Piotr Gursztyn o PO i związkach partnerskich

aktualizacja: 05.06.2011, 18:50
Piotr Gursztyn
Piotr Gursztyn
Foto: Fotorzepa, Raf Rafał Guz

Wsparcie Tuska dla ustawy o związkach partnerskich stawia w trudnej sytuacji tych parlamentarzystów PO, którzy nie ukrywają swoich związków z Kościołem – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"

Nie mam za grosz tolerancji wobec homofobów, również we własnej partii – stwierdził niedawno Donald Tusk pytany o SLD-owski projekt o związkach partnerskich. Na dodatek szef rządu powiedział, że następny Sejm powinien zająć się ustawą o związkach od razu po swoim ukonstytuowaniu się.
Dla partii sygnał jest jasny – nie pyskować przeciw ustawie. Nawet, gdy w prywatnym gronie rzuca się dowcipy w stylu Roberta Węgrzyna (który zresztą miał tego pecha, że dał się przyłapać, bo podobne dowcipy można usłyszeć od bardzo wielu polityków PO).
 
 
To też kolejny dowód na to, że Tusk przekierowuje swoją partię w lewo. Co bardziej konserwatywni członkowie Platformy pocieszają siebie i innych, że to tylko zwrot wyborczy. Podyktowany chęcią utrzymania wyborców o bardziej lewicowych poglądach. Pewne słowa jednak padły i ich skutki będą trwałe.

Trik lewicy zadziałał

Do niedawna przytłaczająca większość polityków PO unikała sporów światopoglądowych. Najchętniej uciekano w dość obłą, przez to wygodną, retorykę bliżej nieokreślonej modernizacji, wzrostu gospodarczego, usprawnienia administracji itp. Zwrot "Polacy nie potrzebują sporu o..." był zaklęciem zamykającym drażliwy temat. Duża grupa czołowych polityków PO ma za sobą członkostwo w różnych partiach prawicowych, więc pamięta jeszcze z lat 90. smak określenia "oszołom".
Ostatnie sześć lat to czas, gdy PO stała się nieomal pieszczochem mediów mainstreamowych. To naprawdę musi być komfort – np. w przypadku Stefana Niesiołowskiego – być dziś osobą szanowaną przez redakcje, które kilkanaście lat temu drwiły i przedstawiały kogoś takiego jako reprezentanta najciemniejszego średniowiecza.
Trzeba przyznać, że SLD, przedstawiając projekt ustawy o związkach partnerskich, trafił Platformę w czuły punkt. Na razie przedstawiciele PO mówią o inicjatywie Sojuszu z lekceważeniem i przedstawiają ją jako przedwyborczy trik. Ten ostatni zarzut do pewnego stopnia jest prawdziwy, ale nie zmienia to faktu, że PO ma kłopot. Musi się określić. I będzie musiała się określać jeszcze wiele razy – lewica zauważyła, że trik zadziałał, więc nie odpuści.
Są oczywiście w Platformie ludzie, którzy nie mają problemu z samookreśleniem. Jarosław Gowin był i jest stanowczo przeciw. Tak samo jak on głosowałby Stefan Niesiołowski, może Andrzej Czuma i Marek Biernacki, zapewne też Ireneusz Raś.
Z samookreśleniem nie ma problemu też grupa, która jest zdecydowanie za legalizacją związków partnerskich: Małgorzata Kidawa-Błońska, Joanna Mucha, Bartosz Arłukowicz, Magdalena Kochan. To podział znany jeszcze z czasów platformerskiego sporu o in vitro. Dziś się odtwarza, ale z wyraźną przewagą lewego skrzydła. Po deklaracji Tuska można być pewnym, że liczba "lewicowców" w PO – oni sami określają siebie liberałami – wzrośnie gwałtownie.

Presja na Gowina

Na tym przykładzie widać, jak bardzo zmienił się ideowy charakter Platformy. Gdy kilka lat temu Polska stanęła przed problemem uregulowania zagadnień bioetycznych (nie tylko in vitro), Tusk uznał, że najlepiej będzie to oddać Gowinowi. Po drodze okazało się, że jest w PO grupa osób, którym nie odpowiada konserwatywne podejście posła z Krakowa. Zatem – niejako metodą: by mieć ciasteczko i je jednocześnie zjeść – zaczęto równolegle pracować nad bardziej "liberalnym" projektem.
Dziś w sprawie związków partnerskich można przypuszczać, że Gowin jest ostatnią osobą, do której Tusk zwróciłby się w tej sprawie. Po prostu zrezygnował z wyborców o wrażliwości konserwatywnej, uznając, że i tak stracił ich większość na rzecz PiS. Można się też zastanowić nad ewolucją własnych poglądów Tuska – polityka, który jeszcze niedawno głosił zupełnie konserwatywne poglądy na rzecz legalizacji związków homoseksualnych. Sympatia wspierających go mediów – tych, które dawały tytułu "Tusku, musisz" – nie jest darmowa. Tusk mógł uznać, że nie będzie kopać się z salonem. Skoro taki trend jest w całej Europie...
Wróćmy do Jarosława Gowina, bo jego przykład jest pouczającym przykładem nacisku, jakiemu poddawani mogą być politycy PO przeciwni związkom partnerskim. Gowin udzielił w zeszłym tygodniu wywiadu "Gazecie Wyborczej" wyłącznie na ten temat. Powtórzył tam swoje twarde nie, ale używał języka merytorycznego i spokojnego, pozbawionego agresji.
Widać było też, że ma przemyślane riposty na wszystkie argumenty drugiej strony – typu zabezpieczenie spraw spadkowych czy rzekomy brak dostępu do hospitalizowanych partnerów. W odróżnieniu od swoich partyjnych kolegów nie uciekał w wygodne komunały. Na dodatek bardzo odważnie – co rzadkie w polskiej polityce – wszedł w otwartą polemikę ze swoim szefem, czyli Tuskiem.
Wywiad był szeroko komentowany i zrobił spore wrażenie nie tylko w szeregach PO. Ale zaraz potem "GW" zaczęła wywierać presję na Gowina. Odezwali się oburzeni czytelnicy (i sądząc po opublikowanych listach wyłącznie oburzeni, tak jakby Gowin był całkowicie odosobniony w swoich poglądach). Retoryka owego oburzenia wskazuje, jakiej obróbce będą poddawani politycy kwestionujący sens legalizowania związków partnerskich.
"Posłowi Gowinowi – wolność Twojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność mojego nosa" – to fraza z jednego z listów jasno sugerująca, że osoba przeciwna legalizacji jest wrogiem wolności. "Kiedy przestanie się wreszcie obrażać niewinnych ludzi?" – zapytała czytelniczka, choć w wywiadzie Gowina nie było żadnego obraźliwego określenia. "Dlaczego wciąż są tolerowane homofobiczne wypowiedzi osób na stanowiskach, takich jak pan Gowin?" – zapytała ta sama osoba. Już samo sformułowanie pytania wskazuje, że ciężki czeka los polityków z odwagą Gowina.

Trudny moment

Dzieje współczesnych polskich partii pokazują stałą tendencję do wypychania słabszych frakcji przez silniejsze. Dziś w PO rosną w siłę lewicowi liberałowie. Nie wiadomo, jak długo będą chcieli się dzielić miejscami ze swoimi, coraz bardziej ich irytującymi, konserwatywnymi kolegami. A przecież wystarczy przygotować własny rządowy projekt ustawy o związkach partnerskich.
Kilkudziesięciu parlamentarzystów PO – tych, którzy nie ukrywają swoich związków z Kościołem – znajdzie się w trudnej sytuacji. Zgiąć kark czy się zbuntować? Jeśli ustąpią, stracą poparcie swoich wyborców, jeśli nie – stracą miejsca na liście. W obu przypadkach będzie to trudny moment dla całej PO.

POLECAMY

KOMENTARZE