Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Zamieszki w Londynie i kryzys rodziny - Magierowski

Marek Magierowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Upadkowi brytyjskiej cywilizacji sš winne tamtejsze elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większoœci polityków hasłem przewodnim stało się: „nie drażnić społeczeństwa" – uważa publicysta „Rzeczpospolitej".
Kiedy jeden 20-latek włamuje się do salonu z telefonami komórkowymi i wynosi z niego kilka nokii, jest zwykłym złodziejem. Gdy 500 zakapturzonych  20-latków rozbija witryny i kradnie dwa tysišce telefonów – o, to już zupełnie co innego. Wtedy mamy do czynienia ze "społecznym buntem" ludzi zdesperowanych i wykluczonych, bezbronnych ofiar dzikiego kapitalizmu. Gdyby brytyjscy policjanci zabili w strzelaninie jakiegoœ białego skinheada, znanego ze swoich rasistowskich wybryków, media nie wyrażałyby żalu i nie roztrzšsały, czy funkcjonariusze przypadkiem nie nacisnęli na spust zbyt szybko. Ale policjanci zabili œniadoskórego, obwieszonego złotem handlarza narkotyków i sprowokowali jego kumpli do wywołania "społecznego buntu". A to już zupełnie co innego.

Laptop hitem

Mam nadzieję, że czytelnicy "Rzeczpospolitej" nie zapomnieli jeszcze czasów, gdy pewne rzeczy nazywano po imieniu. Człowiek, który o godzinie 2 w nocy rozwala młotem szybę sklepu jubilerskiego i pospiesznie ładuje do kieszeni swój łup (jak zdarzyło się z wtorku na œrodę w Bristolu) nie jest żadnym buntownikiem ani nawet anarchistš. Jest zwykłym bandziorem. Ludzie, którzy w Birmingham wtargnęli do sklepu z markowymi ubraniami, nie sš "zdesperowanš młodzieżš". Sš zgrajš oprychów.
W jednej z dzielnic Londynu splšdrowano magazyn H&M. Według œwiadków złodzieje byli na tyle bezczelni, że... przymierzali ciuchy na miejscu, żeby przypadkiem nie plšdrować bez sensu. Publicystka "Guardiana" zauważyła, że jak na biednych bezrobotnych, walczšcych o słusznš sprawę, "buntownicy" byli zaskakujšco mało zainteresowani sklepami z żywnoœciš, natomiast wyjštkowš popularnoœciš cieszyły się laptopy. Zapewne kradli je po to, by szukać ofert pracy przez Internet. Londyn stał się polem bitwy. Mieszkańcy metropolii sš zszokowani. A nie powinni, bo tego wybuchu można było się spodziewać od lat. Gdy się nie opróżnia kloaki, to szambo – niestety – w końcu wybija. Pewnych prawd przyrody nie da się przeskoczyć. Upadkowi brytyjskiej cywilizacji, jakš dotšd znaliœmy, sš winne brytyjskie elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większoœci polityków hasłem przewodnim stało się: "nie drażnić społeczeństwa". Nie drażnić dotkliwymi reformami, nie drażnić przypominaniem o obowišzkach, nie drażnić złymi ocenami w szkole ani gadaniem o "moralnoœci". Moralnoœć została wyrugowana z języka debaty publicznej, za to niepodzielnie króluje freedom. Dlatego Brytyjczycy majš kłopot z odróżnieniem dobra od zła. Można olewać szkołę, nie czytać ksišżek i mieć wszystko gdzieœ, a jak zabraknie na szykowne spodnie, to się je po prostu buchnie z H&M. Bezkarnie. Można zajarać skręta na przerwie między lekcjami, bo i tak nikogo to nie obchodzi. Można sobie pograć w fajnš gierkę na PlayStation i zarzynać seryjnie przeciwników za pomocš piły mechanicznej, bo mamusia nie ma nic przeciwko temu. Można spędzić całš noc przy komputerze, oglšdajšc pornole, bo mamusia i tak nie zajrzy do pokoju (o tatusiach nie wspominam, bo na Wyspach większoœć tatusiów ma już zazwyczaj nowe żony). 15-letnie dziewczyny mogš się œcigać w "zaliczaniu" kolejnych kolegów z klasy, a potem spokojnie się wyskrobać – mamusie o niczym się nie dowiedzš. A w nagrodę wyzwolone dziewczęta dostanš jeszcze od państwa paczkę prezerwatyw czekajšcš w dystrybutorze na szkolnym korytarzu. Oraz obejrzš filmik sfinansowany przez Ministerstwo Zdrowia, z którego się dowiedzš, jakš strasznš rzeczš jest... zajœcie w cišżę. Nigdy w życiu żadnemu brytyjskiemu urzędasowi nie przyjdzie do głowy, żeby sfinansować kampanię ostrzegajšcš przed zgubnymi skutkami pornografii. Albo namawiać nastolatki do tego, by jednak zaczynały współżycie płciowe nieco póŸniej, kiedy będš bardziej dojrzałe. Co to, to nie. Najważniejsze, żeby nie zaszły w cišżę. A poza tym mogš robić, co chcš: oralnie, analnie, od przodu, od tyłu, na boku. Totalny freedom. I totalna sieczka w mózgu.

Szkoła zła

W 2010 roku torysi zaprosili na swój kongres niejakš Katharine Birbalsingh, skromnš nauczycielkę, która w swoim blogu opisywała fatalny stan brytyjskiego szkolnictwa. Szybko zyskała sławę jako odważna kobieta mówišca głoœno to, co inni przekazywali sobie szeptem. Dziœ Birbalsingh ma stały felieton w "Daily Telegraph". W jednym z ostatnich tekstów wspominała spotkanie z grupš czarnoskórych rodziców, z którymi wspólnie zastanawiała się, jak nie dopuœcić do tego, by ich dzieci zeszły na złš drogę: "Postanowiłam nie owijać niczego w bawełnę. Powiedziałam im, że czarni Brytyjczycy często nie chcš wzišć odpowiedzialnoœci za samych siebie. Rodzice kupujš dzieciom komórki i telewizory, pozwalajš im na wysyłanie esemesów w trakcie lekcji czy na oglšdanie MTV do pierwszej w nocy. Mówiłam o braku zaufania do nauczycieli, o tym, że nie należy bronić za wszelkš cenę własnego dziecka, gdy nauczyciel mówi, że ono Ÿle się zachowuje. Upierałam się, że powinni zabrać swoje pociechy do Muzeum Historii Naturalnej, zorganizować piknik w parku, spędzać więcej czasu w gronie rodzinnym. Mówiłam im też o tym, jak fatalnie funkcjonujš nasze szkoły. Nie dlatego jednak, że nauczyciele sš rasistami, którzy dyskryminujš Czarnych, lecz dlatego, że cały system edukacyjny jest skonstruowany tak, iż od dzieci za mało się wymaga – od wszystkich dzieci, niezależnie od koloru skóry". Birbalsingh wskazała jednak na głębsze podłoże dzisiejszych problemów: "Wszystko w naszym państwie, od szkolnictwa poprzez wymiar sprawiedliwoœci aż po œwiadczenia społeczne opiera się na zasadzie, którš można streœcić jednym zdaniem: "To nie jest twoja odpowiedzialnoœć". Mamy to już we krwi. Zawsze, gdy mówię o odpowiedzialnoœci – nauczycieli, ojców, matek, zwykłych obywateli – jestem za to besztana. Nikt już nie chce rozmawiać o osobistej czy wspólnej odpowiedzialnoœci, absolutnie nikt".

Czy coœ się zmieni?

Niektórzy twierdzš, że w Londynie nastały "rzšdy motłochu". Ale ten motłoch Brytyjczycy sami sobie wychowywali. Gdyby w ulicznych starciach z policjš uczestniczyli tylko Pakistańczycy czy Jamajczycy, komentatorzy mieliby ułatwione zadanie i zwalili wszystko na "multikulturalizm".  Ten motłoch jednak składa się z ludzi białych, czarnych, œniadych, a pewnie i żółtych. Zachłyœnięcie się mirażem wielokulturowoœci tylko przyspieszyło zapaœć brytyjskiego społeczeństwa. Wszelkie autorytety, polityczne i religijne, zostały obalone już dawno. I nie obalili ich przybysze z Azji czy z Karaibów. Za jakiœ czas zamieszki się skończš, ulice zostanš posprzštane, a londyńscy szklarze zainkasujš fortunę za nowe witryny w sklepach. Jeœli jednak Brytyjczycy nie zacznš brać odpowiedzialnoœci za siebie samych, za swoje rodziny, za swoje otoczenie – nic się nie zmieni. Jeżeli nie zacznš rozmawiać o moralnoœci – nic się nie zmieni. Jeżeli rodzice nadal będš się masowo rozwodzić, a dzieci będš zaczynać współżycie seksualne w wieku 15 lat – nic się nie zmieni. I dopóki MTV będzie wygrywało z Muzeum Historii Naturalnej – nie zmieni się absolutnie nic.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL