Film

Rozmowa z Wojciechem Staroniem:dokument Argentyńska lekcja

Archiwum autora
Wojciech Staroń o swoim ostatnim filmie. Premiera „Argentyńskiej lekcji" w środę w TVP 1 o 22.10
Pański dokument zdobył na ostatnim Krakowskim Festiwalu Filmowym pięć nagród, w tym Złoty Róg – Grand Prix Konkursu Międzynarodowego. Spodziewał się pan tego?
Wojciech Staroń: Zupełnie nie. Do tej pory najwyższym laurem, który zdobyłem na tym festiwalu, był Srebrny Lajkonik w 1998 roku za "Syberyjską lekcję". Ale wtedy wręczono też Złotego – Ewie Borzęckiej za "Arizonę". Czy tytuł "Argentyńska lekcja" jest nawiązaniem do poprzedniego filmu?
Na ten tytuł zdecydowałem się dopiero w trakcie montażu. Kiedy wymyślaliśmy z żoną projekt wyjazdu do Argentyny, planowany film miał się nazywać "Pierwsza klasa". Wprawdzie i na Syberii, i w Argentynie żona była nauczycielką polskiego, tyle że tym razem mieliśmy opowiadać o pobycie poprzez doświadczenia naszego ośmioletniego synka Jasia, a nie jej, jak w "Syberyjskiej lekcji". Chcieliśmy też pobyć ze sobą jako rodzina i zarejestrować kawałek naszego życia, nasze zetknięcie z egzotyczną rzeczywistością. Taka sytuacja zawsze wyzwala dużo emocji. Co pana ciągnie do tak odległych regionów świata jak Syberia czy Argentyna? Trudno mi się skupić i wziąć się do roboty w domu w Warszawie, gdzie życie kręci się w nieprawdopodobnym tempie. Jechaliśmy na rok, ale zostaliśmy jeszcze na kolejny. To był nasz drugi wyjazd do tego kraju. W czasie poprzedniego, rocznego pobytu związanego z dokumentem "El Misionero" urodził się nasz Jasiek. Można powiedzieć, że po kilku latach powrócił do swojej drugiej ojczyzny. Ale, jak pokazuje film, początkowo nie czuł się tam szczęśliwy... Rzeczywiście, początek miał trudny. Był obcy, inny, nie rozumiał języka i nie miał rozrywek, które w Polsce były w zasięgu ręki. Inaczej niż u nas w Argentynie domy nie są budowane w skupieniu, ale rozrzucone w dużej odległości od siebie. Wokoło pola albo wręcz selva, czyli dżungla, i wielka rzeka graniczna z Brazylią w pobliżu. Ludzie żyją na tzw. cziakrach, czyli małych gospodarstwach. Centrum miasteczka to jedna ulica, jakiś urząd, szkoła, kilka domów wzdłuż drogi. Lekcje w szkole trwają tylko do 12. Niewiele dzieci wychodzi na ulicę, by się razem bawić. Po pierwsze, w klimacie tropikalnym jest na to za gorąco, a po drugie, mają na ogół dużo rodzeństwa, z którym spędzają czas w domach. Starsza o półtora roku od Jaśka Marcia, z którą się zaprzyjaźnił, była bardziej otwarta niż inne dzieci. Szukała przyjaźni. Najpierw pilnie przychodziła na lekcje polskiego, który bardzo dobrze jej szedł, a potem zaczęła odwiedzać nas w domu. Jednak w miarę rozwoju tej znajomości pana syn stawał się coraz smutniejszy. Raczej stawał się dojrzalszy. Jaśka przytłoczył świat Marcii, znacznie mniej beztroski niż ten, który znał. Jej taty nie było w domu, a chora matka nie dawała oparcia sześciorgu swoim dzieciom. Jasiek widział, że tamtejsze dzieci same muszą o siebie dbać, zarabiać, przejmować obowiązki dorosłych. Marcia nie była wyjątkiem. Prowokował pan przed kamerą zachowania dzieci? Raczej czekałem na jakieś sytuacje, których nie zdołałem zarejestrować. Spędzałem z nimi mnóstwo czasu, choć tylko 10 – 20 procent nagrywałem. Ale niektórym zdarzeniom pomagał pan zaistnieć – Marcia sama do ojca by nie pojechała... Marzyła o tym, ale nie pozwalała matka i nie było pieniędzy. Żeby odwiedzić ojca, musiała oszukać matkę, uciec z domu. Wzięliśmy to potem na siebie i wszystko się dobrze skończyło. Uważam, że jeśli można, to trzeba bohaterom pomagać. Jako operator zdobył pan Srebrnego Niedźwiedzia, jako dokumentalista – Grand Prix w Krakowie. Który zawód traktuje pan priorytetowo? Idą ze sobą w parze, operator jest niejako dokumentalistą. Na planie fabuły stosuję wiedzę znaną mi z dokumentu i odwrotnie. Interesują mnie filmy próbujące opowiadać o tym, czego nie widać. Pokazujące istotne sprawy za pomocą nastroju, niedopowiedzeń. Wolę zadawać pytania, niż dawać odpowiedzi. Następny będzie dokument czy fabuła? Teraz myśli się równolegle o kilku projektach. Od kilku lat zbieram materiały do następnego dokumentu pod roboczym tytułem "Bracia". To historia dwóch dziadków – braci, repatriantów z Kazachstanu mieszkających na Mazurach. Cyklicznie odwiedzam ich od lat 90. Przygotowuję się też z Jankiem Komasą do jego nowego filmu, o Powstaniu Warszawskim. Do tej pory udawało mi się to, co dla mnie najważniejsze – możliwość łączenia pracy z osobistym przeżyciem. Chciałbym zostać przy swojej drodze i realizować jedynie projekty dające szansę na ciekawą przygodę. —rozmawiała Małgorzata Piwowar
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL