Plus Minus
Człowiek nie jest pudełkiem do chowania tajemnic
Czy spektakl „Poczekalnia" powstaje jako pana specjalny komunikat skierowany do intelektualistów, którzy we wrześniu przyjadą do Wrocławia na Europejski Kongres Kultury?
Krystian Lupa: Zacząłem pracować, zanim dowiedziałem się, że będzie taka okazja. Ale nawet gdyby było odwrotnie – nie instalowałbym się w ten sposób na Kongresie, bo to rzadko się udaje. Czy „Poczekalnia" wpisze się w program wrocławskiego spotkania? Nie wiem. Ten spektakl jest dalszą próbą poszukiwań zainspirowanych cyklem „Persona" – przedstawieniami „Factory 2", „Marilyn" i „Ciało Simone". W międzyczasie zrobiliśmy w Lozannie „La Salle d'Attente" inspirowany tekstem Larsa Norena „Krąg personalny 3.1". Dotyczy ludzi wyrzuconych na margines. Motywy są różne: bezdomność, narkotyki, alkoholizm. Łączy je to, że roztapiają naszą wolę – umysłowy i duchowy porządek, dzięki któremu funkcjonujemy w społeczeństwie. Można powiedzieć, że gdy zostaje poluzowany – nie możemy się w nim odnaleźć. A może zostajemy oczyszczeni z oszustwa życia społecznego i zyskujemy prawdę o nas? Coraz bardziej radykalną, unaoczniającą się jak odbitka zanurzona w wywoływaczu? Dziwne. Można nawet zadać pytanie: czy to jest przekleństwo, czy może stan błogosławiony? Moim zdaniem błogosławiony, choć nie w takich kryteriach, jakie standardowo się stosuje.
Bo pozwala przetrwać kryzys osobowości?
Zazwyczaj jest tak, że ludzie nie chcą się z tej nowej sytuacji ratować. Szczęście, które było, rzekomo, po stronie, jaką opuścili, z nowej perspektywy wydaje się coraz mniej ponętne. Powrót do tak zwanej normalności nic nie daje. Mówię o tym z takim przekonaniem, bo wyprawialiśmy się z młodymi aktorami w Lozannie w te nowe rejony. Otwieraliśmy się, krążąc po coraz ciaśniejszej orbicie improwizacji. Okazało się, że to, co z pozycji osobistego życia wydaje się groźne – niesłychanie działa na wyobraźnię i inspiruje, zawiera więc w sobie jakieś... „podziemne wyzwolenie". Przekonałem się o tym po raz kolejny, bo wcześniej podejmowaliśmy takie próby w „Azylu", „Prezydentkach" i zakończeniu „Zaratustry". Aktorzy doznają szczęścia, obcując z tym, co – po tak zwanej normalnej stronie życia – nazywa się wyrzuceniem na margines. Pragną tego jak snów oczyszczających, które przeprowadzają nas przez koszmar i zmuszają do konfrontacji z rejonem, od którego za dnia uciekamy, a nie powinniśmy. Nagle okazuje się bowiem, że są tam schowane skarby i czekają iluminacje. Przekonałem się też, że młodzi ludzie są bardziej otwarci na wewnętrzny monolog, wyjście ze skorupy i uruchomienie w sobie innej kondycji człowieka niż starsze pokolenie, pozamykane w dziewiętnastowiecznych konwencjach. Starsi się boją...
Boją się, że nie będzie powrotu do normalnego życia?














