Zmiany w prawniczych egzaminach budzą wątpliwości

aktualizacja: 02.07.2011, 03:42
Foto: Rzeczpospolita, Paweł Gałka paweł gałka

Wymiar sprawiedliwości to nie miejsce na nieprzemyślane reformy

W  kuluarach sejmowych rozeszła się pogłoska, iż obecny kształt projektu ustawy o państwowych egzaminach prawniczych to efekt osobistej decyzji Pierwszego – decyzji tak stanowczej, że zmienić ją może tylko Pierwszy. Nie wiem, czy to prawda, czy tylko plotka, ale pomyślałem, że warto napisać list otwarty do Pierwszego. By nie tylko wnioskodawcy postulowanych rozwiązań legislacyjnych, ale także Pierwszy, jako domniemany autor pomysłu upoważnienia wszystkich magistrów prawa do występowania przed sądami rejonowymi w absolutnej większości spraw cywilnych, bez względu na ich wiedzę, predyspozycje i doświadczenie, miał szansę poznania konsekwencji proponowanych rozwiązań. By w przyszłości o Pierwszym nie mówiono tak, jak na początku lat 80. mówiono o pierwszym sekretarzu: „chciał dobrze, ale mu nie wyszło".

List otwarty

Pierwotny projekt ustawy o państwowych egzaminach prawniczych nie wywoływał większych emocji. Skoro dostęp do wolnych zawodów od wielu już lat limituje tylko wiedza kandydata, weryfikowana przez państwo, to cóż mogło budzić sprzeciw: zmiana nazwy czy trybu zdawania egzaminu? Z jednym wszakże zastrzeżeniem. Środowiska prawnicze od samego początku kwestionowały upoważnienie absolwentów wydziałów prawa do samodzielnego wykonywania czynności zastępstwa procesowego w sprawach cywilnych, wskazując na niezgodność takiej regulacji z konstytucją i orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego. Wydawało się nawet, że zwycięży rozsądek, a sprawa zakończy się bez szkody dla wymiaru sprawiedliwości. Byłoby tak, gdyby posłowie przyjęli rozwiązanie, zgodnie z którym magister prawa mógłby wykonywać czynności zastępstwa procesowego z upoważnienia adwokata i pod jego nadzorem.
Niestety, kompromis zburzyły poprawki dwóch posłów, zgłoszone na końcowym etapie prac legislacyjnych. Zakładają one, że każdy magister prawa, bez żadnej weryfikacji jego umiejętności, będzie mógł samodzielnie wykonywać tzw. podstawowe czynności prawnicze, do których zaliczono również sporządzanie pism procesowych i zastępstwo procesowe w sprawach cywilnych (z wyjątkiem spraw rodzinnych i opiekuńczych) przed sądami rejonowymi.

Co w tym złego

Zaproponowane przepisy w założeniu dedykowane zostały do młodego elektoratu absolwentów wydziałów prawa, choć powszechnie wiadomo, iż uczelnie wyższe uczą teorii, a nie praktyki. Niestety, przeoczono fakt, iż nowoczesny system szkolnictwa wyższego pozwala na swobodny wybór przedmiotów; studenci nie są zmuszeni do wyboru w toku studiów ani procedury cywilnej, ani prawa cywilnego. Przyjęte poprawki umożliwią usługowe prowadzenie spraw cywilnych także osobom, które nigdy w życiu, nawet w teorii, nie zetknęły się z kodeksem postępowania cywilnego czy kodeksem cywilnym, choć są magistrami prawa.
Zapomniano przy tym, że magistrami prawa są także osoby, które od wielu lat nie mają nic wspólnego z wykonywaniem zawodu, przez co, przy ogromnej inflacji legislacyjnej, utraciły wiedzę prawniczą. Przeoczono również drobny szczegół, iż zaproponowane regulacje otworzą drogę do usługowego zastępstwa procesowego osobom skazanym za przestępstwa przeciwko wymiarowi sprawiedliwości, wobec których orzeczono zakaz wykonywania zawodu adwokata, lub które, orzeczeniem dyscyplinarnym, wydalono z adwokatury.
Przy okazji nowe przepisy zdemontują aplikacyjny model dochodzenia do zawodu, model utrwalony od lat jako bezdyskusyjnie najlepszy z punktu widzenia ochrony interesu publicznego. Skoro ci z magistrów prawa, którzy wykażą się większą wiedzą, zdając egzamin pierwszego stopnia uprawniający do wpisu na aplikację, będą mogli w sądzie wystąpić dopiero po półrocznych praktykach, przez cały zaś okres aplikacji do zdania egzaminu będą mogli jedynie wykonywać czynności zastępstwa procesowego z upoważnienia i pod nadzorem patrona, a ci, którzy państwowego egzaminu nie zdali, będą mogli od razu samodzielnie występować przed sądami, to po co trud aplikacji? Dlaczego prawo ma dyskryminować lepszych?

Cel nie uświęca środków

Zwolennicy przyjętych rozwiązań argumentują, że zachodzi duże społeczne zapotrzebowanie, w szczególności wśród najbiedniejszej części społeczeństwa, na pomoc prawną, więc lepiej, by obywatel miał w sądzie jakiegokolwiek prawnika, choćby źle przygotowanego magistra prawa, niż nie miał go wcale.
Idea ułatwienia obywatelom dostępu do wymiaru sprawiedliwości to szczytny cel, który trzeba popierać. Tyle tylko, że nie można przy tym wylać dziecka z kąpielą. Nikomu, nawet najmniej zamożnemu Polakowi, nie zależy bowiem na tym, aby jego ważne życiowo sprawy, samodzielnie i bez żadnej merytorycznej czy dyscyplinarnej kontroli, prowadziła osoba, która się dopiero uczy. Nikt nie chce być królikiem doświadczalnym. Obywatele, także ci ubodzy, chcą i mają prawo korzystać z pomocy wysoko wykwalifikowanych prawników, którzy swoją wiedzę udowodnili odbytą aplikacją, zdanymi w jej trakcie kolokwiami, a finalnie zdanym egzaminem zawodowym. I można to osiągnąć bez dodatkowego obciążania nadwątlonego budżetu państwa, bez narażania bezpieczeństwa prawnego obywateli, bez łamania konstytucyjnie chronionych zasad państwa prawnego.

Tędy droga

Adwokatura rozpoczęła program upowszechniania dobrowolnych ubezpieczeń pomocy prawej. Za niewielką roczną składkę każdy obywatel może się ubezpieczyć od ryzyka konieczności skorzystania z pomocy wysoko kwalifikowanego prawnika. Jeśli przytrafi mu się sprawa sądowa, koszty wybranego przez niego adwokata pokryje ubezpieczyciel. Genialnie proste rozwiązanie sprawdziło się w Niemczech, czemu u nas miałoby się nie przyjąć?
Adwokatura od lat postuluje, by zwolnić z obciążeń podatkowych pomoc prawną świadczoną pro bono. Dlaczego adwokat, który z dobroci serca pomaga najuboższym, musi odprowadzić podatek VAT oraz podatek dochodowy od wynagrodzenia, którego nigdy nie uzyskał? Czy to nie stanowi rzeczywistej bariery w dostępie do prawnika?
Dlaczego przepisy pozwalają na nadużywanie pomocy państwa w sprawach z urzędu? Oświadczenia o stanie majątkowym, których prawdziwości w praktyce żaden sąd nie jest w stanie zweryfikować, otwierają drogę do pomocy prawnej na koszt państwa tym, których stać na adwokata. Przyznawane przez sądy, bez umiaru, prawo do adwokata z urzędu w sprawach oczywiście niesłusznych, wnoszonych przez pieniaczy i wariatów, obciąża budżet kosztem rzeczywiście potrzebujących.
Czemu osoba wygrywająca proces nie może odzyskać od swego przeciwnika, winnego wszak konieczności prowadzenia sprawy pełnych, rynkowych kosztów wydanych na usługi adwokata? Czy nikogo nie zastanowiło, że faktycznym powodem zniechęcającym dużą część obywateli do korzystania z pomocy profesjonalistów nie jest ich zła kondycja finansowa, ale absolutnie zrozumiała niechęć do tracenia pieniędzy w sytuacji, w której przegrywający sprawę na pewno nie zwróci rynkowych kosztów pomocy prawnej?
Uchwalanie prawa przez pryzmat osobistych doświadczeń życiowych czy zawodowych bywa zwodnicze. Absolutnie wierzę, że główny nurt dyżurów poselskich poświęcony jest rozwiązywaniu kwestii prawnych, z jakimi zwracają się wyborcy. Tylko że ci, którzy tłumnie odwiedzają biura poselskie w celu uzyskania bezpłatnej przedsądowej porady prawnej, wcale nie oczekują, że na rynku pojawią się kolejne biura, zakładane tym razem przez niedoświadczonych magistrów prawa, gdzie i tak trzeba będzie zapłacić za poradę prawną marnej jakości. Obywatele oczekują, a adwokatura od lat domaga się stworzenia systemu bezpłatnej pomocy prawnej na etapie przedsądowym. Jesteśmy chyba ostatnim państwem Unii Europejskiej, gdzie takich rozwiązań prawnych jeszcze nie ma!
Nie będę wchodził w kwestie niezgodności projektowanych rozwiązań z konstytucją, nie będę szafował argumentami o ochronie praw człowieka, nie będę wskazywał, że przeciwko planowanym rozwiązaniom protestują w zasadzie wszystkie prawnicze zawody zaufania publicznego, międzynarodowe organizacje prawnicze, a także organizacje od lat zajmujące się ochroną praw człowieka – za takie argumenty można zostać publicznie nazwanym oszustem i złodziejem.
Powiem tylko, że wymiar sprawiedliwości to nie miejsce na nieprzemyślane reformy, które mogą doprowadzić do konieczności powtórzenia ogromnej ilości procesów, w każdej sprawie, w której jako pełnomocnik brał udział magister prawa.
Autor jest adwokatem, członkiem Naczelnej Rady Adwokackiej
Więcej w serwisach:
Opinie i analizy
Aplikacje / egzaminy zawodowe
 
 

POLECAMY

KOMENTARZE