Opera Narodowa: Edita Gruberova jako królowa Elżbieta I

aktualizacja: 25.06.2011, 17:00
Foto: ROL

Edita Gruberova to artystka, która potrafi wyśpiewać wszystkie ludzkie emocje. W niedzielę wystąpi w Warszawie

Nie jest diwą, bo to słowo ostatnio wyświechtane, ale absolutną primadonną i wokalnym fenomenem. Rozpala namiętności i spory, bez niej świat opery stałby się ubogi. Starannie dobiera miejsca występów. W Europie jest zaledwie kilka teatrów, w których można ją stale oglądać: w Wiedniu, Monachium, Barcelonie. W 2013 r. po długiej przerwie wróci do Zurychu. Ostatnio dodała do tej listy Operę Narodową.
Podobno nie lubi nowojorskiej Metropolitan Opera, od lat tam nie śpiewała. Zobacz galerię zdjęć
– Po prostu nie mam zbytniego respektu dla amerykańskiej publiczności – wyjaśnia "Rz" Edita Gruberova. – Oglądałam kiedyś w Nowym Jorku "Łucję z Lammermooru" i połowa widzów na parterze zaczęła wychodzić, gdy słynna Beverly Sills zakończyła scenę szaleństwa. Z początku myślałam, że ogłoszono alarm pożarowy, a to ludzie wysłuchali popisowej arii primadonny i postanowili iść do domu, nie czekając na finał z wielką arią tenora.
Zanim podbiła świat, musiała pokonać wiele trudności, jej życie to historia biednego, słowackiego Kopciuszka, który zresztą kilka razy trafiał na bal, nim wreszcie stał się królową. Dorastała przecież w biedzie na wsi pod Bratysławą w ciężkich powojennych latach. Ojciec (z pochodzenia Niemiec) miał winnice, które znacjonalizowano. W czasie wojny siedział w więzieniu za poglądy komunistyczne, po wojnie skazano go na pięć lat, gdyż zaczął krytykować nową władzę.
Jej nieprzeciętne zdolności wokalne odkrył miejscowy pastor i przekonał rodziców, by wysłali córkę na studia do Bratysławy. – Profesor w konserwatorium powiedział, że będę śpiewaczką mozartowską, co potem udowodniłam – wspomina. – Ale jak każda młoda dziewczyna marzyłam, by być Traviatą, nie zdając sobie wtedy sprawy, jaka to niesłychanie ciężka rola.
Po raz pierwszy szczęście uśmiechnęło się przed dyplomem, gdy w wieku 22 lat zadebiutowała, i to w "Traviacie" w Bańskiej Bystrzycy. – To był chyba najmniejszy teatr świata – śmieje się dzisiaj. Ale już dwa lata później pojawiła się na scenie Staatsoper w Wiedniu w popisowej roli mozartowskiej Królowej Nocy.
Występ w tym jednym z najważniejszych teatrów Europy okazał się tak udany, że Edicie Gruberovej zaproponowano stały angaż. W 1971 r. z matką i ówczesnym mężem opuściła więc Czechosłowację i zamieszkała w Wiedniu. Następne lata przyniosły jednak dużo rozgoryczeń. Staatsoper nie miała dla niej ciekawych propozycji, inne teatry widziały w niej wyłącznie Królową Nocy. Zajęła się domem, urodziła dwie córki, ale przede wszystkim zagłębiała się w nowe role, licząc, że ktoś da jej kiedyś szansę.
Niekwestionowaną gwiazdą stała się, gdy w 1978 r. wystąpiła w Staatsoper w "Łucji z Lammermooru", a w następnych sezonach powtórzyła tę kreację w La Scali, londyńskiej Covent Garden, Metropolitan, w Berlinie, Monachium czy Zurychu.
– Zrozumiałam, że odkryłam wreszcie mój świat – mówi "Rz". – Zaczęłam szukać, co mogłabym jeszcze zaśpiewać. Słuchałam dużo nagrań Montserrat Caballé, która wtedy była u szczytu formy i dzięki niej poznawałam kolejne opery belcanta.
Dziś jest jego absolutną królową. W operach Belliniego i Donizettiego bywa władczą monarchinią: Elżbietą I, Marią Stuart, Anną Boleyn lub wieśniaczką Aminą czy Elvirą, która popadła w obłęd. Wszystkie bohaterki łączy wielka, obezwładniająca miłość. Ta tragiczka ma jednocześnie ogromny talent komediowy, co udowodniła choćby jako "Córka pułku".
– Zawsze staram się interpretować sercem, a niezwykłość belcanta polega na tym, że pozwala ono wyrazić tak wiele emocji – mówi. – Pomaga mi w tym moje doświadczenie, w tej muzyce mamy wszystkie ludzkie uczucia: miłość, złość, pragnienie władzy, siłę, zdradę. Trzeba samemu sporo przeżyć, by umieć to przekazać śpiewem.
To tylko jedna z tajemnic fenomenu, jakim jest Edita Gruberova. Od jej debiutu w wiedeńskiej Staatsoper minęło 41 lat, a ona co roku pojawia się na tej scenie. Bilety na jej przedstawienia znikają w ciągu kilku godzin. W następnym sezonie wystąpi tam jako Elżbieta I w "Robercie Devereux". W koncertowym wykonaniu tego dzieła Donizettiego będzie ją mogła podziwiać w niedzielę publiczność w Warszawie.
– Lubię opery, które kończy mocny finał z moim udziałem – mówi po warszawskiej próbie. W ostatniej scenie zrozpaczona Elżbieta I chce abdykować po egzekucji swego faworyta Roberta, którego sama zresztą skazała na śmierć.
Jest artystką o ogromnej świadomości własnego warsztatu, a wiedza połączona z rozwagą pozwala jej nie tylko utrzymywać się tak długo w znakomitej formie, ale i rozwijać się. Przez lata namawiana do zaśpiewania "Normy" Belliniego i "Lucrezii Borgii" Donizettiego odmawiała, powtarzając, że nieprzekraczalną granicą dla jej głosu jest Elżbieta I w "Robercie Devereux". I oto skończywszy sześćdziesiątkę obie te bohaterki włączyła do repertuaru, odnosząc kolejny sukces.
Mam nadzieję, że tak jak wcześniej Maria Callas i Montserrat Cabelle, przyczyniłam się do tego, iż belcanto przestało być traktowane jako muzyka gorszej kategorii – mówi. – Zaczyna się je cenić i słusznie, bo w tych operach każda nuta jest piękna i ważna.
A potem dodaje z uśmiechem: – Mam w repertuarze 11 oper Donizettiego i niemal wszystkie Belliniego, ale niedawno opanowałam nową rolę w jego operze "La straniera". Zadebiutuję w niej w przyszłym roku.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE