Styl życia

Wyobraźnia zaczyna się od dziecka

Ilustracja z „Kto kogo zjada” Aleksandry i Daniela Mizielińskich, Znak, Kraków 2010
Archiwum
Po zapaści trwającej prawie dwie dekady nasza ilustracja odżyła.
To widać nie tylko z krajowej perspektywy – polska grafika książkowa znów wyszła na świat, zbiera nagrody na międzynarodowych ilustracyjnych konkursach, z najbardziej prestiżową Bolonią na czele. Ale przede wszystkim – jest obecna na rynku, okrasza lektury dla odbiorców w wieku przedszkolnym, szkolnym, młodzieńczym. Koniec z lansowaniem rysunkowego kiczu w literaturze dla dzieci i młodzieży! Precz z sarenką Bambi! Do diabła z kotem Garfieldem! Niech żyje Gapiszon!

Dla małych i dużych

Starszaki pozazdrościły maluchom, czego świadectwem coraz liczniejsze edycje zdobne w obrazki. Bo dorosły również lubi wesprzeć własną wyobraźnię – wyobraźnią kogoś innego. Dla tych najstarszych dzieci też rysują wybitne indywidualności, że wymienię choćby Macieja Sieńczka, Marka Sobczyka, Agatę Endo  Nowicką, Agatę Bogacką, Mariusza Wilczyńskiego (tzw. księgoklipy). Zresztą, nie wiadomo, dla jakiego przekroju wiekowego adresowane są np. absurdalno-makabryczne bajki Rolanda Topora, zilustrowane przez autora? Topor upierał się, że takie właśnie podszyte grozą rysunki i teksty najbardziej opowiadają dzieciarni. Argumentował, że ponadczasowy przebój, „Alicja w Krainie Czarów" Carrola z dość przerażającymi rysunkami Johna Tenniela, pierwotnie przeznaczony był dla małych dziewczynek... Bo maluchy łykają grozę, jak lody truskawkowe.

Partnerskie traktowanie

Potwierdza to Franciszek Maśluszczak, malarz i jeden z naszych najoryginalniejszych ilustratorów:
– Myli się ten, kto uważa, że dzieci lubią słodkie rysunki. Od tego psują się zęby i gust. Przez ostatnią dekadę w księgarniach dominowały ilustracje „ładne". Takie współczesne oleodruki. Niby odpowiadające zapotrzebowaniom kilkulatka. Bzdura! Dziecko zaczyna rozumieć sztukę, gdy zaczyna zadawać pytania; gdy formuje się jego świadomość. Czyli – w wieku około trzech lat. Już wtedy pojmuje, że rysunek nie musi być tylko pogodny, lecz ma wyrażać różne nastroje. Przedszkolak świetnie odbiera mowę ciała i mimikę, a tym samym – charakter postaci. Z tą opinią zgadza się Józef Wilkoń, autorytet w dziedzinie książki dla dzieci: – Jestem przeciwnikiem „zmiękczania" formy i wymowy rysunków. Nie wypada też udawać dziecięcego sposobu rysowania. To obelga dla dzieciaków. Należy je traktować po partnersku, a z pewnością to docenią. Wszelka kokieteria „pod milusińskich" prowadzi do nieznośnej infantylizacji. A tego dzieci nie wybaczają. Te głosy wspiera młoda graficzka i ilustratorka Anita Graboś: – W dzieciństwie moją ukochaną książką był tomik „O kruku" z ilustracjami Stasysa. Bałam się ich, a jednocześnie urzekały mnie, intrygowały. Potem przerzuciłam się na rysunki Mirosława Pokory. Do tej pory te książki mnie inspirują. Toteż kiedy rysuję, świadomie zapominam o wieku odbiorcy. Dla mnie maluch, to po prostu człowiek. Nie potrafię rozdzielić mojej sztuki na tę przeznaczoną dla dzieci i prace robione z myślą o starszych. Być może dlatego zarzucają mi, że niektóre moje grafiki są infantylne...

Testowane na przedszkolakach

Wymieniona powyżej trójka należy do trzech różnych pokoleń. Mimo to mają podobne podejście do ilustrowania dziecięcych lektur. Przykłady? Proszę bardzo. Dwa lata temu Graboś ozdobiła linorytami bajkę Ewy Marcinkowskiej „O koziołku, który chciał latać". Artystka celowo podkreśliła surowy charakter grafik, pomimo że „Koziołek" przeznaczony był dla najmłodszych, którzy jeszcze nie potrafią czytać. – Najpierw trochę bałam się, że użyłam za mało kolorów, że kreska za brutalna, mówi autorka.  Sprawdziłam więc na czteroletnim synku mojej znajomej. Ku memu zdumieniu, najlepiej zapamiętał najprostsze, za to wyraziste prace i chciał do nich wracać. Maluchy bez oporów „kupują" umowność. Z kolei Franciszek Maśluszczak stanął przed nie lada wyzwaniem: miał przedstawić zwierzęta podczas nietypowych dla nich zajęć w książce „Magiczna orkiestra" z wierszami Anny Utkin. – Dziecko zaczyna rozumieć sztukę, gdy stawia pierwsze pytania, gdy formuje się jego świadomość, czyli w wieku około trzech lat – zauważa artysta. – Już wtedy pojmuje, że rysunek nie musi być tylko pogodny, lecz ma wyrażać różne nastroje. Odbiera mowę ciała i mimikę, a tym samym – charakter postaci. Nie umie oddać świata realistycznie, tym lepiej rozumie skróty, uproszczenia, stylizacje. Dlatego ilustracje do „Magicznej orkiestry" testowałem na trzyletniej wnuczce. Od razu odgadywała typ zwierza – ten pełza, inny skacze, jeszcze inny wdrapuje się na drzewa. A dorośli często nie wiedzieli, jakiego zwierzaka przedstawiłem. Również Józefowi Wilkoniowi trafił się ulubiony zwierzęcy temat: „Księga dżungli" – Starałem się wczuć w egzotyczne klimaty, szukałem dla zwierząt form umownych, znakowych, zarazem oddających ich charakter. Chciałem, żeby były „ostre", wyraziste. Skoro o Wilkoniu mowa. To od lat jeden z najsłynniejszych mistrzów polskiej ilustracji. Przez ostatnie trzy dekady wyspecjalizował się w różnych stworzeniach dużych i małych. Jego patentem są „ilustracje przestrzenne". Czyli – rzeźby, które po sfotografowaniu służą jako ilustracje, zamiast tradycyjnych malunków. To ogromny talent Józefa Wilkonia: ujmuje zwierzęta nierealistycznie, stylizując ich sylwetki, lekko i trochę baśniowo. Rzecz można — impresyjnie. A zarazem jego wariacje na temat fauny wydają się bardziej przekonujące, niż niejedna fotografia. Charakter zwierza widać jak na dłoni; odgaduje się jego ruchy; wyczuwa fakturę futra pancerza, piór. W pracowni i domu artysty bytują okazy fauny wyrzeźbione w drewnie, wyklepane z blachy, sklecone z drutu, uformowane z różnych materiałów. No i te po prostu namalowane tuszem, gwaszem, kredkami. Niektóre istniejące samodzielnie, inne koegzystują w rozbudowanych instalacjach – swego rodzaju zwierzęcych teatrach. W tym gatunku bodaj najpotężniejsza rozmiarami okazała się „Arka Wilkonia", zaprezentowana w Zachęcie w 2006 roku. W nieco mniejszej  skali pojawiły się inne zoologiczne spędy: „Bestiarium", „Blues nosorożca" i „Kici Kici miau". Rok temu Wilkoniowa sfora opanowała I Warszawskie Targi Książki. Była to wystawa-hołd na 80. urodziny autora. W tym roku z tej samej okazji i w tym samym miejscu, podczas II targów, odbył się przegląd prac Bohdana Butenki.

Rysowane dla siebie

Tak, tak. Wiecznie młody w rysunkach Bogdan Butenko obchodzi w tym roku 80-lecie urodzin. Człowiek instytucja: ilustrator, plakacista, scenograf, autor komiksów, filmów animowanych, telewizyjnych dobranocek... Artysta, którego charakterystyczna kreska – niby dziecięca, niby banalnie prosta, w istocie genialnie syntetyczna i skrząca się humorem – nie podlega modom. Do zauroczenia Butenką przyznaje się wielu. Wśród jego fanów znajduje się też Andrzej Dudziński, znany artysta, również ilustrator. – Jako dzieciak uwielbiałem chorować, bo wtedy godzinami oglądałem książki – wspomina. – Najpierw zachwycali mnie realiści: Szancer i Uniechowski. Potem zakochałem się w świetnych stylistach – Murawskich, Gaudasińskiej, Stannym. Na koniec rozsmakowałem się w mistrzach oszczędnej kreski – Siemaszko, Piotrowskim, Butence. Ich pracami karmiłem fantazję. Od nich przejąłem tę naukę: rysuj tak, żeby tobie samemu podobało się. I zawsze sam się pojawiam na obrazach i rysunkach, pod różnymi postaciami, z infantylnym samozadowoleniem. Myślę, że pana Butenkę także cieszą własne plastyczne kreacje. Dlatego z dumą informuje na każdej pracy: Butenko pinxit. Gdy zobaczyłam na tegorocznych targach książki tę znaną sygnaturę, od razu ku niej skręciłam. Zdumiewająco nowoczesne rysunki, myślałam zwiedzając wystawę jubilata. To zresztą nie jedyny tej wiosny pokaz Butenkowych dokonań. Mistrz ma retrospektywę w Muzeum Karykatury (do 19 czerwca). Wspaniale, że znów go doceniono. I nie tylko jego – wybitnych rodzimych ilustratorów pokoleń wszelkich.

W domku i w Zachęcie

Pan Bogdan nie stworzył szkoły, lecz zainspirował wielu. Jego stylem zarazili się m.in. małżonkowie Aleksandra i Daniel Mizelińscy. Koncepcja podobna: żywe kolory położone płasko, bez światłocienia, wypełniające nieskomplikowane kształty obwiedzione czarnym konturem. Postaci rysowane przez duet Mizielińskich jedną nogą stoją w świecie dziecięcych uproszczeń (kropka, kropka, kreska, kreska...), drugą zahaczają o teren karykatury. Są estetyczne, nowoczesne, funkcjonalne – jak włoski design; do tego – dowcipne, inteligentne; zrozumiałe, a nie „zarozumiałe" (bo grafik nie może popisywać się przed dzieckiem, że więcej wie i lepiej niż ono potrafi). Co najważniejsze, poszerzają maluchom myślowe horyzonty, uczą patrzeć, kojarzyć, zapamiętywać. Nie bez powodu dwie pozycje opracowane plastyczne przez państwa M. stały się przebojami: „DOMEK" i „DESIGN". Obydwa tomy wydane przez Dwie Siostry. Temu wydawnictwu należą się brawa za pionierskie na naszym gruncie przedsięwzięcie – próbę przybliżenia dzieciakom sztuki najwyższych lotów, trudnej, niekiedy niepojętej dla dorosłych. Ale, o dziwo, bez trudu przyswajanej przez maluchy. Zapoczątkowana w ubiegłym roku seria Mały Koneser liczy na razie dwie pozycje: pierwsza – „Powidoki", poświęcona tak zatytułowanym obrazom Władysława Strzemińskiego; druga, to „Zając", fabuła osnuta wokół akwareli Albrechta Dürera. Obie książki zilustrowała Ola Cieślak, kolejna młoda utalentowana graficzka wyspecjalizowana w ilustracji książkowej. Ola wyszła ze znakomitej pracowni Macieja Buszewicza, profesora na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Powie ktoś – za trudne dla dzieci. Jestem innego zdania i mam na jego poparcie niezbity dowód. Kilka lat temu Zachęta urządziła wystawę „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci". W projekcie wzięło udział trzynastu artystów różnych pokoleń, wśród nich – takiej gwiazdy, jak Paweł Althamer, Monika Sosnowska, Robert Maciejuk, Wilhelm Sasnal. Ekspozycja, na kształt której mieli wpływ odbiorcy – w wieku od 4 do 12 lat. To oni weryfikowali pomysły i akceptowali autorów. Jeśli mały juror orzekł, że coś jest nudne, dzieło dyskwalifikowano. I co się okazało? Żadnych ludzików nie chcieli. Tylko aranżacje przestrzenne, wywołujące rozmaite skojarzenia i pobudzające odmienne emocje: strach, ciekawość, radość, euforię.

Książka jak architektura

Picasso szczycił się, że do późnej starości zachował pewne dziecięce cechy – ciekawość, otwartość na nowe doświadczenia, umiejętność kojarzenia poza konwencjami. Podobnego zdania jest Květa Pacovská, nestorka czeskiej ilustracji, obsypana nagrodami (m.in. w 1992 r. odznaczono ją Medalem Andersena, najwyższym laurem w dziedzinie książki dziecięcej). Specjalizuje się w klasyce, zwłaszcza bajkach Grimmów i Andersena. Co ciekawe – artystka nie uznaje figuracji. Operuje niemal wyłącznie formami abstrakcyjnymi, zgeometryzowanymi. Zlepia je w kolaże, wycina ażury, wprowadza trzeci wymiar. – Książkę buduje się jak architekturę. Jej uroda polega na zgraniu materiałów, proporcji, kształtów i rytmów – mówi artystka. – Uwielbiam wszystkie kolory i surowce, lecz gdy już któreś wybiorę, staram się nad nimi nie dominować. Podążam tropem ich natury. Usiłuję wydobyć z nich muzykę, jak kompozytor. Pacovská, która trzy lata temu obchodziła 80. urodziny, należy do pokolenia estetycznie ukształtowanego przez wielkich awangardystów XX-wiecznej sztuki. Jej idolami byli Kandinsky, Klee, Miró; za ideał wszechstronnie rozwijającej szkoły uważa Bauhaus. Jej zdaniem, bajki doskonale pozwalają się przełożyć na abstrakcję. Przykładem – „Czerwony Kapturek", pierwsza w Polsce książka plastycznie opracowana przez Pacovską ( wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2008). Ilustrują ją wyłącznie kompozycje złożone z prostych kształtów i elementów symbolizujących postaci. Na przykład, wilk jest paszczą wyłaniającą się z geometrycznych form; buzia Kapturka – pejzażem. Niektórzy uważają, że obrazki w tej bajce są zbyt wyrafinowane, nie zrozumiałe dla dzieci.

Alfabet abstrakcji

Czy istotnie są zbyt hermetyczne dla przedszkolaków? – Zrozumieją je, jeśli skojarzą z formami oglądanymi w rzeczywistości – uważa Maciej Buszewicz, profesor prowadzący pracownię projektowania książki na warszawskiej ASP. – Przecież jedna z najstarszych na świecie zabawek – drewniane klocki – składają się z geometrycznych brył. Z własnego dzieciństwa pamiętam pudło płaskich drewnianych kształtek, z których układało się scenki pokazane na obrazkach. Ptaszki, widoczki, figurki – wszystko złożone z geometrycznych form. W ten sposób oswajaliśmy się z abstrakcją. Dlatego moim studentom zabraniam dwóch rzeczy: naśladować dzieci i produkować ilustracje „pod dyktando słowa". Przecież rysunek w książce ma za zadanie je dopełniać! Trzeba wykreować to, czego w tekście nie ma. Pracować „pod włos" słów. – Nie wolno mówić: to za trudne dla malucha. Dzieci są różne – podkreśla Grażka Lange, asystentka Buszewicza, świetna ilustratorka. – Jednym abstrakcje nie skojarzą się z niczym, inne odbiorą zawarte w nich emocje. Mnie w dzieciństwie najbardziej fascynowały guziki. Niesłychanie inspirujący surowiec, wokół którego snułam różne  opowieści. Na koniec jeszcze raz zacytuję Pabla Picassa. Kiedy zobaczył naskalne malowidła w grocie Lascaux, tak je skomentował: „Niczego się po nich nie nauczyliśmy". Im więcej odkrywano jaskiń z prehistorycznymi malunkami, tym stawało się bardziej oczywiste jedno: potrzeba twórcza tkwi w ludzkiej naturze. Jest pozarozumowym imperatywem, instynktem; także magią, wyrazem wiary. A zaczyna się w dzieciństwie. Trzeba ją wtedy  uaktywnić.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL