Związki partnerskie jak małżeństwo

aktualizacja: 07.06.2011, 18:50
Dominik Owczarek
Dominik Owczarek
Foto: Rzeczpospolita

Należy umożliwić sformalizowanie związku i korzystanie z przywilejów zbliżonych do tych przysługującym małżeństwom osobom homoseksualnym lub chcącym prowadzić wspólne gospodarstwo domowe – pisze socjolog

Ustawa o związkach partnerskich jest jednym z przejawów (w aspekcie prawnym) zmiany obyczajowej, która dokonuje się na naszych oczach w początkach XXI wieku w bloku krajów postsowieckich. W debacie publicznej stoi w jednym szeregu z kwestią wprowadzenia parytetów w polityce (i ekonomii), zalegalizowania sztucznego zapłodnienia metodą in vitro czy poszerzenia prawa do aborcji.
Zwolennicy ustawy o związkach partnerskich w przeważającej części popierają również te wymienione zmiany, większość przeciwników stoi w innym obozie. Po raz kolejny ta ustawa pokazuje rozbicie opinii Polaków i ośrodków kształtujących te opinie na dwie przeciwstawne frakcje.

Zbyt wąskie ramy

W debacie nad ustawą o związkach partnerskich obóz konserwatywny obyczajowo akcentuje zmniejszenie roli instytucji małżeństwa, legalizację związków homoseksualnych, brak obowiązków nakładanych na partnerów (w porównaniu ze związkami małżeńskimi). Ten głos to głos zachowania status quo w kwestii obyczajowej.
Obóz liberalny obyczajowo natomiast stawia nacisk na korzyści związane z możliwością wspólnego rozliczania się z podatków, dziedziczenia, otrzymywania renty, prawo do pochowania partnera czy odwiedzin w szpitalu, które do tej pory nie były dostępne (lub były utrudnione) dla osób żyjących w niesformalizowanych związkach partnerskich. Ten głos to głos postępującej emancypacji.
Wybór obozu w kwestii formalizacji związków partnerskich jest wyborem funkcjonującym raczej na poziomie etycznym, kulturowym, lifestylowym niż na poziomie pragmatycznym czy związanym z poczuciem sprawiedliwości. Oczywiście argumenty tego drugiego rodzaju pojawiają się w dyskusji, ale operowanie nimi niewielu jest w stanie przekonać – z jednego i drugiego obozu.
Chciałbym się opowiedzieć za emancypacją, która odpowiada współczesnym (niezwykle dynamicznym) procesom społecznym i odrzucić strategię konserwującą nieadekwatnie do obecnych zmian obyczajowych zbyt wąskie ramy prawne. Emancypacja ta ma na celu nie tyle porzucenie dotychczasowych – silnie zakorzenionych w kulturze europejskiej – wzorców relacji między dwojgiem osób, ile rozszerzenie pola możliwych rozwiązań w tym względzie.
W takiej perspektywie ustawa o związkach partnerskich nie zagraża instytucji małżeństwa – jak sugeruje to Marek Domagalski w swoim wczorajszym artykule w
„Rz„ („Przedwyborcza demolka małżeństwa") – a jedynie (aż!) dopuszcza i prawnie sankcjonuje inne formy związków.

W luce prawnej

Bardzo często pojawiający się argument ze strony konserwatywnej mówi, że adresatami tej ustawy są przede wszystkim związki homoseksualne. Zakres odbiorców jest jednak dużo szerszy – związki homoseksualne są w tym zbiorze mniejszością. Ustawa sankcjonować będzie setki tysięcy par, jak się obecnie szacuje, a w przyszłości ich liczba z dużym prawdopodobieństwem będzie rosła.
Akty prawne powinny odpowiadać na te aktualne potrzeby i przemiany społeczne, ale także przygotowywać grunt na przyszłość. W tej debacie należy się przyjrzeć, do kogo dokładnie adresowane są proponowane przepisy. Są to osoby, które z różnych względów mają niechętną postawę wobec instytucji małżeństwa. Może ona wynikać np. z niewiary w trwałość małżeństwa, ze złych doświadczeń związanych z małżeństwami w bezpośrednim otoczeniu danej osoby, ze skostniałości praktyk społecznych, które się wiążą z małżeństwem, czy po prostu z brakiem akceptacji takiego stylu życia, w którym odgrywa się rolę żony/męża.
Adresatami ustawy są także osoby, które wolą mniej ograniczające formalnie związki i które lepiej odpowiadają ich życiowym wyborom. Ponadto jako związek partnerski można wyobrazić sobie dwie osoby, które tworzą wspólne gospodarstwo domowe, ale łączą je więzi czysto przyjacielskie. Powyżej opisane osoby składają się na stale rosnącą grupę. Pozostawienie ich w luce prawnej, między oficjalnym małżeństwem a traktowaniem jako niezwiązane jednostki, jest równoznaczne ze spychaniem ich do grupy osób niepełnowartościowych w świetle prawa czy nawet dyskryminowanych (i tak jest ich już wystarczająco dużo obecnie w Polsce).
Marek Domagalski, powołując się na słowa adwokata Jerzego Naumanna, pisze, że „konsekwencją takiej nowelizacji byłoby nie tyle sformalizowanie konkubinatu, ile bardzo poważne zdeprecjonowanie małżeństwa, które jest elementem ładu społecznego". Zdanie to wypowiedziane jest w języku używanym przez konserwatystów, jeśli by tylko zmienić słownik – dochodzi się do odmiennych wniosków.

Poszerzenie pola

Obrona rodziny jako podstawy życia społecznego jest ufundowana głęboko w konserwatywnym systemie wartości. Można wyobrazić sobie także inny język, którego podstawowym terminem jest nie tyle „rodzina", ile „jednostka". W takiej sytuacji prawo powinno stać na straży uprawnień jednostki, czyli osób wymienionych w powyższym akapicie. Jednostki tworzące związki partnerskie mają natomiast obecnie mniej uprawnień niż mąż czy żona.
To, do jakich wniosków ostatecznie się dochodzi, jest konsekwencją przyjęcia określonego języka, a to z kolei jest związane z systemem wartości, do jakiego jest się przywiązanym. Spór o związki partnerskie jest niewątpliwym przykładem sporu wartości.
Ustawa o związkach partnerskich nie oznacza podważenia statusu małżeństwa. Jest to poszerzenie pola wyboru dla osób, które zastanawiają się nad wejściem w związek małżeński
Ponadto Domagalski – przytaczając wiele argumentów prawnych – wydaje się wygłaszać tezę: skoro nieformalne związki w bardzo wielu przypadkach traktowane są jak formalne małżeństwa (np. przejęcie wynajmu lokalu po zmarłym partnerze, dysponowanie wkładem pieniężnym na rachunku bankowym na wypadek śmierci, prawem do pochowania zmarłego partnera), to nie ma potrzeby ich legalizować.
Z przytoczonych jednak argumentów należy wyciągnąć zgoła inny wniosek – skoro decyzje niezawisłych sądów, mimo braku wyraźnej podstawy prawnej, wskazują na praktykę równego traktowania związków formalnych i nieformalnych, to państwo powinno taką podstawę przygotować, aby usankcjonować istniejącą praktykę. Co więcej, obecność ustawy o związkach partnerskich eliminuje niejasności prawne, jakie pojawiają się w przypadku związków partnerskich, a w wielu przypadkach sprawia, że niektóre procesy nie muszą przechodzić drogi sądowej, co jest oczywistą korzyścią organizacyjną i ekonomiczną (dla sądu i partnerów).
Zgodzić się trzeba, że dokładniejszej regulacji w ustawie wymagają kwestie związane z rozwiązaniem związku partnerskiego oraz roszczeń ze strony osób trzecich. Te kwestie mogłyby być przedmiotem debaty i poprawek w procesie legislacyjnym.
Proponowana ustawa zatem nie jest podważeniem statusu małżeństwa. Jest to poszerzenie pola wyboru dla osób, które zastanawiają się nad wejściem w związek małżeński. Ustawa daje możliwość lepszego dostosowania rodzaju sformalizowanego związku do ich stylu życia i wyborów życiowych (np. takie rozwiązanie może być bardziej korzystne dla osób, które nie planują potomstwa).

Dać szansę wyboru

Ponadto możliwe stanie się sformalizowanie związku i korzystanie z przywilejów zbliżonych do tych przysługującym małżeństwom dla osób homoseksualnych lub chcących prowadzić wspólne gospodarstwo domowe, które teraz nie mają takiej możliwości.
Nie ma powodu, dla którego pary akceptowane przez najbliższe otoczenie społeczne i uznawane za trwałe związki nie mogą nabyć formalnych uprawnień, jakie przysługują innym – sformalizowanym parom. Ustawa da szansę wyboru między małżeństwem a związkiem partnerskim.
Niezwykle ważne – nie tylko dla dyskusji nad ustawą i jej późniejszego funkcjonowania, ale także dla budowania demokracji w Polsce – jest poddanie ustawy szerokim i niefasadowym konsultacjom społecznym.
Taki proces dałby szansę na dostarczenie argumentów obu stron za lub przeciw konkretnym rozwiązaniom, co z dużym prawdopodobieństwem zwiększyłoby jej jakość. Bardziej istotne jest jednak w tym względzie dopuszczenie do głosu osób, które obecnie są niepełnowartościowe w świetle obowiązującego systemu prawnego.
Autor jest ekspertem Instytutu Spraw Publicznych, doktorantem w Instytucie Socjologii UW

POLECAMY

KOMENTARZE