Parada równości: związki partnerskie gejów

aktualizacja: 13.06.2011, 11:45
Beata Zubowicz
Beata Zubowicz
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Po legalizacji związków partnerskich zawsze przychodziły żądania adopcji dzieci. Tak też zapewne się stanie w Polsce – pisze publicystka „Rzeczpospolitej".

Tegoroczna Parada Równości była wyjątkowo udana  – opisywała "Gazeta Wyborcza" w internetowym wydaniu sobotni przemarsz środowisk homoseksualnych przez Warszawę. "Kobiety przebrane w stroje pielęgniarek niosą transparent z hasłem "Homofobia jest uleczalna", na innym jest napis "Adoptujmy cały świat" oraz "Równe prawa, równe obowiązki". Do tego dużo balonów, pomalowane twarze, mydlane bańki i dużo fajnej muzyki. Stroje kolorowe, ale nie wulgarne".
Rzeczywiście fajnie, europejsko i cool. Bo przecież geje "mają prawo do szczęścia" – jak pisał w piątkowej "Rzeczpospolitej" Robert Biedroń, działacz organizacji homoseksualistów. Jasne, że mają. A ponieważ dziś do szczęścia potrzebna jest im rejestracja związków partnerskich, nie dziw, że o nią walczą. Potrzebują też wprowadzenia do szkół neutralnej światopoglądowo edukacji seksualnej, aktywnej walki rządu z przejawami dyskryminacji wobec mniejszości seksualnych oraz nowelizacji ustawy o ochronie praw zwierząt.

Reguły gry

Czego zapragną za rok? Bo to, że rozszerzą listę roszczeń, mamy jak w banku. Już to, zresztą niedwuznacznie, zapowiedzieli. – Oczekujemy od was dobrych ustaw – napominano polityków lewicy, którzy dwoili się i troili, by przypaść działaczom gejowskim do gustu.
I nawet trudno się im dziwić. Polscy geje idą jak burza (na określenie ich kampanii bardziej na miejscu byłoby chyba słowo "blitzkrieg"). To, co ich zachodnim kolegom zabrało dziesiątki lat, oni załatwili w ciągu kilku. Stali się naprawdę wpływową grupą, o której względy muszą się starać ważni politycy.
Co prawda szlak wydeptali im działacze gejowscy ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej, którzy wypracowali skuteczne wzorce postępowania w batalii o przeoranie świadomości społecznej i o bezwzględną akceptację. Wzorce skuteczne do tego stopnia, że w swoich kampaniach usiłują kopiować je inne środowiska uważające się za uciemiężone mniejszości, np. ateiści.
Polskim gejom pozostało tylko trzymać się reguł gry i powoli zdobywać kolejne przyczółki. Okazali się nader pojętnymi uczniami.

Pałac w kolorach tęczy

Kiedy pod koniec lat 90. zaczynali swą publiczną działalność, na ich pikiety przychodziło kilkanaście osób. "Wspomniane grupy są w Polsce ilościowo nikłe, na życie społeczne nie mają żadnego wpływu. Funkcjonują na marginesie, jako subkultura, w postaci parunastu lokali rozrywkowych z transwestytami, paru stron internetowych i pism. Paradoksalnie, tylko w kręgach związanych z tą subkulturą znaleźć można nieliczne osoby, które się o prawa dla wszystkich homoseksualistów upominają w sposób konsekwentny, kompetentny, powołując się na konwencje międzynarodowe" – pisał Piotr Osęka  w łzawym eseju opublikowanym w 2000 roku w "Gazecie Wyborczej".
1 maja 2001 roku ulicami Warszawy przeszła pierwsza parada. Udział wzięło w niej 300 osób. Z polityków był obecny tylko Piotr Ikonowicz, reprezentujący wtedy PPS, i Robert Biedroń, występujący jako działacz SLD. Paradę obsługiwał jeden samochód osobowy z nagłośnieniem – wspomina portal Paradarownosi.pl
11 czerwca 2011 r. dla uczczenia parady w Warszawie władze miejskiej spółki zarządzającej Pałacem Kultury postanowiły, że zostanie on podświetlony w kolorach tęczy.

Mistrzowska rola

Polscy geje i lesbijki zdobyli znamienitych protektorów. Wspiera ich środowisko "Krytyki Politycznej", ciepłe teksty na ich temat piszą znani publicyści w "Gazecie Wyborczej" oraz innych mainstreamowych mediach, specjalnie dla nich śpiewają modne piosenkarki, a widzom popularnych filmów i seriali do głów wbija się, jak miłymi są ludźmi. Mają swoje kluby (w niektórych "wypada" bywać, jeśli chce się należeć do postępowej elity), pisma i strony internetowe. Umiejętnie przygotowany coming out jest gwarancją zaistnienia w popkulturze.
Homoseksualiści zajmują w niej zresztą całkiem przyjemne miejsce. Obraz geja, jaki się wykształcił, to obraz osoby obdarzonej naturalną inteligencją, radością życia i poczuciem humoru. Ważnym elementem jest też niewymuszony stosunek do nakazów i zakazów, którego nie należy mylić z rozwiązłością.
Od tego zaś już bardzo blisko do pytania: dlaczego takim miłym paniom i panom nie pozwolić na zawieranie związków partnerskich, skoro tak bardzo tego pragną? Dlaczego nie skończyć z ich karygodną dyskryminacją? Bo słowa "gej" i "dyskryminacja" stały się niemal związkiem frazeologicznym. Geje z natury rzeczy są dyskryminowani. Przez wadliwe przepisy, niedoskonałą konstytucję, złych ludzi.
Przy takim podejściu na nic zdają się tłumaczenia, że polskie prawo nie dyskryminuje homoseksualistów (wykazał to np.Tomasz Pietryga w tekście "Czego nie chcą wiedzieć geje", "Rz", 1.07.2009), nie gwarantuje im jedynie dodatkowych praw. To wielka różnica. Nie dla gejów jednak i nie dla ich obrońców – rozmowa na ten temat przypomina zresztą zwykle pogawędkę dziada z obrazem. Odgrywanie roli ofiary działacze homoseksualni opanowali bowiem po mistrzowsku. Współczucie zaś może wiele zdziałać.

Adopcje w kolejce

Podobno już dziś związki partnerskie popiera 54 procent Polaków – taki wynik przyniósł sondaż sporządzony na zlecenie "GW". Koło wydaje się zamykać. Skoro ponad 50 procent Polaków nie ma nic przeciwko związkom partnerskim, to politycy, nawet ci uchodzący do niedawna za prawicowych, także nic przeciwko nim mieć nie mogą. "Zbliżamy się do momentu, gdy związki partnerskie byłyby do zaakceptowania przez większość w przyszłym Sejmie" – oznajmił kilka dni temu premier Donald Tusk, choć jeszcze nie tak dawno temu był temu pomysłowi przeciwny.
Gorzej, że coraz mniej przeciw zdają się mieć także niektórzy katoliccy hierarchowie. "Takie związki z punktu widzenia cywilnego, dla ludzi, którzy nie są wierzący albo mają jakieś inne racje ku temu – mogą istnieć" – powiedział portalowi Fronda  biskup Tadeusz Pieronek.
Jeszcze kilka takich oświadczeń i takich akcji edukacyjnych, a Polacy nie będą mieli nic przeciwko adopcji dzieci przez homoseksualistów. A nie łudźmy się – ten postulat też się pojawi, i to szybciej, niż się tego spodziewamy. Wskazują na to niezbicie doświadczenia innych krajów. A tam w swym buncie przeciwko tradycyjnej moralności działacze homoseksualni wydają się nienasyceni. Po legalizacji związków partnerskich zawsze przychodziły żądania adopcji dzieci. Po niej zaś następują kolejne, które – jak zauważył znany włoski filozof Rocco Buttiglione – mają wymusić bezwarunkowe uznanie ich zachowań za równorzędny i alternatywny styl życia.
A że polscy działacze gejowscy czerpią od swych zachodnich kolegów pełnymi garściami, niedługo usłyszymy więc pewnie o pannie, której zabiorą koronę królowej piękności, bo powie, że jej zdaniem małżeństwem jest związek mężczyzny i kobiety (spotkało to miss Kalifornii Carrie Prejean), zamknięty zostanie jakiś katolicki ośrodek adopcyjny, bo nie zechce oddawać dzieci parom gejowskim (dzieje się tak w Wielkiej Brytanii), przed sądem stanie właściciel pensjonatu (jak pewne małżeństwo z Kornwalii), który nie wynajmie pokoju parze homoseksualistów, albo ksiądz, który będzie tak nieostrożny, by podzielić się z wiernymi poglądem, że homoseksualizm to grzech (ma to za sobą szwedzki pastor Ake Green).
"Obecnie w Europie panuje terror politycznej poprawności i karykatura tolerancji" – przestrzegał Rocco Buttiglione. Czy na pewno nasi politycy wiedzą, dokąd nas prowadzą?
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE