierdzą, że w Londynie nastały "rządy motłochu". Ale ten motłoch Brytyjczycy sami sobie wychowywali. Gdyby w ulicznych starciach z policją uczestniczyli tylko Pakistańczycy czy Jamajczycy, komentatorzy mieliby ułatwione zadanie i zwalili wszystko na "multikulturalizm".  Ten motłoch jednak składa się z ludzi białych, czarnych, śniadych, a pewnie i żółtych. Zachłyśnięcie się mirażem wielokulturowości tylko przyspieszyło zapaść brytyjskiego społeczeństwa. Wszelkie autorytety, polityczne i religijne, zostały obalone już dawno. I nie obalili ich przybysze z Azji czy z Karaibów. Za jakiś czas zamieszki się skończą, ulice zostaną posprzątane, a londyńscy szklarze zainkasują fortunę za nowe witryny w sklepach. Jeśli jednak Brytyjczycy nie zaczną brać odpowiedzialności za siebie samych, za swoje rodziny, za swoje otoczenie – nic się nie zmieni. Jeżeli nie zaczną rozmawiać o moralności – nic się nie zmieni. Jeżeli rodzice nadal będą się masowo rozwodzić, a dzieci będą zaczynać współżycie seksualne w wieku 15 lat – nic się nie zmieni. I dopóki MTV będzie wygrywało z Muzeum Historii Naturalnej – nie zmieni się absolutnie nic.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL